niedziela, 28 grudnia 2014

Wszystko się może zdarzyć...





Czasem wielkie plany swój początek mają w drobiazgu, zaczynają się od szczegółu w pierwszej chwili niewydającego się być ważnym lub od jednego rzuconego przez telefon zdania: a może pojechałybyśmy w trasę promującą twoje książki - to był głos Gosi Lubbers.
  
Tak to się zaczęło. Na samym początku miałyśmy odwiedzić tylko dwa miasta; Świnoujście i Szczecin... to nie prawda, tak całkiem na samym początku przez krótką chwilę myślałam, że to się nigdy nie uda. Jednak temu uczuciu nie poddałam się ani ja a tym bardziej Gosia. Obie głęboko wierzymy, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zaczęłyśmy planować a później rozsyłać wici i prosić znajomych o pomoc w organizowaniu trasy i nagle ona rozrosła się do dziesięciu miast. W końcu do naszego projektu zaangażowało się mnóstwo osób, rodzina, przyjaciele i całkiem obce osoby.

W dniu, gdy wyjeżdżałyśmy, nie mogłyśmy się nadziwić, jakim cudem tylko my dwie wypełniłyśmy po brzegi duży samochód. W trasie spędziłyśmy wiele godzin, przejechałyśmy ponad trzy tysiące kilometrów. Większość czasu przegadałyśmy, śmiałyśmy się, płakałyśmy i wspierały w każdej chwili. Teraz zastanawiam się, jak opisać tak długą podróż nie zmieniając tego artykułu w książkę? Z perspektywy kilku tygodni wszystko wydaje się być bardzo ważne i musi zostać opisane... Zapamiętane.
 
W bibliotece w Świnoujściu
Odwiedziłyśmy Świnoujście, miasto położone na czterdziestu czterech wyspach, i cudowną Bibliotekę Publiczną Uznam, w której przyjęto mnie niezwykle uroczyście. Poczułam się, jak w domu. Potem był Szczecin i Muzeum Narodowe. W Szczecinie chwilę przed spotkaniem autorskim miałyśmy okazję oglądać inaugurację roku akademickiego na Wyższej Szkoły Morskiej. Coś pięknego!

Potem wyruszyłyśmy do Gdyni. Na miejsce przybyłyśmy wieczorem. To co nas otaczało zaczęłyśmy obserwować z perspektywy kogoś obcego. Ani Gosia, ani ja nie znałyśmy tego miejsca. Jednak rozmyślania te umknęły, gdy następnego dnia odwiedziliśmy Szkołę Podstawową im. wiceadm. Józefa Unruga nr 17 w Gdyni i poznałyśmy ciepłych i otwartych ludzi. Pani Bożena, bibliotekarka w tej szkole stała się dla mnie ucieleśnieniem pośrednika między literaturą a młodymi osobami. Już wtedy czułam, że bardzo chciałabym tam wrócić. Na spotkaniu autorskim z dziećmi, gdy tylko się przedstawiłam zostałam zasypana pytaniami. Mogłabym tam siedzieć i opowiadać godzinami. My jednak musiałyśmy jechać dalej. Jeszcze na chwilę wpadłyśmy do Gdańska, a tam dzięki opowieściom Beaty, która prowadzi bloga literackiego "Co warto czytać?" zakochałam się w tym mieście. 

 

Szkoła Podstawowa nr 17 w Gdyni

Stamtąd udałyśmy się w kierunku Torunia. Tutaj już poczułam się nieco zmęczona. Każdy dzień był niesamowitą dawką emocji i energii, którą musiała jakoś przetrawić. Chciałam pisać, ale zanim mogłam zastanowić się nad tym co się dzieje i co w związku z tym czuję, działo się już kolejne. Spotkania z ciekawymi ludźmi, którzy otwierali się przy nas i opowiadali o swoich problemach, o życiu i o co dzienności. A każdy przecież jest tak ciekawy i wart wysłuchania.


