poniedziałek, 15 listopada 2010

Nagroda


Główna nagroda w kategorii wiekowej powyżej lat 18 I Międzynarodowego Konkursu Literacko-Plastycznego pt. "Tam Dom mój, gdzie serce moje"
Dom to dźwięk
Coś słyszę... ale co to może być? Otwieram oczy i przez chwilę zastanawiam się gdzie jestem. Dlaczego jest tak ciemno? Czuję na sobie jakiś ciężar, nie mogę się poruszyć. Dźwięk staje się coraz bardziej natarczywy, ja to skądś znam... To mój budzik. Wyciągam rękę przed siebie i jednym zdecydowanym ruchem uciszam go. Teraz jeszcze muszę dowiedzieć się, dlaczego jestem unieruchomiona. Nogami mogę poruszać, rękami też, czyli tylko tułów jest "sparaliżowany". W końcu udaje mi się odrobinę unieść się do góry. Wszystko staje się jasne. W nocy przyszła do łóżka, w którym śpimy, nasza córeczka i upatrzyła sobie moje plecy na poduszkę. Odsuwam się odrobinę i jeszcze na chwilę przymykam oczy. Wracam wspomnieniami do poprzedniego dnia. Za długo siedziałam przy komputerze. Poszłam spać o 2.00 w nocy. Przez półsen przypominam sobie jeszcze, że razem ze mną siedział mój mąż i doradzał mi gdy miałam wątpliwości w kwestii gramatyki holenderskiej. W środku nocy udało mi się zakończyć pracę kontrolną na uniwersytet. Kolejny krok w edukacji na obczyźnie. Zasypiam. Po chwili znów ze snu wyrywa mnie wściekły dźwięk budzika. Dość tego! Nie dam mu jeszcze raz tej satysfakcji - wstaję.
Wlokę się do łazienki i w myślach usiłuję rozplanować nadchodzący dzień. Co muszę zrobić? Mój Boże, aż tak dużo!? Zdejmuję piżamę i z nadzieją patrzę na prysznic - on mnie obudzi. Kusi mnie, aby odkręcić tylko zimną wodę. O czym ja myślę, ja taki mięczak, w życiu! Zdegustowana swoją słabością, dobijam się jeszcze bardziej wchodząc na wagę. A niech to... po weekendzie znów mi przybyło. Prysznic niewiele pomógł.
Czas budzić dzieci. Nasza córka zrywa się z łóżka i pędzi do łazienki. Wiem jednak, że to jedyna czynność tego ranka, którą wykona szybko, od teraz wszystko będzie bardzo powolne. Syn natomiast zwleka się z łóżka. Nie martwię się, bo wiem, że zaraz nabierze tempa. No i mam rację. Po pół godzinie on jest umyty, ubrany i bawi się w swoim pokoju, czekając na siostrę i na mnie. Ona dopiero zaczyna poranną higienę, ja natomiast zaczynam się denerwować, a po kolejnych minutach upływających na nic nie robieniu, prawie krzyczę.
- Pośpiesz się, bo ZNÓW się spóźnimy do szkoły! No i się spóźniamy. Moja maleńka patrzy na mnie wielkimi, niebieskimi oczyma. Co teraz? Nic już nie zmienię, przytulam ją i uprzejmie po holendersku przepraszam nauczycielki.
Znajoma psycholog zapytała mnie dziś: jak powinna według mnie wyglądać idealna mama? Zamilkłam, bo pierwsze, co przyszło mi do głowy to, że powinna być o wiele lepsza ode mnie. Chciałam powiedzieć, że nie tak jak ja, bo przypominałam sobie, jak bardzo zdenerwowana byłam rano. Powstrzymałam się i nic nie powiedziałam. Teraz staram się sama przed sobą odpowiedzieć na to pytanie.
To przecież ważne. Pewnie każdy w jakiś sposób to czuje. Ja mam tę odpowiedź w sercu: cierpliwa, mama powinna być bardziej cierpliwa. Musi wykazać się zrozumieniem. Kochać i tulić. Chronić i otaczać ramionami nawet, gdy jest daleko. Ważne aby była zawsze gotowa, ale też by pozwalała sobie na zmęczenie. Powinna być sobą, bo tylko tak może być dobra. Nie może tak bardzo przejmować się stereotypami, które z realnym światem nie wiele mają wspólnego. Niech nie naśladuje innych a szuka własnych dróg. Nie trzeba oczekiwać, że dzieci będą niczym roboty wykonywać wszystkie polecenia. Niech nie traktuje wychowania na równi z tresurą.
Gdy rano, chwilę przed obudzeniem moich dzieci patrzę na ich twarze, wiem, że nie ma na świecie nic piękniejszego. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem idealną mamą, ale ponoć idealne mamy nie istnieją.
Dom to wiele dźwięków, czasem są ciche jak oddech dziecka. Czasem są głośniejsze, jak trzask palonego drewna w kominku lub deszcz stukający w okno na dachu. Innym razem głośne jak płacz, krzyk lub tłuczona szklanka, ale wszystkie tworzą symfonię codzienności, zaskakującą, niezwykła i jedyną w swoim rodzaju.

Dom to stawanie się lepszym
W szkole dzieci ‘sportdag’, czyli dzień sportu. Co za zamieszanie! Ranek znów nerwowy. Przygotowuję wszystko i jeszcze z głową w szafce wołam do syna:
- Co jeszcze musi znaleźć się w twojej torbie?
- Kąpielówki i ręcznik. Odpowiada jakby to było oczywiste. Wkładam je do torby i zajmuję się kolejnym punktem poranka. W końcu pędzimy do szkoły, bo tam ma zajęcia sportowe córeczka. Syn jest w piątej grupie, oni mają zajęcia gdzie indziej. Jedziemy na jakieś pola golfowe... nie, nie golfowe, ale do hokeja na trawie... a co za różnica! Spieszymy się - znowu w biegu!
Udało się, a teraz do domu, jak zawsze jest dużo do zrobienia. Po odebraniu dzieci ze szkoły, zawożę je do babci. Jak dobrze, że babcia jest na miejscu! To mama mojego męża, to bardzo oryginalna kobieta i bardzo kochana. Dobrze, że jest. Moi bliscy w Polsce są daleko, czasem za daleko. Ściskam teściową, mówię dzieciom, że je kocham i dalej... pędzę. Muszę jechać do Amsterdamu. Dziś zajęcia z językoznawstwa. Wreszcie bieg zmienia się w trucht, by w końcu stać się spokojnym spacerem wśród pojęć, nazwisk i sal. Chwila, aby odetchnąć.
Rozpoczęłam te studia cztery lata temu, choć może powinnam napisać „wpakowałam się” w nie. Dlaczego to zrobiłam? Chyba chciałam się rozwijać, nie poddać się, nie zrobić kroku wstecz - tak jak wielu emigrantów. Jednak nigdy nie spodziewałam się, że dostanę tak wiele. Poznałam cudownych ludzi, którzy wskazali mi gdzie iść. Wiem, że gdyby nie oni, nie byłabym w tym miejscu i tak naprawdę nie wiem, co bym robiła.
Moje studia to coś więcej. To nie tylko moja nauka, to też ciągła pomoc najbliższych. To wspaniałe uczucie - nie jestem sama. To bardzo pomaga. Jestem w Amsterdamie i staram się wierzyć, że to wszystko ma sens. Moja nauka ma także wymiar rodzinny.

Dom to kompletność wszystkich osób
W aucie spoglądam w lusterko wsteczne. Widzę w nim twarz mojej córki. Jakaż ona śliczna. Spogląda przez okno, ciekawa jestem o czym myśli. Jak dobrze być twoją mamą - myślę sobie. Gdy patrzę w jej oczy, lub w oczy syna wiem, ze mój świat kręci się wokół nich. Opinie są różne na ten temat, ale mnie z tą świadomością jest dobrze, czyli jest właśnie tak jak być powinno.
Dom to nasze wieczory, gdy po zapracowanym dniu wszyscy jesteśmy w domu. Mój mężczyzna w kuchni wkłada naczynia do zmywarki, ja sprzątam stół i wołam do naszej córeczki, że ma siadać do pianina. Po chwili słyszymy jak wykonuje ćwiczenia na pięć palców.
- Jutro poczytamy tę książeczkę - wskazuję na jej pierwszy podręcznik do gry na pianinie. Syn leży na dywanie i rysuje coś w jednym ze swoich zeszytów. Przyglądam się nam i wydaje mi się, że ten obrazek przypomina trochę patetyczną reklamę margaryny. Czyli to jednak jest możliwe?
Nagle mąż upuszcza szklankę na podłogę, na wszystkie strony rozpryskują się kawałeczki szkła. Córeczka krzyczy:
- Tata przez ciebie się pomyliłam!
Nasz syn się śmieje.
- Nie śmiej się ze mnie - krzyczy sześciolatka.
- Nie z ciebie!
- Ze mnie! Głupi jesteś!
I tak zaczyna się kłótnia, a ja i tak czuję się dobrze.

