czwartek, 8 grudnia 2011

Dziesięć


Dziesięć to magiczna liczba. W judaizmie i chrześcijaństwie przykazań jest właśnie dziesięć. Biblijne dziesięć plag egipskich zna chyba każdy, może nie wszystkie, ale większość. Geograficznie mamy dziesięć kierunków, choć to wcale nie wyczerpuje możliwości, podążania za marzeniami w jeszcze innym. W buddyzmie tybetańskim znajdziemy dziesięć paramit, och, jak wiele mi jeszcze brakuje. Istnieje dziesięć wskazań postępowania według buddystów, choć nie wszystkie do mnie przemawiają, może to dowód, że daleko mi jeszcze do oświecenia. Staram się jednak wystrzegać wszystkich dziesięciu buddyjskich złych uczynków. W sporcie istnieje dziesięciobój. Jest jeszcze Dekameron, Dziesięć tysięcy uciech cesarza, to te historie bez cenzury, no i nie można zapomnieć o klasyce kryminału Dziesięć małych murzynków mistrzyni gatunku Agathy Christie.

Dziesięć minut za późno, albo za wcześnie. Niby nic takiego, a jednak czasem właśnie to stanowi różnicę.

Dziesięć lat. Okrągła data, bo zero stoi przy jedynce. Ktoś zasugerował, że dla ludzi ta liczba jest ważna, ponieważ mamy właśnie tyle palców u rąk. Coś w tym jest, bo odliczanie zawsze kończy się na palcach. Więcej to już dobrobyt… albo przesada.

W życiu świata jest wiele dziesiątek. W moim trzy, ale ta ostatnia jest zdecydowanie najważniejsza.

Goethe powiedział, że wystarczy urodzić się dziesięć lat wcześniej, by już być kimś innym duchowo.

Kim byłam dziesięć lat temu?
Hmm, w pewnym sensie urodziłam się dziesięć lat temu, urodziłam się, jako mama. Do tamtego dnia byłam czyjąś córką, przyjaciółką, siostrą i początkującą żoną. Byłam całkiem sobą. Jednak w dniu, gdy w wielu krajach na świecie obchodzi się dzień św. Mikołaja, stałam się mamą. Dopełnienie, uzupełnienie, ulepszenie mojej osoby.
W nowej sytuacji pierwsze myśli są czasem zupełnie niezrozumiałe. Przyglądałam się kilka godzin mojemu synowi, MOJEMU SYNOWI, i zastanawiałam się, jakim cudem istnieje, ktoś, kto ma taki maleńki nosek, takie małe dłonie, takie maleńkie paluszki… dziesięć paluszków. Cud!
Wszystko zrozumiałe, wszystko jasne, ale taka drobinka! Nie zastanawiałam się nad sprawami duchowymi, nie myślałam o jego przyszłości ani o tym, jaki będzie. To przyszło potem. Znacznie później. Gdy już ze spokojem nauczyłam się podchodzić do pieluch, butelek i płaczu w nocy. Wtedy, tamtej nocy chciałam tylko wiedzieć, że jest zdrowy, przytulałam go i myślałam o jego maleńkości, kruchości.
Z perspektywy czasu… tej dekady, dostrzegam, że byłam wtedy niczym ta kruszynka w moich ramionach, tak bardzo nieporadna, zagubiona w nowej rzeczywistości. Bycie mamą to poszukiwania, które chyba nigdy się nie kończą. Teraz wiem jak postępować z maleństwem, ale nadal uczę się podejścia do dziesięciolatka. Gdy już będę wiedzieć on będzie miał jedenaście lat i będzie dla mnie niewiadomą. To ciągła niepewność, czy stawiane przeze mnie kroki są słuszne. W kroki moich dzieci nie wątpię, widzę, że stawiają je pewnie i wkraczają w każdy dzień bez wahania pełni optymizmu. Mama zawsze się martwi i zawsze wątpi. Codziennie chcę robić coś lepiej niż wczoraj, ale i tak jest szansa, że będzie gorzej niż jutro… To jednak brzmi optymistycznie. Gorzej, jeśli wczoraj było lepiej.

W końcu dziesiątka to tylko liczba naturalna następująca po dziewięć a poprzedzająca jedenaście. Kolejny krok.
AS

sobota, 3 grudnia 2011

Sznurowadło, które łączy z Bogiem


Usiadła przed artystą, bo tak właśnie należy. To są obowiązki ważnych osób. Należy pozwolić się uwiecznić, aby później inni mogli się przyglądać. Może ktoś przystanie, pomyśli, może komuś to pomoże. Ona wcale nie czuje się ważna, choć nie ma ważniejszej. Artysta instruuje.
Proszę patrzeć tutaj, prosto, lekko skłonić głowę. Proszę się nie uśmiechać, to nie w kanonie. Dzieciątko proszę trzymać trochę wyżej, proszę się nie martwić przerobi się, aby było jak trzeba. Nie może przecież wyglądać jak dziecko, teraz taki styl panuje, cóż poradzę. Nie można wyglądać jak bobas.
A Ona siedzi, przytula Syna do piersi i być może nie wie, ile kiedyś będzie znaczyć, to co robi… a może jednak wie.
Tylko proszę poprawić ten sandałek, bo to nie uchodzi, aby Jemu bucik spadał. Więc poprawia, zakłada, zawiązuje, tak jak wszystkie mamy, w każdym czasie. Znów wszystko od początku: patrzeć tutaj, poważna mina, On przed siebie i wyżej. A ten bucik tak przeraźliwie ziemski znów zsuwa się z boskiej stopki. Artysta wzdycha, niech już tak zostanie. Tak było, mogę przysiąc – widziałam to… oczami wyobraźni.