Toruń i Biblioteka Pedagogiczna

Potem wyjazd do biblioteki w Chełmży i spotkanie z paniami bibliotekarkami. Tego samego dnia wyjazd do Torunia. Spotkanie autorskie w bibliotece pedagogicznej napełniło mnie nadzieją. Pojawiały się pytania już konkretnie dotyczące moich książek. Młodzi ludzie rozpinali plecaki i wyjmowali z nich oprawione w folię oba tomy "Jangblizji".  Wywiad dla telewizji i przez chwilę znalazłam się w innym świecie. Potem spacer tymi samymi ulicami, którymi przechadzał się Mikołaj Kopernik. Spotkanie z Dominiką, ona wróciła z wieloletniego pobytu w Holandii do Polski i nagle stała się podwójną emigrantką. Spotkanie z nią było nieprawdopodobną dawką uczuć i przemyśleń. Jej mama, niczym postać wyjęta z dzieł literackich epoki romantyzmu dbała o nas, oprowadzała po mieście i opowiadała pasjonujące historie.

Następnego dnia wizyta w Szkole Podstawowej nr 2 w Turznie. Znów młodzi ludzi i to cudowne uczucie, że mam im coś do przekazania.

Aby o tym pomyśleć nie było jednak czasu, ponieważ tego samego dnia wyruszyłyśmy w kierunku Warszawy. Do stolicy znów dojechałyśmy nocą, przerażone zawiłościami ulic i już przekonane, że ilość reklam wiszących wszędzie i mrugająca na nas wściekle przyprawiła nas już o halucynacje. W Warszawie spotkałam się z Danutą Awolusi, "Dziką Kobietą", młodą pisarką i osobą, która jest inspiracją dla wielu. Dzień z nią spędzony był jednym z bardziej niesamowitych w czasie tej podróży. Spotkanie autorskie w bibliotece na Żoliborzu, było ostatnim na tym etapie naszej wyprawy i z niego do domu przywiozłam jeden z przyjemniejszych literackich komplementów: "nie jestem fanem fantastyki, ale pani książka mnie zaintrygowała i z pewnością ją przeczytam".

Od lewej w pierwszym rzędzie: Gosia Lubbers, Danusia Awolusi i ja.

Później, odwiedzając jeszcze na chwilę Poznań wróciłyśmy do Holandii. Jednak nie było mowy o odpoczynku, bo już tydzień później wyruszyłam w kolejną podróż. Bardzo brakowało mi towarzystwa Gosi, gdy odwiedziłam Szkołę Podstawową nr 28 we Wrocławiu i znów spotkałam się z moimi wiernymi czytelnikami (to była już moja trzecia wizyta w tym miejscu). Dzień spędzony z Moniką, moją przyjaciółką, znów dodał mi skrzydeł. Później wyjazd do Wałbrzycha, do mojego rodzinnego miasta. Na sam koniec spotkanie w Świdnicy w Kawiarni Fińskiej i rozmowy z Agnieszką, naczelną magazynu "Obsesje". Ach, nawet pisząc, brak mi tchu.   

Czasem ludzie, którzy przychodzili na spotkania, bardziej interesowało jak to jest mieszkać w innym państwie, jak na nas Polaków patrzą Holendrzy niż moje książki. Chcieli wiedzieć dużo o mojej działalności na rzecz dwujęzyczności. Dzieci dopytywały się, jak wyglądają u nas szkoły i co się je w Holandii. Młodzi ludzie chcieli wiedzieć skąd czerpię pomysły, jak zaczynałam i dlaczego świat fantasy jest dla mnie tak ważny.

Teraz spoglądając na ten tekst stwierdzam, że każdy akapit mogłabym rozwinąć do rozmiarów co najmniej artykułu. Jak dobrze, że dane jest nam przeżywać takie chwile. To była prawdziwa przygoda i teraz już wiem, że wszystko się może zdarzyć.
AS

Więcej zdjęć na  www.agnieszkasteur.com

Moje spotkanie autorskie w Ambasadzie!

12.09.2014
Z Gosią Lubbers


To był dzień!

Czyli moje spotkanie autorskie

w Ambasadzie RP w Hadze




Pani Konsul Małgorzata Pacek
Trudno opisać uczucia związane z tym dniem. Dwóch spraw jestem pewna. Wtedy rozpierała mnie ogromna duma i z pewnością nigdy tej chwili nie zapomnę. 
Przemawia pan Waldemar Pankiw z PNKV
Na spotkanie przyszło wiele cudownych osób

W nowym roku pragnęłabym jak najwięcej tak cudownych chwil.