Dom to powroty z zatłoczonych miast
Amsterdam, jak zawsze, zastawiony rowerami. Czasem, aby przejść obok jakiegoś budynku, trzeba zejść na ulicę, bo tak wiele rowerów stoi na chodniku. Wtedy człowiek naraża się, na czołowe zderzenie z jednym z poruszających się dwukołowców. Tutaj rower to stały element krajobrazu, czy to ustawiony przed budynkiem, czy w ruchu, czy też zatopiony w jednym z 160 kanałów. Rower jest widoczny wszędzie.
Stolica Holandii to bardzo specyficzne i wyjątkowe miasto. Tutaj chyba każdy jest przyjezdnym, ale i każdy jest tutejszym. Nie można być w tym mieście i nie poczuć z nim jakiejś więzi. To, co piszą o nim, to wszystko prawda i jeszcze wiele więcej. Wydaje mi się, że niezwykłość Amsterdamu polega też na tym, że to miejsce przyjmuje wszystkich i nie wymaga od nich zmian. Wystarczy przystanąć na jednej z ulic i spojrzeć na stojące przy niej budynki. Wiele z nich lekko się pochyla - wyglądają jakby prowadziły ze sobą cichą rozmowę. Przyglądając się im można zauważyć, że każdy jest inny. Stoją bardzo blisko siebie przytulając się do siebie. Przypominają podróżnych z różnych stron świata, którzy akurat w tym miejscu zatrzymali się i postanowili pozostać. Dla mnie to miasto jest symbolem tolerancji i miejsca dla każdego, bez względu na nastrój, wykształcenie, zainteresowanie i światopogląd. Jestem przekonana, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Co ja znalazłam?
Kiedyś bałam się tam jeździć, przerażała mnie ta różnorodność i poczucie chaosu na ulicach. Teraz właśnie to mnie przyciąga. Znalazłam tam odwagę, by być, by robić to, co chcę dla siebie i dla najbliższych. Amsterdam przyjął mnie jak 'swego' i chyba to mnie w nim zauroczyło, ta akceptacja całości. Pierwsze przyjazne uczucie do tego miasta rozbudziły we mnie książki Simona de Waal. Kryminały tego holenderskiego autora prowadziły mnie po zakamarkach stolicy a ja na to pozwalałam. Później, w wyprawie ze Zbigniewem Herbertem, odkryłam jeszcze inny Amsterdam. Amsterdam malowany słowem polskiego poety i pędzlem holenderskich malarzy - cudowna mieszanka. W ten sposób to miasto stało się także częścią mojego życia.

Dom to wspomnienia
A co, gdy dopadają nas te ciemniejsze dni? Nad głową zbierają się chmury i żadną siłą nie można ich rozpędzić. W głowie odzywa się ten złośliwy głosik: no i teraz spróbuj znaleźć się w tym obcym świecie, wśród ludzi, którzy całkiem inaczej patrzą na to, co nas otacza. Walcz ze zwykłą niezwykłą codziennością. Ucz się wszystkiego od początku. Zapomnij o tym, co było, bo to wciągnie cię w głębiny osamotnienia szybciej i boleśniej niż ci się wydaje.
Ciemniejsze dni dopadają, gdy się jest daleko, ale też gdy się jest blisko. We wspomnieniach dom pozostaje ten sam. Dzięki temu w końcu wstaję i przypominam sobie, że dom to też mama i tata, daleko a jednak całkiem blisko. To ich zasady i kołysanki. Dom to tamta niezmienność. Tylko jeszcze oni stoją na straży niezmienności. Jeszcze zapachy i rozmowy, jeszcze spacery i książki. To pozostało, jest i trwać będzie, gdzieś tam, jakiś czas na zawsze.
To też brat, już całkiem odległy, z problemami, własnym życiem i spotkaniami tylko w czasie świąt. Jednak brat - na zawsze kumpel z piaskownicy, towarzysz pierwszych zdartych kolan, berka i wspinaczek po drzewach. Świadek pierwszych łez, pierwszej samotności, przeciwnik w kłótniach i towarzysz w strachu.
Gdy ciemniejsze dni dopadają nas tam, gdy jesteśmy blisko miejsc ze wspomnień, jest jeszcze gorzej. Ilu doświadcza tego zawieszenia pomiędzy tym, co tutaj i tym, co tam, ale również tym, co teraz i tym, co wtedy? Zaczynamy dostrzegać, że emigracja jest dziwną odmianą "przestępstwa". Powroty są trudne, nawet powroty tylko na chwilę. Nie można powrócić do tamtych miejsc, bo ich tak naprawdę już nie ma. Minęły tak samo jak czas. Jednak nas tamtych też już nie ma. Zmiana odczytywana jest jako zapominanie o korzeniach, odchodzenie od siebie. Tego nie można zmienić, tak jak nie można zmienić innych ludzi. Wspomnienia pozwalają w takich chwilach zidentyfikować własną osobę sprzed lat i sprecyzować odległość między tym, co swojskie z tym, co dopiero oswajane.

Dom to mój język, który dzielę z innymi
Moja mała dziewczynka powiedziała mi dziś coś bardzo ciekawego. Coś, nad czym należy się zastanowić. Nasze dzieci są w pełni dwujęzyczne. Ja rozmawiam z nimi po polsku a ich tata po holendersku. Rozumieją prawie wszystko. Mówią też w obu językach. Nie wyobrażam sobie, aby nie rozumiały języka moich myśli. Moja ciemnowłosa sześciolatka oznajmiła mi, że gdy mówię po holendersku mam inny głos.
- Jak to inny? - zapytałam zdziwiona, bo przecież mówię tym samym głosem, lub przynajmniej tak mi się wydawało.
- Nie mamuś, po holendersku masz inny głos.
Zapytałam czy mój głos po holendersku jest brzydki.
- Nie, po prostu jest inny. Taki jakby... - zaczęła się zastanawiać, widziałam, że nie potrafi znaleźć słowa.
- No taki inny - zakończyła swój wywód.
- A który jest ładniejszy? Mała się zamyśliła.
- Wszystkie dwa są ładne.
Gdybym nie mówiła do dzieci po polsku, ukryłabym część siebie. Nie pokazałabym im siebie prawdziwej.

Dom to półki uginające się pod książkami
Listonosz przyniósł paczkę z książkami. Przez chwilę poczułam ciężar popełnionego grzechu. Szybko wyjęłam rachunek i wyrzuciłam go do śmieci. Wolę nie patrzeć na dowód "zbrodni" na domowym budżecie, trzeba o tym jak najszybciej zapomnieć. Czego oczy nie widzą... Oszukiwanie samej siebie. Na książki wydaję majątek - nie potrafię się powstrzymać. Marzę o większym domu, ale głównie dlatego, abym miała więcej miejsca na książki, na te które już kupiłam i te, które dopiero kupię. W Holandii książki są oszałamiająco drogie, to mnie nie powstrzymuje, czytanie po holendersku nie sprawia już problemu, więc kupuję je namiętnie. Nabywanie książek w Polsce - to jest dopiero szaleństwo. Tam one są o wiele tańsze, ale i tak wydaję na nie bardzo dużo; zamawiam wtedy o wiele więcej, bo... są tanie, a jest tyle historii, myśli i słów, które muszę poznać, przeczytać i zrozumieć.
Dostarczono paczkę. Dla mnie to jak Boże Narodzenie. Siadam i oglądam, dzieci pójdą spać to zacznę czytać. Dostawa języka, mojego języka, języka polskiego.

