czwartek, 21 marca 2013

Nie ma rzeczy niemożliwych!



Graham Short wygrawerował na ostrzu żyletki napis – „nothing is impossible"

Dziewczynka o jasnych oczach, zapytała, czy mam życiowe motto. Odpowiedziałam bez chwili zastanowienia; wszystko jest możliwe, lub może jeszcze lepiej, nie ma rzeczy niemożliwych. Uśmiechnęła się do mnie.
Patrzyłam na nią i myślałam, że właśnie również dlatego, tak głęboko wierzę w te słowa. Nie ma rzeczy niemożliwych; napisałam książkę, wydałam ją a teraz mogłam spotkać się z dziećmi, które ją przeczytały lub przeczytać chciały. Spotkałam się z młodymi czytelnikami ze szkoły podstawowej nr 28 we Wrocławiu. Patrzyłam w ich buzie, oczy, które jeszcze nie stawiają jutra pod znakiem zapytania. W tym wieku nie ma się wątpliwości. Jeszcze tak łatwo wstać i biec dalej. Mądrzy, odważni młodzi ludzie. Chciałam opowiedzieć im o tym, co robię, ale oni od razu zasypali mnie pytaniami. Chcieli wiedzieć i wiedzieć, jak, dlaczego, skąd i co będzie dalej? Pytali bez końca. Tak łatwo było ich przekonać, że mogą zrealizować swe marzenia, jeśli tylko będę pracować i się starać. Banał? Być może, ale bez wątpienia warty powtarzania.

Stałam się tematem gazetki szkolnej
Dlaczego zaczęłam pisać? Ponieważ tworzenie jest we mnie i przelewanie słów na papier to sposób ich uwalniania. To coś, co muszę robić, tak samo, jak rano muszę napić się kawy. Dlaczego powieść fantasy? Bo wierzę w bajki! 

Szkoła podstawowa nr 28 we Wrocławiu
Teraz moje słowa zaczęły żyć własnym życiem. Moja książka oddana ludziom przyciąga ludzi do mnie. To właśnie mojej książce zawdzięczam poznanie wielu mądrych, ciepłych i serdecznych ludzi, którzy wyciągają do mnie dłonie a mnie jest tak dobrze. Ze spotkania z uczniami wrocławskie szkoły wracałam pełna inspiracji i chęci do dalszego pisania.
Później pojechałam do Wałbrzycha, miasta, z którego pochodzę. W Bibliotece pod Atlantami odbyło się spotkanie autorskie w trakcie, którego opowiadałam o Jangblizji, bajkach i opowieściach fantasy, które mnie inspirowały. Znalazłam się w budynku, do którego przychodziłam wielokrotnie szukając książek, teraz przyszłam trzymając w dłoni własną. 

z Ewą, źródło www.walbrzyszek.pl
 Spotkanie ze mną było połączone z wystawą prac Ewy Kieńko Gawlik, artystki, która zilustrowała moją książkę. Opowiadałyśmy o tym, jak się poznałyśmy i w jaki sposób współpracujemy. Mówiłam, że już pracuję nad kolejną częścią mojej historii i obiecałam, że za rok oddam ją w ręce czytelników. 
źródło www.walbrzyszek.pl
 Pisanie jest przygodą, ale spotkanie z czytelnikami jest czymś wyjątkowym, czymś niezwykłym. 
Nie wiem, co przyniesie jutro, wiem jednak, w jakim kierunku chcę podążać i zrobię wszystko, aby mi się udało, ponieważ nie ma rzeczy niemożliwych. 
AS