* * *
W małym kościółku, w niewielkiej wiosce znajduje się ikona Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, patronki najbardziej smutnych i potrzebujących. Ona, smutna jak ci, którym pomaga, poważna, bo wie ilu ich jest. Jej spojrzenie tak bardzo obecne. Przychodzę tam często. Ona za każdym razem ze spokojem patrzy na mnie i wie, a mnie jest z Jej wiedzą lżej. Trzyma w ramionach Maleństwo, takie inne niż wszystkie, bo jedyne i całkiem wyjątkowe. Zastanawiam się dlaczego Chłopiec jest taki nienaturalny, jakby duży, ale mały i mały, ale duży. Przyglądam się im, wydają się tacy odlegli, lecz równocześnie bliscy. Czy to możliwe? Przecież jedno przeczy drugiemu. A jednak.
Zapalam świeczkę i modlę się, proszę, dziękuję i przepraszam.
Cierpliwość Ich spojrzenia, cisza tego miejsca przywracają wewnętrzny spokój i wtedy to dostrzegam. Początkowo myślę, że tylko mi się wydaje, że to iluzja zamyślenia, ale po chwili wpatrywania się jestem już pewna. Jezuskowi zsunął się ze stopki sandałek. Rzemień, niczym sznurówki w butach moich dzieci, oplótł się wokół Jego kostki i bucik jeszcze chwieje się w kąciku ikony. Za chwilę upadnie poza ramy obrazu. Przez chwilę wydaje mi się, że Matka Boża to widzi, dostrzega kątem oka. Wiem, że zaraz z westchnieniem lekkiej irytacji, włoży bucik z powrotem na stopkę Syna. Pewnie jak tysiące matek zorientuje się, że chwilę później sandałek będzie się tak samo kołysał.
Poważna mina, skupiony wzrok i te dysproporcje oddalają nas od Boga. Jednak ten zsunięty bucik z Bożej Stopy, kołyszący się tyle stuleci, w jednej chwili przybliża tak wiele. Przybliża wszystko.
AS
Ikona znajduje się w kościele R.K. Parochie van de H. Maria w Bussum w Holandii

niedziela, 4 września 2011

Przeszłość to tylko kwestia czasu

Przeszłość to kiedyś, jeszcze nie teraz, ale tylko przez chwilę. Zaraz i tak się nią stanie.
To wtedy, gdy dni były prostsze a noce jakby mniej czarne. Gdy wszystkie marzenia były do zrealizowania a rozczarowania ogromne tylko przez jeden dzień. Zmartwień nie było wcale, a może nie takie jak dziś, bo mimo wszystko już wczorajsze.
Zapominam i chcę pamiętać. Gubię się w kolejnych godzinach, które przeraźliwie mieszają się ze sobą i już nic nie ma, tylko uciekający czas.
Przeszłości nie można opuścić, tak jak wychodzi się z pokoju i zamyka za sobą drzwi. Ona idzie z nami, jakby starała się pokazać, że jest inaczej, bo my już też nie ci sami. Jacyś tacy nietutejsi… niedzisiejsi.
Już widzę, jak często drogę wskazują ci, co błądzą i nie wiadomo dokąd iść. No i dalej do przodu, tylko czasem nie wiadomo gdzie to jest.
Przeszłość często uśmiecha się do mnie i tak bardzo chce wymienić swoje wspomnienia na marzenia przyszłości. A teraz dziś, za chwilę później, jak kolejne lądy do odkrycia. Jeszcze tyle do zrobienia. Jeszcze się udaje. To nie o to chodzi, że Mikołaj kupuje na kredyt i nie o to, że wróżka zębuszka chowa mleczaki w pudełku po zapałkach. O to, że prawdy zabarwione, zblakły z biegiem lat i już nic ich nie uratuje. O to, że znajduję odpowiedzi na gnębiące mnie pytania, tylko po to, by patrzeć jak głowy hydry odrastają zwielokrotnione znakami zapytań. Teraz przecież najważniejsza jest praktyczna strona życia. Zanurzyć dłonie, łokcie, ramiona w tym co potrzebne z dziś na jutro. Bzy coraz rzadziej pachną tak całkiem bezinteresownie.
Jak dobrze, że prawdy najszczersze wypływają z ust dzieci i potrafię je usłyszeć.
Dobrze, że wciąż mogę rankiem życie zaczynać kolejny raz od początku.
Jeszcze zachwyt, że potrafię, że to tylko kwestia czasu.
AS

niedziela, 28 sierpnia 2011

Tato


Jest tak wcześnie. Meble wolno wyłaniają się z ciemności. Wszystko wokół odzyskuje kolory i kształty. Znika jednobarwny świat nocy. Domownicy jeszcze śpią. Obok mnie moja córeczka mruczy coś przez sen. Znów przywędrowała do nas, gnana złym snem o pająkach. Ośmionogie powody nieprzespanych nocy.

Jest niedziela, dziś mój Tata ma urodziny, a ja znów tak daleko.