Dom to rozmowy do drugiej nad ranem
Znów budzik postawił mnie na nogi. Dziś nie uda mi się chyba już do końca obudzić.
Ktoś powiedział, że wreszcie jak uda mu się dobudzić, jest już pora by iść spać. Chyba wiem, co miał na myśli. Zastanawiam się, dlaczego jestem taka nieprzytomna? Wczoraj znów zasiedziałam się z mężem. Byliśmy razem, ale też całkiem obok siebie. Obejrzeliśmy coś w telewizji. Potem trochę rozmawialiśmy, czasem rozmowy o niczym dają tak wiele. On usiadł przed komputerem i zaczął pisać. Ja sięgnęłam do jednaj z moich książek i przeniosłam się do innego świata. Wcześniej zaparzyłam w dzbanku herbatę cynamonową i ustawiłam ją nad podgrzewaczem. Zapach rozniósł się już po całym pokoju. On odsunął od siebie klawiaturę, ja położyłam na fotelu książkę. Znów rozmawialiśmy. Rozmowa urwała się sama i powróciliśmy do poprzednich czynności. Wokół było tak cicho, słyszałam tylko cichą muzykę płynącą z radia i uderzenia palców o klawiaturę. Przewróciłam kolejną kartkę książki, akcja zaczęła być bardziej ekscytująca. Ułożyłam stopy na udach męża. Czas się znów zatrzymał.

Dom to drzwi
- Słyszałaś, co mówili o Polakach? - zapytała sąsiadka. Przez moment zastanawiałam się, co odpowiedzieć. Wiedziałam, o co jej chodzi. O to, że w Holandii tak wielu nietrzeźwych Polaków jeździ samochodami i teraz policja będzie częściej sprawdzać auta na polskich rejestracjach.
Włożyłam klucz do zamka w drzwiach mojego samochodu. Sąsiadka stała obok z założonymi rękami i czekała na reakcję. Zastanawiałam się, czy nie ma gdzieś ukrytego alkomatu.
- A, o co konkretnie chodzi?
- O to, że jeździcie po pijaku.
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, dlaczego użyła drugiej osoby liczby mnogiej. Przyglądała mi się tak, jakby właśnie przyłapała mnie na czymś nielegalnym.
- O ile wiem, to 'my nie jeździmy po pijaku' - odpowiedziałam i pożegnałam się uprzejmie. Na tyle uprzejmie, na ile pozwalał mi mój trzęsący się głos. Wiedziałam, że cały dzień będę miała zepsuty. Jechałam samochodem i nienawidziłam sąsiadki. Nienawidziłam jej i wszystkich Holendrów, którzy myślą tak jak ona. Przy okazji jeszcze nienawidziłam wszystkich Polaków, którzy wsiadają do pojazdów nietrzeźwi i skazują siebie i innych na śmierć, jeśli w końcu zamroczeni alkoholem stracą panowanie nad kierownicą. Na dodatek utrwalają stereotypy, z którymi nie potrafię walczyć.
Starałam się jakoś spędzić ten dzień, zrobić, co musiałam i nie analizować tematu; ale nie potrafiłam. Ciągle wracałam myślami do tamtych słów.
Popołudniu zaparkowałam przed domem, powoli otworzyłam drzwi wejściowe i od razu wpadła na mnie nasza córeczka,
- Cześć mama!
- Co tak ładnie pachnie?
- Tata robi spaghetti - a po chwili dodała z dumą - ja mu pomagam.
Zamknęłam dokładnie drzwi, nie pozwalając, aby myśli całego dnia weszły ze mną do domu. Syn siedział na kanapie i oglądał coś w telewizji. Mąż przytulił mnie na powitanie. W ręce miał drewnianą łyżkę a na koszulce kilka czerwonych plamek sosu.
- Masz ochotę na lampkę wina do obiadu?
Zapytał, a ja się uśmiechnęłam.

Dom to cisza, która nie istniałaby bez hałasu
Dzieci wchodzą do domu i od razu wypełnia go hałas i chaos. Nic już nie jest na swoim miejscu. Trwa to do wieczora, aż w końcu kładą się po wielu dyskusjach i żalach do łóżek. W domu zalega cisza. Chwila na zebranie myśli i porozrzucanych zabawek.
Ponoć tylko cisza jest za głośna... W krzyku, w słowach, w krzątaninie znajduję sens naszych czterech ścian. Dzięki temu, cisza, która wieczorem w nim zalega, tylko na chwilę, bo do rana, nie niepokoi.

Dom to dorastanie
To przeszłość, z której się wyszło i która ciągle gdzieś spogląda na nas z mniej lub bardziej ciemnych zakamarków. To chęć zrozumienia tego, co było, bo tylko tak łatwiej pojąć to, co jest. Spoglądam na swoje zdjęcie i nie widzę już dziewczynki. Zniknęła a na jej miejscu pojawił się kobieta, zastanawiam się czy ją znam. Czy one się znają? Czy dziecko we mnie zna dorosłą, którą się stałam i czy ja pamiętam jeszcze tę dziewczynkę? Dorastanie to stawianie kolejnych kroków. Czasem są one proste, wydają się być najzupełniej naturalne i nie wymagają większego wysiłku. Wykonuje się je i już. Są jednak kroki, które wymagają siły, odwagi i nikt nie wykona ich za nas. Niczym spacer po plaży. Wokół może być pięknie i ciepło, choć zawsze stawianie kolejnych kroków utrudnia piasek, ale idzie się, bo tak pięknie, przyjemnie, błękitnie. Czasem jednak rozpęta się sztorm, uwolniony szaleje nad nami i w nas, wtedy kolejny krok wydaje się być niemożliwy do wykonania. Ostatkiem sił unosi się nogę i stawia się ją, znów troszeczkę dalej, do przodu i jest lepiej.

Dom to wiara
Wierzę, że jest więcej dobra niż zła. Wierzę, że po deszczu świeci słońce, bo musi być tęcza. Wierzę w Alchemika, w lepsze jutro i że błędy są potrzebne. Wierzę, że mi się uda i to udawanie już trwa. Wierzę, że wiadomości lepiej przekazywać osobiście niż przez telefon, a już na pewno o wiele lepiej niż esemesem. Wierzę w Szymborską i Herberta. Wierzę w gwiazdy spadające i życzenia dziecięce. Wierzę, że nie muszę codziennie się malować. Wierzę w Mikołaja i że czasem trzeba mu pomóc, bo tyle ma na głowie. Wierzę w cud narodzin i ciszę odejścia. Wierzę w liczenie kropek na skrzydłach biedronki i że zdjęcia biało-czarne pokazują więcej niż kolorowe. Wierzę, że pojedynczość ważniejsza jest od ogółu, bo można ją dostrzec i policzyć. Wierzę, w dietę cud i że zawsze mogę zacząć od nowa. Wierzę w ograniczenia prędkości, ale tylko dla zmotoryzowanych. Wierzę, że nie ma ludzi, którzy nie zasługują na miłość prawdziwą i wierzę w miłość prawdziwą, w dwie połówki jabłka i w dom szczęśliwy. Wierzę w spokojne dzieciństwo i w spełnienie marzeń. Wierzę w granice do przekroczenia i w początki. Wierzę w postoje nie tylko awaryjne. Wierzę w odkrycia codzienne i zachwyty przeciętnie całkiem niezwykłe. Wierzę, wierzę, wierzę…

Dom to cudowne wymieszanie
Gdy zakłada się dom razem z partnerem, jest to mieszanie tego, co ‘ja’ i co ‘ty’. Dopasowywanie tego, co się dopasować nie chce. Układanie rzeczy oddzielnych, które powoli stają się nasze. To przyzwyczajenia, zapachy, kwiaty. Niektóre sprawy na zawsze pozostają nierozstrzygnięte. Jednak ważne jest to, że to miejsce to gniazdo, do którego można wracać i w którym można się ukryć. Tworzenie tego wspólnego miejsca bywa trudne, a gdy tworzą je osoby z dwóch różnych państw, jest jeszcze trudniejsze. Czasem dosłownie mówimy w obcych językach, zostaliśmy inaczej wychowani, mamy inne spojrzenie na świat. Mimo tego, tworzymy coś realnego, coś, co można dotknąć, poczuć. Zbudowaliśmy razem ten dom – nasz dom, nie zawsze miejsce, ale w każdej sekundzie stan. To nie tyle miejsce, co uczucia temu miejscu towarzyszące. To nie tylko cztery ściany, ale i cztery ściany. To nie tylko zapachy, ale również zapachy. To nie tylko kolory, ale także kolory. To nie tylko muzyka, ale też muzyka. To nie tylko ludzie, to aż ludzie. Bez nas nie istniałoby to wszystko. Nie byłoby takich ścian, nie byłoby tych zapachów, kolorów i muzyki. To my je tworzymy. Wszyscy razem, każdy z osobna i każdy na swój sposób.