wtorek, 19 marca 2013

Kilka słów w sprawie samotności



Jeszcze kilka lat temu świat był o wiele większy.
Wiem, jak to zabrzmiało, to bardzo oklepane zdanie, ale przecież jest w nim tak wiele prawdy. Jeszcze kilka lat temu ludzie byli znacznie dalej, choć wcale nie bardziej odlegli, wtedy również miejsca były bardziej oddalone. Wszystko zmieniło się dzięki inetrnetowi. Siadając na kanapie w jednej chwili mogę być gdzieś daleko, albo jeszcze dalej. Mogę czytać książki, których nie mam, oglądać seriale i pozwolić postaciom odpocząć, gdy tego zechcę. Jestem w stanie odwiedzać muzeum, do których zawsze chciałabym iść. Mogę wspinać się po górach, nawet nie ubierając butów, potrafię poznawać najdziwaczniejsze nazwy ptaków i roślin, nie kartkując opasłych tomów encyklopedii. 
 Od chwili powstania portali społecznościowych potrafię również spotykać się z ludźmi, których nie widziałam wiele lat oraz poznawać nowych. Mogę zobaczyć twarze dzieci z piaskownicy, które już dawno przestały być dziećmi. Zdołam porozmawiać z ciocią, kolegą, znajomą i z kuzynem, którego nigdy nie poznałam.
Ludzka skłonność do ekshibicjonizmu, bardzo wyraźna na portalach, pozwala mi pomyszkować w ich domach, poznać zwierzaki a nawet zajrzeć do talerza. Ludzie piszą, gdzie byli, gdzie są i dokąd zmierzają. Śledzi się ich choroby, zdrady i miłości. Czasem jest to nawet odrobinę zabawne, chwilami bardzo żenujące. Polacy dziwią się, że Holendrzy nie wieszają w oknach firanek. Portale społecznościowe nie tylko odsłoniły wszystkie okna, ale i zburzyły ściany. Internauci zapraszają do domów wszystkich i każdego.
Zaglądam, podglądam i patrzę, ale i tak najbardziej lubię podróżować. Zamiast do ludzi, zaglądam do miast i wiosek. Spaceruję uliczkami i zachodzę do restauracyjek. Dziś wybrałam się najpierw do Kazimierza Wielkiego, a potem do Krakowa. Zrobiło się sentymentalnie, poetycko i całkiem nastrojowo. Chwilę później dopadła mnie jednak świadomość sztuczności mojej wizyty. Nieprawdziwość tej wyprawy i uzmysłowienie sobie tego, że siedzę na kanapie stało się bardzo odczuwalne.
Napisałam, przez portal właśnie, wiadomość do kogoś, kto mieszka w jednym z miejsc odwiedzanych przeze mnie wirtualnie. Jest realnie w tamtym miejscu. Pozachwycałam się i do całości dorzuciłam jeszcze kilka achów i ochów.
Odpowiedź najpierw mnie zadziwiła a później zrobiło mi się smutno. Okazało się, że wcale nie jest tak poetycko i nastrojowo. Ktoś jest tam sam, nie ma z kim dzielić tego, co go otacza. Ładnie, prawda, ale co z tego, jeśli wszyscy są tak daleko. Bez wątpienia kamienice są piękne, domy również, ale na trotuarach słychać stukot tylko jednej pary butów. Rodzina daleko, a ja tylko przybysz, pisze.
Miejsca, różne odległe i bliskie, wyglądają wyjątkowo na zdjęciach. Są chwilowe, kolorowe, wykadrowane.  Nadają się na wyjazdy wakacyjne, na rozmyślania i na pocztówki.  Domowe są na co dzień w pełnej perspektywie bocznych ulic, zakamarków i co najważniejsze rodziny i przyjaciół.
Wreszcie to pojęłam! Bycie obcym, to bycie samotnym. Jeśli jest ktoś, kto idzie obok, kto też słucha, kto też patrzy - to właśnie udomawia miejsce. Ono może być najpiękniejsze, ale jego piękno pomniejsza samotność, brak najbliższych. Odległość do tego, co najważniejsze może odebrać kolor nawet najpiękniejszym obrazom. Wtedy zawsze mieszka się „gdzieś indziej”, mieszka się „tam”, nie „tu”.  Serce powie, że „tu” jest dobrze… serca powiedzą.
Czasem tęsknie, czasem czuję, że odległość istnieje. Potem jednak słyszę bicie kilku serc i jest dobrze. Otwieram drzwi. Mój syn wraca z turnieju szachowego z pucharem. Jego drużyna stoczyła zawzięty pojedynek i zajęła trzecie miejsce. Jego tata wywijał tym pucharem jak sztandarem. Duma rozpierała nas wszystkich. Odbywa się uroczysty obiad, do którego menu opracował nasz chłopiec, czyli frytki i hamburger. Hmm… to jest dom, to ten uśmiech na twarzy jedenastoletniego chłopca, to ściskająca go dziewięciolatka. Dzieci! To mój mąż wymachujący sztandarem zwycięstwa. To ja otwierająca im drzwi. To wszystko, co tu, co nas teraz tworzy.
Dochodzi się do punktu, gdy nie ważne jest, jakie to miejsce, ale aby w tym miejscu czuć się dobrze. To może być kawałek ziemi, który od pokoleń należy do rodziny i teraz przechodzi w nasze ręce. Ale także nowy ląd, który na pierwszy rzut oka wydaje się wrogi, ale wystarczy mrugnąć oczami by zacząć dostrzegać piękno. 
AS

niedziela, 17 marca 2013

Kijk maar, czyli zapraszam na film


Dla Lejdiz Magazine

Od kiedy zaczęłam opowiadać o Holandii, bardzo chciałam napisać kilka słów na temat filmografii holenderskiej. Jednak jak można napisać kilka słów, gdy filmów jest tak wiele? Wybrać jeden film, czy może jednego aktora? Nadal nie wiem, ale jak to zwykle bywa, życie podpowiedziało mi, od czego mogę zacząć. W ostatnim czasie moje dzieci kilka razy obejrzały holenderskie filmy w polskiej telewizji. Poza treścią pochłonęło ich również wyszukiwanie nieścisłości w tłumaczeniach.