Leżę i wiem, że już dawno przestałam być tą dziewczynką, do której musiał się schylać. Mój Tata. Mój, bo mój, taki przyjemny zaimek dzierżawczy… dzierżący. Mój Tata chce być tatą a jest już bardziej przyjacielem.
On ma mądrość, której nigdy nie dogonię. Te wszystkie historie zagubione w gwiazdach, razem z dalekimi planetami i odległościami mierzonymi w latach świetlnych. Ciała niebieskie malowane tak całkiem przyziemnie słowami przy porannej kawie.
Drobiazgi stają się bardzo ważne, błahostki, tak właśnie, to liczy się teraz najbardziej. Ciągle nie możemy przyzwyczaić się do mojej dorosłości. Do tego, że ja też mogę mieć rację, nawet, jeśli jest całkiem inna. Przekazujemy sobie książki z ręki do duszy. Po raz kolejny czytamy Dziennik irlandzki Bölla i dziwimy się długości zdań, które widać dopiero, gdy się nie czyta, bo wtedy cudowne słowa już niczego nie zasłaniają. Dokańczamy za siebie zdania, czasem nawet te niezaczęte. Z Tatą bardzo często prowadzimy rozmowy całkiem bez słów. Może czujemy strach przed prawdą, która nas łączy i dzieli. A strachu przecież wcale niepotrzeba. A może wspólna przeszłość, w którą on wszedł a z której ja wyszłam pozwala tak dobrze się rozumieć. Złościmy się przecież podobnie i cieszymy prawie tak samo. Czas zamiany ról z wsparcia w wsparcie. Jak bardzo nie umiemy sobie wszystkiego powiedzieć a i tak w końcu ogarniamy całość. Tracimy łzy, których nikt nie widzi. A przecież wiemy, że one są. Tak mają przyjaciele...
I jeszcze ta jego wiara tak specjalna, bo niezachwiana, w to, że mi się uda. Wiara we mnie i w nic więcej. Reszta się kołysze, balansuje z trudem; tak całkiem niepewnie, tylko nie ja w jego oczach. Tak zupełnie realna w spełnieniu mych marzeń. Musi się udać, bo musi i koniec. Bez zbędnych wyjaśnień i chwili zastanowienia, bez zwątpienia. Do przodu kolejny krok, jak podczas nauki chodzenia. Ja ciągle bardziej do niego podobna. Ciągle dalej.
Czasem słyszymy te pół słowa, których nie ma, a które pozostawiają tyle niepokoju. Co tam?
Tak chcę odmienić świat dla niego. Tak wiele chcę dać a ciągle wydaje mi się, że mam puste ręce. Jakby brakowało mi jeszcze sił. Moje oczy maja inny kolor, ale patrzymy podobnie i w tym samym kierunku.
Czasem siedzi zamyślony, tak całkowicie pochłonięty dziurą między drzwiami, bo przecież musi być jakieś rozwiązanie domowej usterki. Potem jeszcze trzeba wymalować ściany, zrobić zakupy, jeszcze kilka słów o poprawności językowej i nowa książka…

Już nie potrzeba rad.
Po prostu obecność, gdy świat się wali… a może to też rada.

Jestem tak bardzo podobna do niego.
Jestem tak bardzo podobna do Ciebie.

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Tato!
AS

sobota, 30 lipca 2011

Codzienne zdziwienie


Lubię przyglądać się naszym dzieciom. Z jednej strony można tak wiele się od nich nauczyć, a z drugiej tak wyraźnie widać jak zbudowany jest nasz świat. Sprawy już tak całkiem zwykłe dla nas, dla nich są jeszcze całkiem obce, zaskakujące i czasem niezrozumiałe.
Dzieci nie potrafią jeszcze udawać, że zapiekanka jest smaczna, tylko z pełną szczerości buzią wyplują ją na talerz. Dorosły już nie potrafi. Ileż dorosły musi przełknąć!
Dzieci są takie ufne. Bez chwili zwątpienia wierzą, że będzie dobrze, bo inaczej być przecież nie może. Szczęśliwe zakończenia są zawsze i na zawsze. Zawsze jest dobrze, nawet gdy na chwilę jest źle, to nic, zaraz za moment wszystko się zmieni. Złe zakończenia nie istnieją.
Dzieci są tak zdziwione, że kurczak i jajecznica ten sam początek mają. Przecież to nie możliwe, że frytka i chips pochodzą z ziemniaka.
A gdzie są umarli, to gwiazdy, przecież to takie proste. Patrzą na nas z nieba. A w dzień, gdy gwiazd nie widać, przechadzają się po chmurach. Nawet ci grubi, bo tam wszystko jest lekkie. A anioł przychodzi nawet wtedy, gdy się go o to nie prosi.
Jak daleko się już jest od tych chwil? Z każdym spojrzeniem na zegarek, z każdym zmartwieniem w portfelu, jest się krok dalej od tej wiary, szczerości i zaufania.
Czy dorastając uczymy się, a może właśnie coś tracimy?
AS

środa, 20 lipca 2011

Na kawę z Panem Cogito cz. ostatnia



Koniec a może dopiero początek.

Dziękuję, że został pan ze mną na tę chwilę, za tę kawę wypełnioną zapachem innego czasu i chyba też "bezczasu". Za to, że te słowa będą brzmieć we mnie jeszcze bardzo długo i że jutro będę je czuć znów inaczej. Poezja jest silnie związana ze stanem emocji odbiorcy. A konkretne emocje pojawiają się i odchodzą robiąc miejsce innym. A potem znów wracają. Tak jest z miłością, z samotnością, z poczuciem wyobcowania. W pana słowach można to wszystko odkryć, w zależności od tego jak się dziś czuję, co przeczytałam wcześniej, na jakich zajęciach na uniwersytecie byłam.
Pan jest przecież podróżnikiem, musi pan iść dalej. Podziwiać naturę, sztukę i kulturę. Musi się pan zachwycić nad posągiem i przystanąć przed wykręconą klamką. Pan jeszcze nie raz się przerazi. Przerażająca będzie natura, historia i człowiek. Pan jednak będzie potrafił dostrzec piękno a co najważniejsze będzie potrafił połączyć to co było, jest i będzie. Pan mi nigdy nie udzieli odpowiedzi, pan chce abym zrobiła to sama. Aby każdy z nas to robił. Jednak pan nie chce jednej prostej odpowiedzi. Trzeba iść i pytać wciąż na nowo i wciąż szukać odpowiedzi. To taka droga bez końca, to poszukiwanie tego, co właściwe i odkrywanie mrocznych stron. Pan nie mówi mi co mam myśleć, pan zapala tylko światełko gdzieś w moim wnętrzu, aby było odrobinę łatwiej.
Popatrzyłam na pana Cogito, uśmiechał się smutno i mogę przysiąc, że zaczął rozpływać się w powietrzu, tak jakby cały był tym dymem. A może po prostu wyszedł, gdy zamknęłam książkę a resztę sobie tylko wyobraziłam.
AS