Dom to serce
Dom to serce, które we mnie bije. Teraz już nie tylko w mojej piersi, ale i w innych, bo jest podzielone, czyli pomnożone. „Tutaj” jest tak ważne, bo jesteśmy tu wszyscy, bo oni patrzą na mnie, a ja na nich. Jest nam dobrze, bezpiecznie i "po swojemu" - to jest najważniejsze. To jest nasz dom - moje miejsce. Nie ma już punktu, nie ma kraju, który jest całkiem mój, bo wszędzie po części jestem obca. Tylko w domu, tylko między najbliższymi, tylko tam, gdzie dla nich bije moje serce, jest mój dom.

A dom to jeszcze wiele więcej…
AS

czwartek, 28 października 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.5



Poczucie tożsamości

Pan ma takie dziwne nazwisko, choć jego pochodzenie nie budzi wątpliwości. Wielu to panu mówiło. Pana nazwisko pochodzi jednak od "dwóch" Cogito. Jedno jest to, o którym piszą podręczniki. Wie pan - to z Kartezjusza. To jest pewne, niewzruszone, jednolite. "Drugie" Cogito jest od Nietzschego. Nie jest ani pewne, ani trwałe, ani jednolite. Gdy słucham pana wydaje mi się, że chyba jednak więcej ma pan z tego drugiego. Proszę mi powiedzieć, czy mam rację?
To wcale nie tak, pan jest gdzieś pomiędzy. Pomiędzy tym co pewne i czego wcale nie można zagwarantować. Pomiędzy tym, co trwałe jak kamień i ulotne jak uczucie. Pomiędzy tym, co niewzruszone a co zmienia się każdego dnia.
On tylko uśmiecha się lekko.
To mieszanina różnych przeżyć, pan potrafi z różnych stron spojrzeć na świat, przez to wszystko nie potrafię w tym odnaleźć niewzruszonej perspektywy. W tylu publikacjach nawiązują do pańskiego nazwiska i Kartezjusza. Proszę mi powiedzieć, czy pana nazwisko, to coś w rodzaju żartu?
Nic, brak odpowiedzi.
Pan mi nie pomoże prawda? Ja muszę sama sobie odpowiedzieć. Tak jak każdy, kto się nad tym zastanawia. Kto o tym myśli.
Do filozofii Nietzschego pan też do końca nie pasuje. Pan jest przecież zbyt realny, siedzi przecież pan tu obok. Usadawia się pan obok każdego, kto zajrzy na strony tych wierszy. Szepta pan coś do ucha, a potem odchodzi i pozwala resztę dopowiedzieć sobie samemu. Nawet wtedy jest pan bardzo realny. Pewnie dlatego jest pan tak bliski tak wielu .
Ktoś zapytał, dlaczego pańska krucha i niespójna tożsamość się nie rozpada? Dzieje się tak z tego samego powodu, z którego nie rozpada się ta pani podająca kawę i ten pan, mijający właśnie kawiarenkę i ja też nie. Bo jest pan ludzki, jest pan mieszaniną różnych filozofii.
Znów kamyk, niech pan spojrzy przywiozłam go z wakacji. To też taki dziwny czas, jakby na chwilę można było odpocząć od wszystkiego, nawet od siebie. To jednak nieprawda, bo mimo, że pakuję do plecaka tylko to co ważne i co lubię, głowę zabieram całą i już nie można odpocząć.

Jeśli miał poczucie tożsamości to chyba z kamieniem
z piaskowcem niezbyt sypkim jasnym jasnoszarym
który ma tysiąc oczu z krzemienia
(porównanie bez sensu kamień widzi skórą)
jeśli miał poczucie głębokiego związku to właśnie z kamieniem


Pan jest bardzo samotny. Tak często mówi pan o tym co "ja" a co "inni". Pewnie to bardzo trudne, gdy tego "ja", nie można w żaden sposób dopasować do ogółu. Gdy zawsze się czuje pozostawionym gdzieś tam, nawet nie z boku tylko tak całkiem "poza". Takim niedopasowanym, może nawet nie na miejscu. To jednak chyba nie jest takie straszne, jeśli mimo tego ma pan poczucie tożsamości z kamieniem.

Znów pan wspomina o widzeniu skórą. Dla pana oczy to nie jedyny sposób widzenia. Prawda? Kamień, proszę go dotknąć, zresztą pan nie musi, pan wie co ja czuję. Jest taki chropowaty. Oczy z krzemienia splecione ze sobą lepiszczem. One nie tylko patrzą na zewnątrz, one też zaglądają do wnętrza.
Czuje pan związek z kamieniem, bo zawsze martwota i życie są ze sobą związane. Dlatego, bo te dwa elementy są nierozerwalne i razem z nim tworzy pan całość. A może dlatego, że kamień jest niezmienny?
Przeczytałam u Herberta …

‘Kamień był nie tylko materiałem, ale posiadał znaczenie symboliczne, był obiektem weneracji, a także
przedmiotem wróżebnym. Między nim a człowiekiem istniał ścisły związek. Zgodnie z prometejską
legendą, łączył z ludźmi węzeł pokrewieństwa. Zachowały nawet zapach ludzkiego ciała. Człowiek
i kamień reprezentują dwie siły kosmiczne, dwa ruchy: w dół i w górę. Surowy kamień spada z nieba,
poddany zabiegom architekta, cierpieniu liczby i miary, wznosi się do siedziby bogów.’
Z. Herbert Barbarzyńca w ogrodzie


nie była to wcale idea niezmienności kamień
był różny leniwy w blasku słońca brał światło jak księżyc
gdy zbliżała się burza ciemniał sino jak chmura


Oczywiście, że nie. Nie utożsamia się pan z jego niezmiennością, bo ani pan ani on nie jesteście niezmienni. Zresztą o niezmienności, czy też zmienności człowieka można by długo dyskutować. No, bo czy nasza zmienność nie jest ułudą? Cieszymy się gdy jest dobrze, rozleniwiamy w promieniach słońca a gdy dzieje się źle, stajemy się markotni. Jest prawie zawsze - więc może tylko na tym opiera się ta zmienność, tak jak zmienność kamienia.
Księżyc nie świeci, nie posiada własnego źródła światła - "pożycza" światło od słońca. Ale pan nie, przecież pan zawsze "swoje", pan nigdy "kogoś". Wiem, że inspiracje i….. ale nie cudze światło. W to nie wierzę.

potem pił deszcz łapczywie i te zapasy z wodą
słodkie unicestwienie zmaganie żywiołów spięcia elementów
zatracenie natury własnej pijana stateczność
były zarazem piękne i upokarzające


W wielkim deszczu kamień może czasem zniknąć, mogą zniknąć nawet całe miasta, ale czym dla pana jest wielki deszcz? Gdzie pan znika? To wszystko takie, że już właściwie nic dodawać nie trzeba. To są takie słowa, które właściwie bardziej się czuje niż rozumie. W tym jest miłość, ale i erotyka... a może ja posuwam się za daleko. Przecież zatracając się w tych uczuciach jest na granicy piękna i upokorzenia. Dzięki kontaktowi z tą drugą osobą możemy czasem zatracić siebie a czasem łącząc się dopełnić, na chwilę poczuć się spełnionym, kompletnym.

więc w końcu trzeźwiał w powietrzu suchym od piorunów
wstydliwy pot ulotny obłok miłosnych zapałów


Mimo, że wstydliwy i że ulotny, ale piękny i za każdym razem warty powtórzenia.
AS

wtorek, 19 października 2010

Dorotka


Już od jakiegoś czasu czuję, że dom drży w posadach. Zdaję sobie sprawę z tego, że coś się dzieje, że coś jest nie tak. Siedzę na podłodze z podkulonymi nogami i trzęsę się cała.
To już nawet nie strach, to przerażenie.
Co będzie, jaka ja będę, gdy w końcu wstanę, otworzę drzwi a tam będzie całkiem inny świat?
AS

piątek, 8 października 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.4




Przepaść Pana Cogito

Stworzyłam sobie swój własny świat. Moje cztery ściany, takie przyjacielskie i wydaje się, że chcą mnie miedzy sobą mieć.