Więcej zdjęć na www.agnieszkasteur.com


Za zdjęcia dziękuję Peter Scheek
 

wtorek, 16 grudnia 2014

Taka trochę kryształowa rocznica

            Wyłączyłam telefon i wpatrzyłam się w jego ciemny ekranik. Tak jakby właśnie stamtąd miała jeszcze usłyszeć odpowiedzi na kłębiące się w głowie pytania. Skończyłam właśnie rozmawiać z kimś, kogo znam już kilkanaście lat. Ta osoba, podobnie jak ja, wyjechała za granicę, jest jednak w innym państwie i jest tam nielegalnie. Czy to ma znaczenie, nie wiem, może. Pani żaliła się, że często płacze, bo tak jej się nie podoba życie emigranta. Ale co zrobić? Wrócić do Polski? Do czego, przecież wiadomo, jak tam jest. Czas może i trochę wygładził wspomnienia o ojczyźnie, ale wiadomości płynące z telewizora za każdym razem przekonują, że nie ma do czego wracać. Smutno się robi, gdy się tego słucha.       Wpatruję się w ekranik telefonu i zastanawiam się, jak to jest ze mną? Mija właśnie piętnasty rok mojego życia w Holandii. To taka trochę kryształowa rocznica, ale chyba odpowiednia na tego typu przemyślenia.
          Emigracja, taka z własnej woli, przechodzi różne etapy. Początek zawsze jest najlepszy. Człowiek czuje się prawie jak Indiana Jones odkrywając tajemnice nowego miejsca. Jednak ekscytacja szybko mija, gdy otoczenie uświadamia nam "bylejakość" naszego pochodzenia. Trudno jest pojąć, dlaczego ludzie patrzą na nas z góry i oceniają, kim jesteśmy tylko na podstawie naszego akcentu.
         Kolejny etap emigracyjnego życia jest jeszcze gorszy. Odkrywa się, że w Polsce też już przyklejano nam etykietki. Oficjalnie staje się emigrantem wszędzie, z tym bolesnym poczuciem, że nigdzie nie jest się u siebie. Wciąż powtarzające się pytania, jak jest u was? "U was" tak naprawdę nie istnieje, a wszędzie jest nie "u nas". Nagle odchodzą przyjaciele i to nie na chwilę a na zawsze... do teraz, w każdym razie. Zrozumiałam ich dopiero, gdy ja też odeszłam
          Najgorszą chwilą i może równocześnie tą otwierającą oczy, jest moment, gdy przekonujemy się, że dla Polskiej emigracji najgorsi jesteśmy właśnie my. Rozmowy z rodakami, opowieści o wykorzystywaniu, o kradzieżach i o złośliwościach w pracy. To właśnie historie, dotyczące złego traktowania Polaków przez Polaków były najsmutniejsze.
          Ta chwila dla emigranta jest najważniejsza, można płakać na całego, ale tylko oczy nam będą wysychać, lub można iść w zupełnie innym kierunku.
          Kolejny etap wybieramy sami. 
       Wybrałam sama. Dlaczego? Czy ludzie zaczęli mnie inaczej traktować? Nie, co gorsza nadal popełniam błędy gramatyczne i mówię z tym akcentem. To dobrze, bo to jestem ja. Już wiem, że świata nie zmienię, ale zmieni się wszystko, gdy ja inaczej spojrzę na świat. Wreszcie to pojęłam.


Czasami różni nas tylko język i to jest niewiele, 
czasami różni pogląd na jutro i to już jest wszystko. 