wtorek, 19 lipca 2011

Na kawę z Panem Cogito cz.7


Pan Cogito - powrót

I
Pan Cogito
postanowił wrócić
na kamienne łono
ojczyzny


A jednak - wraca pan. Nie cieszy się pan jednak. Wraca pan na kamienne łono, chłodne i nie oczekujące pańskiego powrotu. To chyba jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie można podjąć, powrót do miejsc, które na nas już nie czekają. Miejsc, który w jakimś sensie są już nawet nie obce a wrogie.

decyzja jest dramatyczna
pożałuje jej gorzko


Zdaje sobie pan z tego sprawę i mimo to podejmuje pan taką decyzję. Jeszcze gorzej, bardziej dramatycznie.

nie może jednak dłużej
znieść zwrotów kolokwialnych
- comment allez-vous
- wie geht's
- how are you


i – hoe gaat het...

pytania z pozoru proste
wymagają zawiłej odpowiedzi


Dlaczego zawiłej? Zawsze przecież odpowiada się po prostu – goed. To tak, jak przy wybieraniu pieniędzy z bankomatu wciska się pin. Już się człowiek nie zastanawia, palce same biegną po przyciskach. Po prostu – hasło i odzew. Przecież nikt nie oczekuje odpowiedzi a już na pewno nie szczerej.
To jednak jest zawiłe. Gdy w końcu dociera do człowieka, że to właśnie tylko i wyłącznie zwrot kolokwialny a zadający chce usłyszeć tylko to goed, bo wtedy może odejść w spokoju o nic więcej już nie pytając. Jednak, jeśli pojawi się coś więcej, trzeba nadal pytać a to już za bardzo wykracza ponad kolokwializm.

Pan Cogito zrywa
bandaże życzliwej obojętności
przestał wierzyć w postęp
obchodzi go własna rana


Przepaść - już stała się ważna. Myślał pan, że będzie lepiej, że się pan przyzwyczai do tej codzienności daleko, ale ma pan już dość. Wie pan już, że "tutaj" nigdy nie nazwie pan swoim domem.

wystawy obfitości
napawają go złudzeniem


To złudzenie dzisiejszych czasów. Wydaje się, że jeśli jest dużo wszystkiego, to jest dobrze. Przynajmniej tak się człowiekowi mówi. Jeśli będzie miał to i tamto, błyszczące auto, nowy telefon, nawet właśnie ten konkretny zapach - będzie szczęśliwy, będzie akceptowany i lubiany. Wtedy będzie dobrze. Przepełnione po brzegi sklepy przekonują, że właśnie tak ma wyglądać ziemia obiecana. Cała obfitość za szkłem jest gwarancją tego, że jest się w lepszym świecie.

przywiązał się tylko
do kolumny doryckiej
kościoła San Clemente
portretu pewnej damy
książki której nie zdążył przeczytać
i paru innych drobiazgów


A to już całkiem coś innego. To architektura, sztuka to, co pozostaje po nas i ma się bronić samo. To, co przetrwa walkę z czasem i co z czasem wcale nie jest związane. Nie ma nic wspólnego z modą ani z zapewnieniami, że dzięki temu staniemy się szczęśliwsi. Gdy przyglądamy się sztuce, gdy przeżywamy to co widzimy, słyszymy i czytamy, pozostaje w tym coś z nas, coś temu oddajemy, coś odnajdujemy.
Kiedyś na wystawie obrazów Matejki, nie tych olbrzymich scen bitewnych a zwykłych "domowych", wpatrywałam się bardzo długo w portret jego dzieci. Po jakimś czasie nie widziałam już, co jest na tym obrazie, ważna stała się struktura płótna i farby, wydawało mi się, że czuję jej zapach. Widziałam rękę artysty nakładającego grubą warstwę koloru. Dlatego łatwiej się w tym odnaleźć, bo przeżywamy to całkiem inaczej. Czy oznacza to, że tylko to co nieruchome potrafi być częścią nas?
Pan potrafi spojrzeć na świat z dwóch perspektyw. Z jednej strony jest człowiek, jego pamięć i to, co do tej pory przeżył a z drugiej, przedmioty sztuki, architektury, które wydają się istnieć zawsze i na zawsze. Dzięki kontaktowi z nimi możemy na chwilę poczuć wieczność, nie naszą a ich, ale mimo to wieczność.

a zatem wraca

widzi już
granicę
zaorane pole
mordercze wieże strzelnicze
gęste zarośla drutu


Pan wraca do kraju ogarniętego wojną. Czy to druga wojna światowa? Nie, to system, który nastał po niej. Ja tego systemu już nie pamiętam, ale bliscy przeżywali - przeżyli to. Pan do tego wraca. Teraz już takich granic nie ma, wszystko wyprostowane, zburzone, zasiane. Między państwami przejeżdża się prawie tego nie zauważając. Gdy jadę do Polski jeszcze coś widać, już prawie tylko jak wspomnienie. Tam gdzie kiedyś granica dzieliła Niemcy na wschodnie i zachodnie straszą jeszcze te groźnie wyglądające wieże, choć już całkiem opuszczone.

bezszelestne
drzwi pancerne
zamykają się wolno za nim


Przesłuchania. Służby specjalne. Tak dużo musi pan wyjaśnić a powiedzieć nie może nic. Jeśli pan coś powie zostanie to za tymi zamkniętymi drzwiami i już nigdy się spoza nich nie wydostanie. Pan się nie wydostanie.

i już
jest
sam
w skarbcu
wszystkich nieszczęść


Przesłuchanie. Trzeba myśleć tak jak inni, trzeba mówić tak jak oni. Surowy zakaz posiadania własnego zdania!