W domu zawsze bezpiecznie

Czasem tylko można zapytać, czym jest ten dom? Czy to faktycznie te cztery ściany, czy może wspomnienie z przeszłości, czy po prostu coś, co na chwilę pozwala nam zapomnieć o zewnętrznym świecie? Jednak do domu potrzeba bliskich, bez bliskich dom to tylko budynek, pokój podobny do wielu. Dom nosi się ze sobą zawsze, jeśli się go ma. Wtedy, gdy na chwilę się gdzieś przystanie, można go tam znów odnaleźć. Te przysłowiowe "cztery ściany". Dom jest symbolem stałości, bezpieczeństwa i ucieczki przed wszelkim złem zewnętrznego świata. Taki powinien być. Trzeba go mieć, by mieć się gdzie schronić. W takim prawdziwym domu piękne są drzwi. Można je zamknąć, a za nimi zostawić to, co dręczy. Można na chwilę udawać, że skoro to zrobiliśmy, tego czegoś na tę chwilę nie ma.

ale zaraz za progiem
gdy rankiem Pan Cogito
wychodzi na spacer
napotyka - przepaść


To tak jakbyśmy się drugi raz budzili. Najpierw z nocnego snu, a potem z tej iluzji czterech ścian. Jednak czym jest ta przepaść? Czym jest dla pana? Pewnie czymś innym niż dla mnie. Może każdy ma swoją własną, osobistą przepaść. Dla pana może nią być ten obcy kraj. Lub być może bycie obcym w tym kraju. Czy może coś całkiem innego - strach przed przyszłością, albo cieniami przeszłości a może jakaś choroba, która w domu gnębi jakby trochę mniej, bo inni tego nie widzą?

nie jest to przepaść Pascala
nie jest to przepaść Dostojewskiego
jest to przepaść
na miarę Pana Cogito


Jaką przepaść ma Pascal? Co ma pan na myśli? Czy chodzi o jego chorobę o te straszne ataki migreny, które nie pozwalały mu zobaczyć świata takim, jakim my go widzimy, lub może pozwalał mu zobaczyć go całkiem innym a mimo to prawdziwym. To jego zawieszenie między dwiema otchłaniami. To dopiero robi wrażenie. Z jednej strony nieskończoność a z drugiej nicość. To się nazywa przepaść!!
A jaką przepaść miał Dostojewski? Czy dzieciństwo spędzone wśród śmierci, nieszczęścia i utraty? A może wygnanie i ciągłe staranie się o powrót do ojczyzny? Lub może ta otchłań w jego duszy, która ma być największą otchłanią wszechświata. A może ich przepaści to poglądy filozoficzne, czyli te wszystkie pytania, na które starali się znaleźć odpowiedzi.
Dlaczego pana przepaść jest na pańską miarę? Oznacza to, że jest mniej ważna, mniej poważna, że mniej znaczy. Być może każdy ma przepaść na własną miarę. Każdy otrzymuję taką, z jaką potrafi dać sobie radę. Lub być może, z jaką powinien był sobie dać radę. Co jednak oznacza to dawanie sobie rady?
Ma pan może ochotę na jeszcze jedną kawę, ja zamówię. Jaką lubi pan pić - z mlekiem a może czarną jak noc? Pan nie odpowiada, tylko zapala kolejnego papierosa a ja i tak zamawiam ten zapach, aby choć trochę poczuć się lżej. Chcę coś wykonać - jakiś realny gest.

dni bezdenne
dni budzące grozę

Wychodzenie z domu, codzienne i bez konkretnego celu, przeraża jak przepaść bez dna.

idzie za nimi jak cień
przystaje przed piekarnią
w parku przez ramię Pana Cogito
czyta z nim gazetę

Jest się świadomym tej przepaści i tego, że trzeba w nią wpadać, wciąż na nowo. Słyszy się prawie jej chichot za uchem. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Człowiek udaje, że nawet o niej nie myśli, ale ona jest i sama nie pozwoli o sobie zapomnieć.

uciążliwa jak egzema
przywiązana jak pies
za płytka żeby pochłonęła
głowę ręce i nogi


Za płytka, by się zatracić. Te nasze przepaście to nic w porównaniu z tamtymi, tamci to dopiero mają a my co? Takie codzienne i tak całkiem zwykłe. Nie można im poświęcić książki ani filmu... Żeby tak można było w niej utonąć, tak jak toną ci, którzy mają wielkie przepaście.

kiedyś być może
przepaść wyrośnie
przepaść dojrzeje
i będzie poważna


Może kiedyś ta przepaść stanie się wreszcie wielka, aby robiła wrażenie, nie tylko na nas samych, ale nawet na innych. Będą patrzeć i ze zrozumieniem kiwać głowami, jacy dzielni jesteśmy, jacy silni. Mamy przecież takie wielkie przepaście.
Przepraszam, nie gniewa się pan, że mówię „my”?
Przepaść nie będzie już tak bagatelna, będzie nawet potrzebna.

żeby tylko wiedzieć
jaką pije wodę
jakim karmić ją ziarnem


Nie wiem jak z pańskiej przepaści zrobić coś imponującego. Nie wiem jak z własnej stworzyć coś, co by miało większe znaczenie.

teraz
Pan Cogito
mógłby zebrać
parę garści piasku
zasypać ją
ale nie czyni tego


Myśli pan, że pańską przepaść tak łatwo zasypać? Pewnie tak. To jednak niczego nie zmieni. Będzie pan tylko udawał, że problemu nie ma a on, mimo, że pod garścią piasku, ale i tak będzie istniał nadal. Przepaść jest dla pana ważna a właściwie ważne jest nauczenie się z nią żyć. To jest prawdziwe wyzwanie dla człowieka.

więc kiedy
wraca do domu
zostawia przepaść
za progiem
przykrywając starannie
kawałkiem starej materii


Zostawia pan ją za progiem, aby jutro znów w nią wpaść, choćby tylko po kolana, może trochę głębiej, ale jeśli zostawi pan ją właśnie tam, znów spotka się z nią. W domu odpocznie pan na chwilę. Przykrywa ją pan starannie kawałkiem starej materii. Chce ją pan ukryć. Być może w ten właśnie sposób dba pan o nią.
Moja babcia przed drzwiami kładła materiał, szary i czasem wilgotny. Aby ludzie, którzy przychodzą z wizytą, mogli wytrzeć w nią brudne buty...
AS