Wtedy zrozumiałam, nie ma podziału na narodowości, ludzie sami się dzielą na dobrych i złych, na uczciwych i oszustów, na skrytych i emocjonalnych. To wszystko zależy od człowieka, nie od granic, między którymi przyszedł na świat.
       Przestałam się przejmować i zrozumiałam, że tak łatwo jest obwiniać za każde niepowodzenie nietolerancję i poczucie wyobcowania. Przyszło mi żyć w kraju bez poziomek i wiśni, i jeszcze jagód barwiących atramentowo. To co ważne można zgubić w każdym kraju lub właśnie dbać o to pod każdym niebem. Wystarczy raz tylko włożyć uczucie w słowa "dzień dobry" i "dobranoc" a wszystko wokół zacznie się zmieniać. Szpaki przysiadające na dachu przecież są tak bardzo nie narodowe i zawsze swojskie. Pies tak samo macha ogonem a kot miauczy nad miseczką mleka. Przestałam bać się czuć u siebie. Codzienność staje się swojska i już nawet dźwięczne "g" nie jest tak obce.
      Czy idziemy na łatwiznę, a może każdego dnia pokazujemy naszą siłę szukając swego miejsca i nawet czasem je znajdujemy a potem nawet czujemy zadowolenie. Dzieci dorastają a ja kupuję zeszyty, piórniki i gumki. Świat się zawęża a może właśnie otwiera. Niepowodzenia są tylko niepowodzeniami i tylko nimi, bez podtekstów.
     Czasem spotykam się z moją tęsknotą w zapachu chleba, malin i kwitnących lip. Tylko w święta tak bardzo brak wszystkiego "po naszemu" i rozmów przy kawie bez tłumacza w głowie a potem już się na to nie zwraca uwagi. Ważne jest tylko by nie zapomnieć polskich słów szeptanych wieczorem dzieciom na dobranoc. Nikt przecież nie może mieć mocy wpływania na to jak się czujemy, jak siebie postrzegamy.

AS

niedziela, 14 grudnia 2014

W ramach świątecznych porządków!


W ramach świątecznych porządków odkurzam też mojego bloga!
Nie mogę uwierzyć, że tak długo tu nie zaglądałam! To straszne!
No, ale nie będę nad tym teraz rozpaczać.

WOLĘ POWSPOMINAĆ!

Nowości od ostatniego wpisu!






PREMIERA!

MOJA NOWA KSIĄŻKA. DOSTĘPNA JUŻ OD WAKACJI!

"Wojna w Jangblizji. W domu"





AS

niedziela, 27 kwietnia 2014

Obietnica wielu początków



To już któraś wiosna. Któreś z kolei kwitnące kwiaty i wykluwające się pisklęta. „Któraś” mogłoby sugerować, że mniej ważna, że się już przyzwyczaiło, że to nic nowego. Jednak nie, każda zachwyca, zadziwia, zaskakuje. Nigdy nie ma się dość, bo jak można mieć dość wysuwających się z ziemi krokusów, pogodnych poranków i coraz cieplejszych promieni słońca na twarzy. Równie któreś z kolei urodziny, bo kalendarz trzepocze kartkami. A ja się cieszę i podziwiam. Należy jak uważam pozaglądać do szaf i szuflad. Szansa… to znaczy raczej okazja, przez duże „O” na nową bluzkę, na nowe buty a może nawet torebkę. Inspiracji do wiosennych porządków i zmian  teraz nie brak.
 Gdy nadchodzi ta pora roku, wszystko wydaje się łatwiejsze. Przecież to, co dzieje się wokół, dzieje się samo z siebie. Bez stresu i nerwów, że nie zdąży się, że się nie uda. Wiosna się nie zastanawia, nie wacha, nawet na chwilę, po prostu nadchodzi i jest, czasem jeszcze na chwilę ustępuje miejsca zimie, ale to tylko moment. Kwiaty, bez prób generalnych rozkwitają i za każdym razem z kolorową impresją pokazują swe dumne twarze. Ptaki na dachu przytupują i zamiast denerwować, wprawiają teraz w dobry nastrój. Jest zielono, żółto
i jeszcze niebiesko.
Pogodzeni ze śmiercią i zimnem czekamy na wiosnę, ponieważ wiosną rządzi miłość. Tylko ludziom nieparzystym jest teraz trudniej, bo wszystko wydaje się być do pary.
Gdybym pisała wiersze teraz powstałoby ich najwięcej. Serce niczym bateria słoneczna wreszcie się doładowuje. Nagle wszystkiego jakby znacznie więcej niż jeszcze wczoraj.
Każda pora roku jest piękna. To cliché, ale przecież tak właśnie jest. Każdą można lubić trochę więcej lub trochę mniej, ale odmówić piękna wszystkim czterem niezwykle trudno. Jednak żadna nie przynosi ze sobą tak wielu obietnic, jak wiosna. 