II
więc po co wraca
pytają przyjaciele
z lepszego świata


Przyjaciele z lepszego świata nie są w stanie tego zrozumieć. Nie zrozumieją dlaczego zamienia pan wygodne spokojne życie, na ciągły strach i kontrolowanie słów, gestów i myśli. .

mógłby tutaj pozostać
jakoś się urządzić


ranę powierzyć
chemicznym wywabiaczom
zostawić w poczekalni
wielkich portów lotniczych


Wróciłam z wakacji. Poszłam z dziećmi na targ i nagle uderzyło mnie - wszyscy mówią po holendersku. Wszyscy są tutejsi a ja tak bardzo nie. Nagle zdałam sobie sprawę, że tak misternie budowany mur prawa przynależności do tego miejsca w ciągu czterech tygodni wakacji po prostu zniknął. Tam się nie musiałam dostosowywać, tam wszystko było tak całkiem naturalne, zresztą byłam na wakacjach, więc każdy zgrzyt można było tym faktem tłumaczyć. Teraz znów muszę zacząć budować, będę... Nie używam chemicznych wywabiaczy, jakoś urządzić się pomagają mi dzieci. Wiem, że po pewnym czasie będzie łatwiej. Jeśli wakacje pozostaną daleko za mną, będzie już całkiem łatwo.

Walisz prosto na dworzec główny, najgłówniejszy. A tam ile korzyści! Po pierwsze, wstęp
wolny. Po drugie tam nie jesteś obcy. Tam nie ma w ogóle obcych, ponieważ dworzec jest
właśnie dla obcych, czyli wszyscy są na dworcu tutejsi, tam obcy są nawet bardziej tutejsi od tutejszych. Tam twój nietutejszy wygląd jest całkiem na miejscu.
'Emigranci' S. Mrożek


więc po co wraca

do wody dzieciństwa
- do splątanych korzeni
- do uścisku pamięci
- do ręki twarzy
spalonych na rusztach czasu


Znowu dzieciństwo i wszystko tak bardzo organiczne. To jest to, co w nas pozostaje na zawsze i co trwa w nas, nawet jeśli rzeczywistość już dawno przestała istnieć.

pytania z pozoru proste
wymagają zawiłej odpowiedzi


Czasem wydaje mi się, że właśnie proste pytania są najtrudniejsze. Pan jednak powiedział - z pozoru i w tym jest sedno sprawy. Dlaczego ogólnie przyjęte za łatwe pytania są tak trudne? Dopiero na zawiłe, skomplikowane te "życiowe" nie ma kłopotów z odpowiedzią. Dlaczego, kiedy, a czy na pewno? Dlaczego wracasz, a dlaczego wrócić nie chcesz? Jak się czujesz? Proszę szybko znaleźć na to prostą odpowiedź...

może Pan Cogito wraca
żeby dać odpowiedź


Pana powrót już jest odpowiedzią. Pan chce być częścią tego, co się tam dzieje. Nie chce pan stać z boku i czekać.

na podszepty strachu
na szczęście niemożliwe
na uderzenie znienacka
na podstępne pytanie


Pan się nie chce bać.
AS

czwartek, 23 czerwca 2011

Co się dzieje?!