poniedziałek, 4 października 2010

Pociąg


Aptior est dulci mensa merumque ioco
Wsiadłam do pociągu relacji Amsterdam - Amersfoort Vathorst. W Holandii z transportu kolejowego korzysta się pobodnie jak w Polsce z autobusów. To trochę dziwne, bo zmieniając środek transportu musiałam też całkowicie zmienić (dla mnie uwspółcześnić) uczucia z nim związane. Gdy mieszkałam w Polsce podróż pociągiem kojarzyła mi się z wakacjami, z wypoczynkiem, z czasem spędzonym wśród rodziny. Tutaj pociąg to codzienny sposób przemieszczania się. Do pracy, do szkoły, czy tak jak w moim przypadku na uniwersytet. Wiele osób korzysta z tego środka transportu. W godzinach, gdy na autostradach tworzą się gigantyczne korki, pociągi wypełniają się po brzegi ludźmi - Holandia zaczyna się przemieszczać.
Wsiadłam - w przedziałach nie było już miejsc siedzących. Znalazłam jedno między przedziałami na rozkładanym krzesełku. Ustawiłam pod nogami torbę, aby zajmować jak najmniej miejsca i wyjęłam książkę. Zanim wyruszyliśmy z Amsterdamu, ja już byłam w innym świecie. Kątem oka zarejestrowałam ruch. W pociągu to nic niezwykłego, więc tym bardziej mnie zastanowiło, dlaczego akurat ten podświadomie zwrócił moją uwagę. Naprzeciw mnie młody człowiek usadawiał się właśnie na postawionej pionowo walizce. Przez głowę przebiegła mi myśl - i co z tego? Podróżny jakich wielu. Mimo to miałam problem, by znów zagłębić się w lekturze. Zlustrowałam go szybko, usiłując stwierdzić, co jest w nim tak nietypowego. Był ubrany w białe dżinsy, marynarkę i kowbojskie buty. Pewnie to stukot jego obcasów podświadomie wcześniej zwrócił moją uwagę. Twarz niczego sobie, nie był ani brzydki, ani przystojny, taki całkiem zwykły. Włosy trochę dłuższe, blond zaczesane do tyłu. Do stworzenia swojej fryzury użył ogromnej ilości żelu. Uniósł się lekko na nogach i z walizki, która pod nim stała, wyciągnął książkę i butelkę. Ta wydała mi się dość charakterystyczna, ale w pierwszym odruchu zaczęłam wątpić - to musiało być coś innego. Jedna z największych sieci supermarketów w Holandii sprzedaje w takich butelkach wino własnej marki. Butelki na tyle charakterystyczne, że nie mogłam się mylić, ale pomysł, że to był napój na czas podróży siedzącego naprzeciw mnie młodego człowieka wydał mi się absurdalny. Ja na kolanach trzymałam butelkę soku pomarańczowego. Może patrzę na świat jednak za bardzo subiektywnie... A może wyjął tę butelkę, bo bał się siedzieć na walizce z nią w środku... Znów usiadł, a ja starałam się czytać. On natomiast spokojnie odkręcił nakrętkę i 'pociągnął z gwinta'. Straszne! Zacznij czytać, powtarzałam sobie w myślach. Nie! Chcę sprawdzić jeszcze tylko jedną rzecz - co on czyta? Chwilę później, gdy chłopak po kolejnym dużym łyku odstawił butelkę na podłogę, popatrzyłam na okładkę jego książki; Tolkien "Władca pierścieni". Nie, to niemożliwe! Ten cały obrazek kompletnie mi nie pasuje. Wino, które popijał, bardziej pasuje, do sosów a na pewno nie jako napój do picia w czasie podróży. Zresztą picie wina prosto z butelki, jest już jawnym pogwałceniem kultury spożywania tego trunku. Owidiusz powiedział kiedyś, 'stół i wino sprzyjają przyjemnemu spędzeniu czasu', ale chyba nie o to mu chodziło. Tutaj ani stołu w przejściu między przedziałami ani on przyjemnie z tym winem nie spędza czasu, choć może w jego odczuciu tak.

Wysiedliśmy na tej samej stacji. Widziałam, że lekko zataczał się wystukując nierówny rytm obcasami kowbojskich butów.Popatrzyłam na niego i przez chwilę wydało mi się, że go nie ma. Jest może ten stukot butów i reszta niedopasowanych elementów, ale jego tutaj nie ma. Tak jakby był wytworem mojej wyobraźni. Pewnie niewiele z tego, co przeczytał zostało mu w pamięci. Zapewne nie zachwycił go Gandalf, ani nie rozbawił Gimli. Prawie na pewno, alkohol znieczulił, co miał znieczulić, a on szedł gdzieś, gdzie być może iść musiał. Choć wszystko to wyglądało, jakby jego zataczający się spacer, donikąd nie prowadził.
AS

czwartek, 23 września 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.3



Alienacje Pana Cogito

Pan mieszka w obcym państwie. "Obcym" to brzmi tak strasznie. Obcy to też cudzy, całkiem nie nasz i zupełnie nie na miejscu. Często czuje się tak człowiek, który znajduje się w innym, "cudzym" państwie. Wszystko tam dzieje się jakby samo i nas do niczego nie potrzebuje. Człowiek czuje się zupełnie niepotrzebny, taki dodatek, którego nikt nie zamawiał. Wie pan, rozmawiam czasem z przyjaciółmi z Polski. Rozmawiamy o realiach, ja bardziej słucham, ale często ogarnia mnie przerażenie, że dla wielu z nich nasza ojczyzna też jest obcym krajem. Dla nas obcość jest jakby bardziej realna i łatwiejsza do opisania, możemy ją zaklasyfikować do przedmiotów, smaków i zachowań. Ale co z ludźmi, którzy tego nie mogą. My przynajmniej możemy myśleć, że gdybyśmy byli gdzieś indziej byłoby inaczej, że jest nie tak, bo jesteśmy tu. Przeraża mnie myśl, że są ludzie, dla których "tam" i "tu" to, to samo miejsce. Oni nie mają gdzie uciekać... A może oni są w chwili, w której my już dawno byliśmy. Może ja przyglądam się historii odtwarzanej wciąż na nowo. Być może za jakiś czas oni też powiedzą - już dość! Spakują kilka rzeczy, to co ważne i wyjadą szukać lepszego miejsca, innego, cudzego...
Dla pana ta obcość też jest tak bardzo obca i zna pan wiele jej rodzajów. Czy odnajduje pan coś swojego, znajomego w tym świecie? Czy jest tu miejsce dla pana?

Pan Cogito trzyma w ramionach
Ciepłą amforę głowy


Przepraszam, że pytam, ale dlaczego mówi pan o sobie w trzeciej osobie. Raz mówi pan "ja" a potem "on". Czasem łatwiej o sobie powiedzieć "on", a czasem znów przyjemniej zasygnalizować istnienie "ja". Kim pan jest? Czy pan to Zbigniew Herbert, czy jednak pan Cogito to ktoś całkiem inny, całkiem odrębny? Wie pan co, czytałam, że jest pan dobrym znajomym Herberta? (Falkowski 2008: 333) Czy to prawda?
Trzyma pan jej głowę w ramionach, to takie czułe i takie ciepłe. Ona może być kimś znajomym. W miłości można odnaleźć dom. W miłości i w śmierci. Choć to drugie nie jest do końca pewne, bo stamtąd nikt nie powrócił aby to potwierdzić. Wiem pan:


'Umrzeć - zasnąć -
I na tym koniec. - Gdybyśmy wiedzieli,
Że raz zasnąwszy, zakończym na zawsze
Boleści serca i owe tysiączne
Właściwe naszej naturze wstrząśnienia,
Kres taki byłby celem na tej ziemi
Najpożądańszym. Umrzeć - zasnąć. - Zasnąć!
Może śnić? - w tym sęk cały, jakie bowiem
W tym śnie śmiertelnym marzenia przyjść mogą,
Kiedy zrzucimy z siebie więzy ciała,
To zastanawia nas: i toć to czyni
Tak długowieczną niedolę; bo któż by
Ścierpiał pogardę i zniewagi świata,
Krzywdy ciemiężcy, obelgi dumnego,
Lekceważonej miłości męczarnie,
Odwłokę prawa, butę władz i owe
Upokorzenia, które nieustannie
Cichej zasługi stają się udziałem,'
Hamlet W. Shakespeare scena 1 akt III



Reszta ciała jest ukryta
widzi ją tylko dotyk


Czasami dotykiem można zobaczyć o wiele więcej niż oczyma. To dotyk zmienia obraz w realność, zdjęcie w fizyczne doświadczenie. Dotyk może wypełnić, dodać informacje do tego, co już nam przekazały oczy. Delikatność skóry albo jej chropowatość, ciepło, które jest dowodem obecności. Ciężar ciała obok - ułudna pewność, że to na zawsze a przynajmniej na tę jedną chwilę...

przygląda się śpiącej głowie
obcej a pełnej czułości


A jednak jest obca. Czyli, że nawet w kochanej osobie nie może pan odnaleźć przystani. Pan widzi wyraźnie granicę pomiędzy tym, co "ja" a co już tym "ja" nie jest. Dla pana bardzo ważne jest to co znane i co obce. Ciężko jest żyć nie zaznając, choć na chwilę, tej bliskości. Tego uczucia, że ktoś poza nami jest częścią nas.

jeszcze raz
stwierdza ze zdumieniem
że istnieje ktoś poza nim
nieprzenikniony
jak kamień


W jaki sposób ktoś poza panem mógłby stać się panu bliski? Zresztą chyba jest nie możliwe na dłużej być zjednoczonym z kimś. To są chwile, ale właśnie one są takie piękne. Jednak coś, co trwa dłużej, daje wytchnienie i spokój a to jest tak bardzo potrzebne.

o granicach
które otwierają się
tylko na moment


Otwierają się tylko na chwilę, ale podobnie jest w pana przypadku. Pan tylko na chwilę pozwala, by ktoś był blisko, by pana poznał.

potem morze wyrzuca
na skalisty brzeg


Bolesne jest, gdy te chwile się kończą. Przez to, że trwają tak krótko wydaje się, że są nieprawdziwe. Choć to, co się kończy, wcale nie musi być iluzją. Czasem ważniejsze jest, że te chwile były, że być może znów nadejdą. To wszystko jest tak strasznie skomplikowane!


o własnej krwi
Stamtąd pan przybył i właśnie taki pan jest. Bardzo trudno odejść od samego siebie.

obcym śnie
Tutaj się pan znalazł. Trzeba mieć własne sny, bez tego bardzo trudno przeżyć dzień a nocy już chyba nie można.

uzbrojony w swoją skórę

Z tym pan przybył. Ze sobą, z tym, co pan ma w sobie i wydaje się, że nie ma już nic więcej.