A zatem, dziś chciałabym zaprosić czytelniczki Lejdiz przed telewizory. Opowiem Wam o trzech filmach, które z założenia przeznaczone są dla młodej publiczności, ale ja polecam je każdemu. Wybrałam akurat te, ponieważ wszystkie są dostępne w Polsce, a uściślając w polskiej telewizji satelitarnej.


Pierwszy film to „Benek rozrabiaka” („Bennie Stout”) z 2011 w reżyserii Johana Nijenhuisa. Akcja rozgrywa się w czasie wielkiego kryzysu w latach 30 ubiegłego wieku. Tak, jak współcześnie my Polacy do Holandii (i nie tylko), ówcześnie to Holendrzy wyjeżdżali za granicę w poszukiwaniu pracy. Benek tęskni za tatą, który pracuje w Hiszpanii. Nadchodzi grudzień a wiadomości z odległego kraju nie zapowiadają rychłego powrotu ojca. Do miasta, w którym mieszka chłopiec przypływa Święty Mikołaj. Zachęcam do spędzenia popołudnia przed telewizorem nie tylko dlatego, że jest to opowieść pełna ciepła, ale i okazja do poznania holenderskich tradycji, o których pisałam w moich wcześniejszych artykułach. Można zobaczyć pomocników Mikołaja i jego statek, na którym przypływa z Hiszpanii. W filmie poruszone są najważniejsze tematy; miłość i rodzina. To, co w życiu każdego człowieka, nawet najmłodszego, oznacza pracowitość i uczciwość. Wszystko ubrane w dziecięca mądrość i bajkowe kolory pięknego Enkhuizen. Miasteczka w którym czas się zatrzymał, ono w całości jest muzeum. Każdy może usiąść w szkolnych ławkach, w których siedzi Benek i przejść się po ulicach, na których rozrabia… 


Benek tak naprawdę wcale nie jest rozrabiaką, ma tylko ogromnego pecha. Na dodatek jest w tej samej klasie z synem burmistrza. Bardzo złośliwym chłopcem, który na każdym kroku stara się wpędzić Benka w kłopoty. Co gorsze, udaje mu się to. Za wszelkie przewinienia syna burmistrza gromy spadają na głowę Benka. On natomiast razem ze swym bratem Stefkiem i mamą nadal czekają na powrót taty.


Benek obmyśla plan. Jeśli będzie wystarczająco niegrzeczny Mikołaj za karę zabierze go do Hiszpanii. Okazuje się jednak, że dobre dzieci nie bardzo potrafią być złe. Mimo, że chłopiec z całych sił stara się być niegrzeczny, wciąż mu to nie wychodzi.
Film jest pełen nie tylko holenderskich tradycji, ale i muzyki oraz piosenek znanych wszystkim holenderskim dzieciom, teraz przetłumaczonych na język polski przez Dariusza Paprockiego.




 Kolejny film, na który chcę zaprosić nie jest już bajką a raczej opowieścią o jednym z najciemniejszych rozdziałów współczesnej historii. „Ostatnia zima wojny” z roku 2008 („Oorlogswinter”) w reżyserii Martina Koolhovena w oparciu o powieść Jana Terlouwa.
Ten film nie jest już tak ciepły. Właściwie to jest bardzo biały i mroźny. Trudno przecież przedstawić wojnę w ciepły sposób. Szczególnie, jeśli przyglądamy się temu okresowi naszej historii oczami piętnastoletniego chłopca. W trakcie oglądanie tego filmu towarzyszyła mi myśl; jak szybko wtedy młodzi ludzie tracili swe dzieciństwo i byli zmuszeni sprostać tragediom, z którymi dorośli nie zawsze sobie radzą. Akcja filmu rozgrywa się w miasteczku w Veluwe w czasie ostatniej zimy II wojny światowej. Zima ta w Holandii została nazwana „zimą głodu”.