No i stało się! Ktoś zapytał mnie o radę. Nie chodzi o to, że wcześniej nikt nie pytał mnie o wskazówki, a o to, że tym razem pytanie zadała młoda osoba do starszej i bardziej doświadczonej. Tą drugą byłam ja. Chwilowe rozbawienie, a potem w mojej duszy coś zaskrzypiało. Czyżbym to ja była starsza i doświadczona... ale jak i kiedy? Nawet nie to, że starsza ale to, że doświadczona. To nie możliwe, ja nic nie zauważyłam. A może to nadchodzi i tego się nie czuje? To ja zawsze zwracałam się do innych po radę, to inni byli doświadczeni a ja zielona i tu nagle coś takiego... W nowej roli poczułam się taka jakaś niezgrabna.
Pytanie niby było proste. Jak to jest być emigrantem? Proszę mi powiedzieć, proszę doradzić.
No cóż, z Polski wyjechałam już 12 lat temu. Czego nauczyłam się o byciu obcym przez ten czas? Jaka jest moja emigracja? Schowana, zabezpieczona, ukryta chyba najbardziej przede mną samą. Nie chcę jej widzieć przez mur, który stworzyłam. Nie czuję już tak dotkliwie, że gdzieś mnie nie ma, ani tego, że gdzieś jednak jestem. Mam ten mur, to mur bezpieczeństwa, ochrony i jest mi z nim dobrze, a co dzieje się tam, to już jakby nie moje. Jak to strasznie brzmi!
Co jakiś czas docierają do mnie wiadomości trochę jak z innego świata. Słyszę historię o robotnikach sezonowych, których praca bardziej przypomina niewolnictwo niż celową działalność człowieka zmierzającą do wytworzenia określonych dóbr materialnych. Słyszę o tych samych lub ich kolegach, którzy po pracy prawie wszystko przepuszczają na alkohol a potem dopiero się dzieje... Słychać o Polakach, którzy napadają, kradną i demolują...
To jest gdzieś daleko, ja jestem tu chroniona murem. Za tą budowlą są również ci wszyscy, którzy kojarzą mnie tylko z pomocą domową, czy opiekunką do dzieci, bo Polka właściwie do niczego innego się nie nadaje. Tam są ci ignoranci i ślepcy. Czy jednak ja jestem lepsza, gdy udaję, że tam nic nie ma.
A może właśnie nie, bo ja udaję tylko czasem i tylko dla głębszego oddechu, by mieć siłę na późniejsze spotkanie z tym, co jest tam. Może to właśnie jest moim doświadczeniem. Nie chcę znaleźć się w miejscu wyznaczonym dla mnie przez innych. Nie muszę krzyczeć ani stawać w rzędzie. Przecież jeśli człowiek usilnie stara się być przeciwieństwem drugiego, jest niczym innym niż jego odbiciem w lustrze, bo tam przecież wszystko jest odwrotnie. Może to wcale nie mur tylko własny wybór i akceptacja.
Nie kupuję gazet codziennych, dostaję je z jednodniowym opóźnieniem od teściowej. Czasem nawet z kilkudniowym. Bywa, że są wszystkie, a czasem kilku brakuje. Wiem dlaczego, choć o tym nie rozmawiamy. Oznacza to, że w tych brakujących pisano coś niekorzystnego o Polakach, znów jakiś napad, wandalizm lub pijaństwo. Moja teściowa w ten sposób mnie chroni, chociaż to jest już niepotrzebne. Już wiem, że nie ma sensu ciągłe wciskanie się gdzieś, bo jak bardzo by się człowiek nie starał, zawsze coś będzie wystawać. To coś, będzie bardziej razić tego wciskającego się niż otoczenie. Dlatego trzeba zaakceptować to niedopasowanie i nie uogólniać siebie do wszystkich.
Mój syn jako doświadczony gracz komputerowy, udziela swojej początkującej w tym temacie siostrze, bardzo konkretnych rad. Gdy ona usiłuje przeskoczyć jakąś przeszkodę lub pokonać groźnego smoka, stoi za jej ramieniem i krzyczy - gdzie idziesz! Nie tędy! No szybciej! Ona się denerwuje, bo wie lepiej lub krzyk za wiele wymaga i wszystko kończy się kłótnią. Później ona spokojnie siada i woła - no to jak to ma być? W końcu próbuje sama, bo tak naprawdę nie można inaczej.
Na to niby proste pytanie odpowiedziałam: świat jest bardzo mały. Polska i Holandia są blisko siebie... choć czasem ta odległość staje się większa. Stworzysz swój własny świat, nie staniesz sie Holenderką ale stracisz coś z polskości. Jeśli będziesz umiała wymieszać w sobie te dwa kraje wiedząc, że pozostaniesz zawieszona gdzieś pomiędzy; będzie Ci dobrze. Emigranci wciąż patrzą na to co stracili, ja lubię przyglądać się temu co zyskałam i jaka się stałam właśnie dzięki mieszance strat i zysków.
AS

czwartek, 16 czerwca 2011

Na kawę z Panem Cogito cz.6



Pan Cogito myśli o powrocie do rodzinnego miasta

Czy zastanawiał się pan kiedyś nad powrotem. Myślał pan by powrócić do miejsca z którego się wyszło?

Gdybym tam wrócił
pewnie bym nie zastał
ani jednego cienia z domu mego
ani drzew dzieciństwa
ani krzyża z żelazną tabliczką
ławki na której szeptałem zaklęcia
kasztany i krew
ani też żadnej rzeczy która nasza jest


Czyli powrót do domu, to nie tylko powrót do miejsca, ale i do czasu. Nawet gdyby pan wrócił tam, gdzie się pan urodził, gdzie pan dorastał, przecież to miejsce nadal istnieje; i tak wszystko byłoby inne, nie takie samo, czyli obce. Znów obce! A co tak naprawdę jest znajome? Pan patrzy też na to, co "teraz" i co "kiedyś". Czasem to, co "kiedyś" istnieje nadal a to, co "teraz" jakby nie istniało nigdy. Może więc lepiej nie wracać, bo w pamięci przynajmniej zachowamy obraz tego, co było i tam będzie to miejsce żyło. Gdy wrócimy, odkryjemy, że go już nie ma i stracimy nawet to, co żyje w naszej pamięci. Stracimy co znajome i co wieczne.
Gdy zmarł mój dziadek, mama nie pozwoliła mi go zobaczyć w trumnie. Byłam mała i ciągle pytałam dlaczego, odpowiedziała mi, że chce abym zapamiętała go żywym a nie tak całkiem obcym i innym. Pewnie też chciała zachować dla mnie przeszłość.

wszystko co ocalało
to płyta kamienna
z kredowym kołem
stoję w środku
na jednej nodze
na moment przed skokiem


Świat dzieciństwa - to co wieczne i co na zawsze znajome. Tylko wtedy przyjmowaliśmy świat właśnie takim jakim był, bez zastanowienia, bez rozważania i dlatego pozostał on tym jedynym znajomym, bo był jedynym prawdziwym. Wtedy nie było miejsca na zwątpienie, bo wtedy zwątpienie nie istniało.
Kredowe koło jak z wiersza Różewicza, które każdy z nas rysuje i zamyka w nim własny sposób widzenia świata. A wyjście z niego jest tą ostatecznością - śmiercią. Lub to koło, które rysujemy na chodniku bawiąc się i skacząc z innymi dziećmi.

nie mogę urosnąć
choć mijają lata w górze huczą
planety i wojny


Nie może pan wyjść z tamtego świata. Wspomnienia są bardziej realne niż "dziś" i "teraz". Być może we wspomnieniach jest pan chłopcem, ale już nie patrzy pan z tą samą naiwnością na wszystko wokół. Gra pan w klasy, ale już ma pan świadomość mijających lat i tego, co się potem wydarzyło.

stoję w środku
nieruchomy jak pomnik
na jednej nodze
przed skokiem w ostateczność


Dlatego nie jest pan radosnym dzieckiem, tylko nieruchomym pomnikiem. Wydaje się panu, że wszystko już było, bo wszystko to wspomnienia, wszystko to przeszłość.

kredowe koło rudzieje
tak jak stara krew
wokół rosną kopczyki
popiołu
do ramion
do ust


Dopiero śmierć pozwoli panu wyjść z tego koła, które już dawno utraciło kolor czystości. Wie pan, że tyle osób odeszło, że te kopczyki to upływający czas, groby ludzie, których już nie ma a pan nadal tu jest i czeka. To nadzieje, które się nie spełniły i marzenia, które odeszły.
AS

sobota, 11 czerwca 2011

A co jeśli koń to żaba?