Pan Cogito oddala
śpiącą głowę
delikatnie
żeby nie zostawić
na policzku
odcisków palców


Nie chce zostawić pan odcisków palców. Odciski palców są dowodem obecności. Dowodem na to, że się było. Nawet, jeśli zatrze pan te dowody, nie zmieni to faktu, że pan tu był, jest. Pan jednak chciałby inaczej być, nie tak przeraźliwie oddzielony od niej. Nie tak okrutnie samotny.

i odchodzi
samotny
w wapno pościeli


Te rozmyślania jednak niczego nie zmieniły. Jest pan samotny i pańskie "ja" jest daleko od każdego innego. Kładzie się pan spać. Na chwilę zapomni pan o sobie i zapomni o samotności. Zasypia pan w bieli. Biel ta jednak nie przypomina chłodu poduszki, na którą składa się zatroskaną głowę. Pańska biel to wapno, a to już kojarzy się ze śmiercią. Z ostatecznością zasypaną wapnem, aby nie miała już wpływu na innych, by świat zewnętrzny nie mógł wpłynąć na to, co przykrywa. Aby nikt się nie dowiedział, aby nikt inny nie był chory.
AS

niedziela, 19 września 2010

Cząstka Australii


Rachel jest moją przyjaciółką od 9 lat. We wspomnieniach dzielimy wiele, jej ślub, nasze ciąże, maleńkie dzieci, które już wcale takie maleńkie nie są, książki, filmy. Kursy języka holenderskiego, wyprawy w nieznane, tycie i diety, długie godziny przy kawie, zrozumienie i łzy. Zmartwienia i radości, i jeszcze wiele nieponumerowanych dni.
Ona przywodzi mi zawsze na myśl „chatę roztańczoną, rozśpiewaną’, jej to nic nie mówi, nie ma nic wspólnego z Rachelą Wyspiańskiego. Ona nawet nie wie, że był ktoś taki jak Wyspiański. To nic, nie musi, ona pochodzi z Australii.
W Holandii znalazłyśmy się z tego samego powodu, stąd pochodzą nasi mężowie. Rachel ma pięknie urządzony dom. Na ścianach wiszą zdjęcia z widokami z jej rodzinnych stron, z twarzami ludzi, którzy mieszkają na końcu świata. Meble ozdabiają rzeźby wykonane ręką Aborygenów. Przyglądam się temu wszystkiemu i pytam, jak może mieszkać w tak zimnym i płaskim kraju, gdy jej dom to wodospady tak błękitne, że ma się wrażenie, że woda spada prosto z nieba, wspaniała roślinność, zielona i tak zupełnie inna, pustynie, kamienie tak wielkie, że to już prawie góry, kangury z maleństwami zawsze przy sercu i misie koala z dwoma kciukami na jednej łapce.
Gdy ja rozmawiam przez telefon z tatą, który jest w Polsce, tam jest ta sama chwila, taki sam księżyc, słońce jest w tym samym miejscu na niebie. Gdy ona dzwoni do swoich rodziców, tam słońce chowa się za horyzontem a dla niej dopiero zza niego się wyłania.
Siedzimy z kubkami kawy w dłoniach, wpatrujemy się jej bawiącego się trzyletniego syna. Rachel bardzo powoli mówi, że nie tęskni za ojczyzną, bardziej za rodziną i przyjaciółmi. Chyba dlatego tak bardzo ją lubię. Jest taka spokojna. Pytam ją jaka jest największa różnica między Holendrami i Australijczykami. Mówi, że w Holandii ludzie są tak bardzo zestresowani. Zastanawiam się jak wypadliby w tym porównaniu Polacy. Mówi, że święta Bożego Narodzenia w Holandii są takie dziwne. Ze zrozumieniem kiwam głową, ale zaraz łapię się na tym, że przecież nie może mieć na myśli tego, że tutaj brak śniegu. U nas Boże Narodzenie jest w środku letnich wakacji - dodaje -najczęściej spędzamy te święta w basenie, przy grilu. No tak jest inaczej...
Mieszkając w innym kraju trzeba przyjąć określoną postawę, kontynuuje. Można się całkowicie dostosować, zapomnieć kim się jest i być takim trochę "pseudo- tutejszym", można też postarać się wyciągnąć z obu krajów to, co najlepsze i stworzyć swoje miejsce. Nie zapominając kim się jest, pielęgnować korzenie, ale i korzystać z tego co jest tutaj. Można też uporczywie trwać tam będąc tutaj. Stać się jeszcze bardziej obcym.
W marcu odwiedziła mnie. Powiedziała, że ma dla mnie ważną wiadomość. Oznajmiła, że wraca. Postanowili z mężem, że przeprowadzą się do Australii. Rachel chce wrócić, za rok, muszą zakończyć sprawy tutaj a potem znów zaczną od początku, na końcu świata.
Pojawiły się pytania - a ty nie chciałabyś mieszkać w Polsce? Wykręcam się brakiem pracy dla męża, ale tak naprawdę zastanawiam się, a co by było gdyby... Chyba nie chcę odpowiadać na to pytanie. Jeszcze nie teraz...
AS

wtorek, 14 września 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.2



O dwu nogach Pana Cogito

Pan jest emigrantem. Widzi pan, ja też. Choć inaczej niż pan, ja tak bardziej z własnej woli i w innym czasie. Wyjechaliśmy z tego samego kraju a mimo to z dwóch całkiem różnych miejsc. Czas, który dzieli nasze wyjazdy zmienił punkt wyjścia. Pan uciekał, ja chyba też, pan przed innymi a ja trochę bardziej przed samą sobą. Jak sobie pan radzi z tym byciem "tu" i nie byciem "tam", gdzie kiedyś był pana dom? Czy zmienił on miejsce, czy jest pan bardziej tu czy może jednak tam? Może nie ma pana już nigdzie tylko już we wspomnieniach i tych słowach. Porusza się pan między tymi dwoma światami, które nie tylko geograficznie ale i w wymiarze czasu są gdzie indziej. Jak może… jak potrafi iść pan przed siebie? Przepraszam, ja tyle pytam, ale chyba w sama w tych pytaniach szukam odpowiedzi. Chyba zadając je panu zadaję je sobie sama.

Lewa noga normalna
rzekłbyś optymistyczna
trochę przykrótka
chłopięca
w uśmiechach mięśni
z dobrze modelowaną łydką


To tak jakby chodziło się na dwóch różnych nogach. Nikt nie ma dwóch jednakowych "nóg", ale nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Zawsze można dopatrzeć się różnic. Jednak gdy się jest i "tu", i "tam" po trochu, ma się bardzo wyraźnie zaznaczone te różnice. Rozumiem… choć to czasem trochę niebezpieczne stwierdzenie, bo być może to jest tylko to, co ja czuję i tak naprawdę nic nie rozumiem. Może ja nie wiem, co ma pan na myśli. Czasem wydaje mi się, że gdy analizuje się wiersze nie powinno się pytać co autor miał na myśli. To tak strasznie pachnie szkołą podstawową. Powinno się pytać, co czuł poeta. To dopiero jest wyzwanie!
Poeci to dopiero mają dwie różne nogi. Dwie różne natury, które ze sobą walczą i żyją obok siebie i w sobie. Jedna natura przypomina dzieciństwo, tak było kiedyś, wtedy gdy się zawsze wierzyło, że jutro będzie lepiej. Gdy było się dzieckiem i jeszcze całkiem młodym człowiekiem… A może się mylę… bo przecież dzieciństwo i młodość kiedyś się kończą a tutaj nic się nie kończy. Tak przecież jest, metryka oszukuje nas, przekonując, że już jesteśmy dorośli, że to dziecko z "kiedyś" już nie istnieje, ale ono pozostaje w nas na zawsze. Potrafimy w sobie zachować trochę tego optymizmu z "kiedyś" i czasem, jak tak pięknie świeci słońce, właśnie ta część nas samych bierze górę i znów czujemy to co wtedy.
Jest jeszcze inna część natury człowieka. Jest jeszcze ta druga noga…

prawa
pożal się Boże -
chuda
z dwiema bliznami
jedną wzdłuż ścięgna Achillesa
drugą owalną
bladoróżową
sromotną pamiątką ucieczki