Czasem wydaje mi się, że rok właśnie teraz powinien się zaczynać. Czy nie byłoby lepiej noworoczne postanowienia składać teraz, razem z kwitnącymi krokusami? Tak, jakby przyroda dawała gwarancję, że te obietnice się spełnią, bo kwiaty kwitną i wcale nie sprawia im to trudności, więc i my możemy zakwitnąć… znów. Ptaki bez budzika o czasie śpiewają. Rośliny ożywają, nasycają się barwami. Czas by się odrodzić, by znów uwierzyć, że potrafimy, że przed nami wielu w to uwierzyło i teraz my też możemy. Początek wszystkiego i już kolejny i wiadomo, że będzie następny.
            Przyglądam się mojej córce, która skrada się do krzaka obsypanego żółtym kwiatem, na jednym z nich przysiadł motyl. Ja wyjmuję zakupy z bagażnika i myślę, że nigdy jej się nie uda. Komu udaje się w dłonie schwytać motyla? Komu? Właśnie dziecku. Dziewczynka delikatnie rozchyla palce, owad znów odlatuje i mogłabym przysiąc, że słyszę szelest jego skrzydeł, łopot ciszy, łopot kolorów.
Wiosna to także dzień sportu w szkole dzieci. Dowiedziałam się, że uczniowie muszą przyjść w sportowych strojach, reszty nie sprecyzowano. Prosiłam, aby wieczorem młodzi przygotowali wszystko, aby rano nie przeszukiwać szafek. Rankiem odkryłam, że na krześle syna leżą spodenki i przykrótka koszulka. Besztam go zawzięcie, bo przecież są tylko 4 stopnie w plusie. Na halę sportową musimy dojechać rowerami. Pokrzykuję, że o tej porze roku nikt się tak nie ubiera. Zakładamy jeszcze czapki i rękawiczki - jedziemy. Gdy jesteśmy już blisko, widzę ze wszystkich stron zjeżdżające się dzieci. Ku mojemu zaskoczeniu kilkoro w krótkich spodenkach. I jak ja mam do czegoś przekonywać dzieci? My na rowerach jeszcze w czapkach a inni już rozebrani. To oznaka wiosny w Holandii.
Ta pora roku to również Wielkanoc. Święto nadziei i odrodzenia. W Holandii obchodzone mniej uroczyści niż w Polsce, ale to nic, ja zrobiłam je po swojemu, po polsku. Z lekką domieszką Holandii, bo przecież inaczej być nie może. Niewielu wie, dlaczego zając nosi ze sobą czekoladowe jajka.
Wiosna to obietnica kolejnej szansy, obietnica zmiany. Nowe początki kontynuacja tego, co było, ale inaczej, bo od nowa. Kwitną kwiaty, kobiety, policzki. Zrzucamy kurtki i szaliki. Wiosna jest niczym dzieciństwo, od teraz wszystko jest możliwe, wszystko się może zdarzyć. Jeszcze chwilę i zakwitną magnolie, które zawsze będą kojarzyć mi się z nowym życiem.  Płatki kwiatów znów zaskakują na drzewach, bo jeszcze bez liści. Coś z wyraźnym początkiem a końcem jakby trochę niedostrzegalnym, bo potem lato nadchodzi płynniej.
            Mówią, że każdy początek jest trudny, ale z pewnością nie ten, ten jest sam z siebie. To wiadomość od wiosny. Może lepiej powiedzieć: na dobry początek. Znów Persefona powróciła do matki. 
 Dla mnie wiosna w tym roku zyskała jeszcze jedno znaczenie, jeszcze jedną obietnicę. Gdy w ogrodzie zakwitły krokusy, do wydawnictwa wyruszyła moja kolejna książka, druga część „Wojny w Jangblizji”. To dalsza opowieść, ale kolejny początek. Czekam na ilustracje, czekam na korektę. Czekam… Chwilę przed wakacjami będzie miała miejsce jej premiera. Tegoroczna wiosna miesza mój strach, obawy, nadzieję, ekscytację oraz powoli kiełkującą radość, cieszę się, bo moja powieść to uwiecznienie ponad rocznej pracy.
Biały przebiśnieg nadchodzi pierwszy i zawsze pochyla głowę. On jeden tylko wie, co przyniosą kolejne dni, ale i tak będzie biało milczał. Wszędzie wiosna… tylko ta pani w telewizorze, psując zamysł  mego tekstu, straszy, że za tydzień wróci zima. Ale co tam.
AS