Koń jaki jest każdy widzi... Tak na 100%, czy może raczej na 97, a może na 50, lub wcale tej pewności nie ma. Oczy dostarczają nam najwięcej informacji, ale też są najlepszymi kłamcami. Żaden zmysł nie potrafi nas tak okłamywać jak oko. Wydaje się, że coś tam jest, a tak naprawdę tego nie ma. Lub odwrotnie, całkowite przekonanie o pustce, która wcale nie jest taka pusta. Ile razy to co się widzi jest prawdą a ile iluzją? Czy istnieją takie statystyki zgodności z rzeczywistością? Cóż mogę dodać, już niejeden filozof nad tym łamał siwą głowę, ale zadawalającej odpowiedzi nikt nie znalazł. Arystoteles stwierdził, że powiedzieć o tym, co jest, że jest, a o tym, czego nie ma, że go nie ma, jest prawdą. Zaczęło się rozmyślanie, które trwa do dnia dzisiejszego i z rozwojem nauki wcale nie stało się łatwiejsze.
Czy to co widzimy jest prawdą? Tak łatwo być pewnym i równie łatwo zwątpić.
Mój syn przyniósł z biblioteki książkę o iluzjach optycznych. Siedział nad nią godzinami. Nie oznacza to wcale godzin ciszy, bo co chwilę przybiegał do mnie i zachwycony pokazywał kolejną ilustrację. Mama patrz! Mama co tu widzisz? Mama wiesz o co tu chodzi?
Gdy przeglądałam z nim książkę wiedziałam ‘o co chodzi’, wiedziałam, że na każdej stronie jest oszustwo... iluzja, bo to chyba nie to samo co oszustwo. A może iluzja to najgorsze oszustwo, bo wtedy oszukują nas własne oczy? Jednak patrząc na kolejne strony wiedziałam, że na tym polega ta zabawa.
- Mama co tu widzisz?
- Konia.
- Wcale nie, bo żabę!
No chyba potrafię odróżnić konia od żaby?! A może wcale nie, przyglądam się dłużej. Faktycznie tu też jest żaba i co gorsza koń też tu jest. Zależy z której strony spojrzeć na obrazek.
Wychodząc z domu, rozglądając się wokół nie myśli się, że otacza nas iluzja, że tu też trzeba wiedzieć 'o co chodzi'. Nie zakłada się, że widząc konia możemy też zobaczyć żabę, bo to przecież kompletnie nielogiczne. A może trochę szkoda. Może gdyby zrozumieć, że każdy koń, to może być też żaba a nawet samolot, byłoby łatwiej. Spojrzenie byłoby bogatsze i z pewnością byłoby mniej niesnasek. Deepak Chopra powiedział, że wystarczy zmienić sposób patrzenia a zmieni się to na co się patrzy.
AS




Ilustracje pochodzą z książki "Optische illusies" Inga Menkhoff







środa, 8 czerwca 2011

Sto lat... dla mnie...


Ksiądz Jan Twardowski pod koniec życia zapytany, jak się czuje, odpowiadał ‘ Czuję się lepiej niż jutro.'