Głównym bohaterem „Ostatniej zimy wojny” jest Michiel van Beusekom. Jego tata jest burmistrzem, który każdego dnia ponawia negocjacje z okupantem, by oszczędzić nieszczęść mieszkańcom miasteczka. Młody człowiek uważa jednak, że nie tak powinno się walczyć i z całego serca pragnie przyłączyć się do ruchu oporu, chce być bohaterem. Szczególnie, gdyż wie, że jego wuj już w tym ruchu działa. Gdy w pobliskich lasach rozbija się amerykański samolot Michiel pomaga rannemu pilotowi. Młody chłopiec zostaje skonfrontowany z najgorszymi koszmarami wojny, by w końcu być świadkiem rozstrzelania ojca.


Michiel bardzo szybko przekonuje się, że granica między dobrem i złem może zostać dostrzeżona w chwili, gdy jest już za późno. Nauka jest bardzo kosztowna. Chłopiec uczy się, że to, co wydawało mu się słabe ma prawdziwą siłę a siła może być tylko pozorna i w rzeczywistości być słabością.
Młody człowiek staje się bohaterem, ale już nie jest tak romantycznym, jak udawało mu się na początku. Poznaje smak zdrady, która jak zwykle przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.
Z ciekawostek mogę jeszcze dodać, że w postać wuja Michiela wcielił się Yorick van Wageningen, któremu z wielką przyjemnością poświęcę kiedyś cały artykuł. Jest to aktor o wielu twarzach. Zapewne czytelniczki Lejdiz znają go z roli Nilsa Bjurmana z amerykańskiej wersji „Dziewczyna z tatuażem”.


 „Ósmoklasiści nie płaczą” (“Achtste-groepers huilen niet”) z roku 2012 w reżyserii Dennisa Botsa jest trzecią propozycją na zimowe popołudnie. Mimo, że również ten film przeznaczony jest dla młodego widza, kosztował mnie całe pudełko chusteczek i bardzo ponury wieczór.
Ten film jest inny od dwóch pozostałych. Jest inny od wielu filmów, które widziałam. Mimo, że gdy się nad tym przez chwilę zastanowić, opowiada historię podobną do tych, które niestety rozgrywają się codziennie. Czasy współczesne i cichy wróg, który nie ma litości i atakuje również najmłodszych.
Główną bohaterką jest jedenastoletnia Akkie. To niezwykła dziewczynka, ponieważ każdą wolną chwile poświęca piłce nożnej. Gra również w reprezentacji szkolnej.


W Holandii ósma klasa to ostatni rok szkoły podstawowej. Chwila, gdy młodzi ludzie po raz pierwszy tak naprawę czują, że wkraczają w dorosłe życie. Coś się kończy i coś zaczyna. Podejmuje się po raz pierwszy bardzo ważne decyzje. Ostatnia klasa to chwila tuż przed tym, gdy dzieci stają się młodzieżą. To ostatni rok, gdy mama zawozi dzieci do szkoły. Jeszcze może, ponieważ za chwilę, będą już same jeździć na rowerach do szkoły średniej. 


Dla ósmoklasistów nadchodzą bardzo ekscytujące chwile; Citotoets, są to egzaminy końcowe, które decydują, do której szkoły średniej dzieci mogą iść. Młodzi ludzie wyjeżdżają też na obóz szkolny, trzydniową przygodę poza domem. Na Akkie czeka jeszcze jedno bardzo ważne wydarzenie; finały szkolnych drużyn piłkarskich. Niestety plany dziewczynki rujnuje jedno słowo: białaczka.
Mimo, że film utrzymany jest w tonacji bardzo optymistycznej, łzy ciekły mi po twarzy już od połowy filmu i nie przestały nawet po końcowych napisach. To film o tym, ile w dzieciach jest siły i ile jest w nich mądrości. Wzruszająca opowieść o dziewczynce walczącej z rakiem. To nie tylko opowieść o niej i jej rodzinie, ale i o kolegach z klasy. O tym ile osób zostaje dotkniętych tą tragedią. Przede wszystkim to film o bohaterce, która nie poddaje się do ostatniej chwili, i o tym, że nawet, jeśli się przegrywa to nie zawsze jest się przegranym. 


Gorąco zapraszam na holenderskie filmy. A wiem, że w polskiej telewizji można zobaczyć ich znacznie więcej. Alan Rickman powiedział, że kiedy robisz film, to przestaje być tylko film, lecz staje się częścią twojego życia. Do pewnego stopnia dzieje się też tak, gdy filmy się ogląda. Te wyżej zaproponowane mają szansę stać się taką częścią. 
AS