Moja córeczka: mamo, a dawno temu, kiedy byłaś młoda, były już wtedy rowery? Wiem, że dla moich dzieci już dwudziestolatki to wstęp do jesieni życia, więc nie bardzo się przejmuję, ale i tak zaczynam analizować jej sposób myślenia, szczególnie, że za kilka dni będę zdmuchiwać kolejną świeczkę na torcie.
Dwa razy w roku przychodzi taki dzień, który jakby ze swoim nadejściem zakładał, że należy przysiąść i zadumać się na chwilę. Jeden to Nowy Rok a drugi urodziny. W moim przypadku ten drugi wypada, prawie pół roku po pierwszym, mam więc regularnie odmierzany czas postanowień, analiz i żali. Nowy Rok rozbłyska tysiącem sztuczny ogni. Moje urodziny to kołysane wiatrem magnolie i kosy wzdychające na całą okolicę przy budowie gniazd. Kołowrót zdarzeń, a ja dumam…
Mijają urodziny. Rozliczmy się z ostatnich kilku miesięcy. Te pół roku nie było ani takie jak zaplanowałam, a już z pewnością, nie jak sobie wymarzyłam; a zatem materiał do rozmyślania. Żal wypełnia duszę, bo zabrano mi coś, co powinno na zawsze być moje. Odkryłam po raz pierwszy tak namacalnie, jak blisko siebie są szczęście i rozpacz, że czasem między nimi mieszka tylko jedno słowo. Przekonałam się, że nic nie jest od teraz na zawsze, a co najwyżej tylko stąd - dotąd. Miało trwać dziewięć miesięcy i zakończyć się początkiem a trwało cztery i zaczęło się końcem. Pierwsze spotkanie było pożegnaniem. Nieprzespane noce nie wypełniło wsłuchiwanie się w czyjś oddech a w swój własny...
Nie udało mi się wypełnić żadnego punktu na liście postanowień. Muszę znów przejść przez drzwi obietnic składanych sobie samej. Trudna do zniesienia jest świadomość, że z każdym rokiem, razem z każdą kolejną zmarszczką, nawet tą najmniejszą, przybywa może coś, ale za to tak wiele ubywa. Ubywa tej dziecięcej pewności, że wszystko będzie dobrze. Ponoć po cynizmie i zmęczeniu światem można ocenić wiek ludzkiej osobowości. Ile lat ma zatem moja osobowość?
Ja się nie martwię tym, że jestem starsza, że jest coraz więcej tych młodszych ode mnie. Nie martwi mnie już to, że nikt nawet omyłkowo nie mówi do mnie na ty. Boję się, że nigdzie w sobie nie widzę tej pewności, tego, że powinnam wiedzieć. A tu wciąż tyle niewiedzy... Nie wiem nawet, czy jeszcze wierzę w to, że może być inaczej. Nie wiem czy wierzę w te moje listy zmian… a może to już tylko listy skarg i zażaleń?
Coraz więcej pamiętam, mam coraz więcej wspomnień... a może one zajmują przestrzeń niczym dane na twardym dysku i w końcu nie będzie już miejsca na nic więcej. Mam jeszcze więcej fotografii, choć czasem one najbardziej służą do zapominania. Pamiętam, ale czy na pewno to, co ważne. Zapominam mysz, która tak się bała, że wolała umrzeć i hortensję, tak niebieską, że mogłabym przysiąc, że spadła z nieba. Zapominam, że deszcz może padać bez końca, choć to tylko pół godziny. Zapominam, że odejścia są tylko na chwilę i nigdy tak zupełnie do końca. Myśli się o czymś innym, martwi tym, co niby ważne a mówi się już tylko o niczym. Już brak tej stuprocentowej pewności, że się wie. Pewności, która była ufnością, bo tak tylko się wydawało.
Pewien chłopiec mógł zaprosić na swoje urodziny tyle dzieci ile lat właśnie kończył. Na piąte pięcioro, na szóste sześcioro i tak dalej. Stał zadumany i zachwycony tą myślą. Pomyślcie, zwrócił się do kolegów, jak będę miał pięćdziesiąt lat zaproszę pięćdziesiąt dzieci.
Ktoś powiedział, że ważne jest, aby w życiu robić regularnie coś pierwszy raz w życiu. A zatem pierwszy raz wżyciu nie zrobię listy, bo dni się z tych list śmieją. Złapię głęboki oddech i poszukam dawnej naiwności. Zdmuchnę świeczkę i pójdę pobawić się z dziećmi i z dzieckiem gdzieś w mym wnętrzu. Szczęśliwego nowego roku i sto lat!
AS

niedziela, 5 czerwca 2011

Łzy w rozmiarze XL


Czym są łzy?
Kroplami słonawej, przeźroczystej cieczy, wydobywającej się z oka, zwykle w czasie płaczu. Takie wyjaśnienie można znaleźć w Uniwersalnym słowniku języka polskiego, tom drugi, od H do N.
Słona, bo dodaje smaku, jak akcent w uczuciu. Przeźroczysta, bo trudno ją oszukać. Z oka, ale prawie zawsze źródło ma w sercu.
Jednak co dalej? Przecież są łzy gorące lub rzęsiste, ale które kiedy, a co jeśli równocześnie? Jakiego rodzaju są łzy? Nigdy nijakiego, pewnie mogą być żeńskie albo męskie. Żeńskie ponoć bardziej naturalne, bo męskie - to wciąż trochę wstyd, choć już jakby mniej. Często są dziecięce, byle nie dziecinne, choć to już całkiem inny rodzaj. U dziecka pojawiają się szybko, w wielkich ilościach, jak groch i szybko wysychają. Zdają się być lżejsze. To ważne, by tak było, jeśli nie, są wtedy najsmutniejsze ze wszystkich. Łzy nie zmieniają się z wiekiem, zawsze są w rozmiarze XL, dlatego właśnie na buzi dziecka są olbrzymie. Mogą być serdeczne i może nawet trochę jak przyjaciele, ciepłe i czułe. Przychylne, ze zrozumieniem podzielone między dwoje.
Czy istnieją brzydkie łzy? Może krokodyle, lub na zamówienie. Piękne z pewnością, melancholijne, czasem sentymentalne. Są łzy ciche, dla siebie, w ciemności, w poduszkę. Są łzy wyciskane i same z siebie. Są wykrzyczane i wściekłe. Są łzy w liczbie pojedynczej, tylko jedna, by ją uronić, ale mówiąca swoją jednością tak wiele. Są w liczbie mnogiej wielokrotnej. Nie ma łez nijakich, nieudanych, czasem tylko za szybkie.
Są łzy samolubne, czasem zbuntowane. Są zazdrosne, czyli pewnie bezradne. Łzy na każdą okazję, bo też szczęśliwe, wzruszone, czasem z przejęciem życzliwe. Łzy mogą być gorzkie, mogą ich być strugi a w końcu i całe morze. Gdy napływają do oczu, czasem dławią a gdy jest bardzo źle, duszą prawie bez szansy na oddech.
Czasami szkoda łez. Najgorsze są te, które trzeba przełknąć, te właśnie są gorzkie. Śmiech do łez, to nie to samo co śmiech przez łzy.
Można je lać albo ronić. Można się mazać a nawet mazgaić. Słychać łkanie, a płacz gdy jest gorzej a może właśnie swobodniej, a potem już tylko szloch, gdy nie ma sił by go ukryć. Jest też lament, choć to już jakby nie z tych czasów, a z tych, gdy łzy innych potrafiły palić duszę niczym ogień.
A na koniec coś na otarcie łez. Pewność, że tylko one tak oczyszczają duszę, przecież są kroplami jej krwi.
AS