Czy to oznacza, że został pan pokonany? Tak jak Achilles, ale musi pan żyć nadal. On trafiony mógł umrzeć, jego słabość była ostatnią chwilą w jego życiu. Pan jednak musi nadal żyć, nawet będąc trafionym w to miejsce. Jednak, czy to właśnie nie czyni pana jeszcze większym herosem. Przecież, gdy żyje się po otrzymaniu ostatecznego ciosu, to dopiero jest oznaka siły. A może przemawia przeze mnie naiwność, bo gdy żyje się po ostatecznym ciosie, to być może już tylko egzystencja a nie życie.
Gdy się jest młodym, wydaje się, że można pokonać wszystko. Nic nas nie zdoła powstrzymać! Straszny jest ten dzień, gdy odkrywa się, że jednak są słabości nie do pokonania… Wcale nie - tych, których się nie jest w stanie w tym momencie pokonać. Zresztą, wtedy też do końca nie wiadomo, czego warto bać się a czego bać się wcale nie trzeba. Znów moja naiwność?
Bo widzi pan, ja czasem przystaję, aby na chwile unieść prawą nogę i udawać, że jej nie ma, przez tę chwilę chcę wierzyć, że nie ma blizn. Pan pewnie myśli, że tak nie można, że to trochę nieodpowiedzialne. Pan wie, że długo nie da się stać na jednej nodze.
A ta druga pańska blizna, ta owalna, to ucieczka. Przed czym pan uciekł? Nie chce pan mówić. Pozostała blizna, dowód na to, że w jakimś sensie nadal się ucieka. Wstydzi się pan tego, bo to dowód strachu? Przecież każdy czasem się boi. A może była to heroiczna akcja, choć heroiczne ratuje się życie innych, nie swoje.
Blizny to atrybut żołnierza, rycerza. Czasem jednak, aby uciec, trzeba wykazać się większą odwagą niż gdy się pozostaje. Może to być jedyny przejaw akcji, dowód sprzeciwu. Każdy przed czymś ucieka. Może to nie wojna, ani ustrój polityczny, a może to niespełnione pragnienia albo nieudany związek, może to sytuacja ekonomiczna a może coś jeszcze całkiem innego.
Myśli pan, że każdy człowiek ma takie dwie nogi, czy to cecha emigranta? Czy jeśli emigranta, to każdy tak czuje, czy tylko część z nas?

lewa
skłonna do podskoków
taneczna
zbyt kochająca życie
żeby się narażać


Ta lekkość to po prostu nie przejmowanie się niczym - lekkoduszność. Pan tego nie lubi, czasem trzeba się narażać. Jednak czasem trzeba, choćby przez moment, zatańczyć.

prawa
szlachetnie sztywna
drwiąca z niebezpieczeństwa


Drwi pan z niebezpieczeństwa, bo już pan wie, czego się bać a czego bać się nie należy, mimo tego te strachy mieszkają gdzieś w panu.
Kim jest pan bardziej? Która noga jest silniejsza. Bo przecież to nie nogi, to coś co mieszka w naszej duszy, w sercu w umyśle. To nierozerwalne połączenie tego wszystkiego by potrafić czuć i myśleć, by potrafić patrzeć na świat w różny sposób.

tak oto
na obu nogach
lewej którą przyrównać można do Sancho Pansa
i prawej
przypominającej błędnego rycerza
idzie
Pan Cogito
przez świat
zataczając się lekko


Obydwie, pan idzie na obu nogach! Obie natury mieszają się w panu. Czasem myślę, że ja też tak trochę się chwieję, ale chyba jeszcze nie nauczyłam się na tych dwóch nogach chodzić. To przyjdzie z czasem. Ja nigdy nie musiałam uciekać przed wojną, czy straszliwym systemem, ale też uciekałam. Nie do końca jestem przekonana, czy te ucieczki zostawiły blizny, czasem może tylko wstyd, że nie było się odważniejszym, że nie zrobiło się czegoś, że nie powiedziało... wstyd to też blizna.
AS

sobota, 11 września 2010

Ze sterty papierów...


Ktoś podarował mi wyblakłą kartkę z opowieścią o starym Indianinie i jego wnuku. Opowieść ta musiała być już wielokrotnie kopiowana, bo litery się rozmazały, ale i tak można z łatwością odczytać przesłanie. Pozwolę je sobie tu przytoczyć.
Stary Indianin daje wnukowi lekcję życia,
W moim wnętrzu trwa walka - zwrócił się do młodego - to straszna walka między dwoma wilkami. Jeden z nich jest zły - stworzyła go wściekłość, zazdrość, buta, poczucie winy, chciwość, uraza, kłamstwa, pycha, poczucie wyższości i ego. Ten drugi wilk stworzony jest z radości, spokoju, miłości, nadziei, skromności, przebaczenia i zrozumienia. W twoim wnętrzu trwa ta sama walka i tak jest we wnętrzu każdego człowieka.
Wnuk przez chwilę się zastanawiał a potem zapytał starego Indianina. Który z tych wilków wygra tę walkę?
Stary uśmiechnął się i odpowiedział:

Ten, którego będziesz karmił. 
AS

piątek, 10 września 2010

Moje alienacje



Wakacje. Jeszcze kilka lat temu, był to powrót. Powrót do korzeni, powrót do tego co się zna. Nagle po dekadzie spędzonej w Holandii, wakacje w Polsce stały się wyjazdem w nieznane. Wdycham powietrze tak bardzo mi znane i orientuję się, że przyzwyczaiłam się już do czegoś innego. Przyzwyczaiłam się? Czyż to nie straszne?! Czyżbym stała się... no właśnie kim?! Nagle zdałam sobie sprawę, że przyjechałam z wizytą.
Nagle zaskoczyły mnie całkiem zwykłe rzeczy, coś co kiedyś znałam a teraz wydało mi się dziwne. Taki odruch bezwarunkowy, ale jednak wykonany przez moje ciało. Przygniotły mnie całkiem zwykłe pytania, na które nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Zaczęło mnie gnębić uczucie, że wyjeżdżając za granicę zrobiłam coś złego. Wracając trzeba stanąć na wysokości zadania. Trzeba przepraszać, myślą, mową i uczynkiem.
Nagle tak całkiem namacalnie tam też stałam się obca, obca wśród ludzi, których kiedyś znałam. Rozmowy ograniczyły się do tego - co słychać i jaką pogodę macie w Holandii? Bezpieczne pytania i odpowiedzi nie wymagające wysiłku. Tak jest wygodnie.
Czyżbym już tak długo była w Holandii, że życie w Polsce stało się dla mnie dziwne?
Kiedyś ktoś życzył mi, abym wyrobiła w sobie dystans do otoczenia. Nie chcę dystansu, chcę być blisko, chcę czuć. Zabawne, że życzenia płynęły z Polski. Nagle zobaczyłam, że to właśnie tamten świat nabrał dystansu do mnie.
Rozmawiam z dziećmi po polsku i niby jest normalnie, swojsko. One jednak między sobą mówią po holendersku i już jest inaczej. Już widać - oni nie stąd. My nie stąd!
W głowie zaczynają pojawiać się myśli - a może tak całkiem po prostu być obcym? Być może to już stało się częścią mnie, taka jestem i koniec. Tak jak kolor oczu albo budowa ciała. Już tego nie zmienię. Dlaczego być częścią grupy, jeśli trzeba być kimś innym? Przynajmniej mam odniesienie do poczucia własnego wyobcowania. Potrafię "zmaterializować" to uczucie właśnie dzięki kilometrom, które dzielą dwa państwa. Tak wiele osób jest obcym we w ojczyźnie, we własnym domu.
Odkrycie tych wakacji - nie ma już powrotu do miejsc. Miejsc już nie ma, minęły tak jak czas, minęły razem z tym czasem, którego też już nie ma. Pozostały wizyty.
Wróciliśmy do domu, do Holandii i znów to samo. Dzieci mówią między sobą po holendersku i jest tak normalnie, tak swojsko. Do mnie mówią po polsku, mijająca nas pani spogląda na nas z zainteresowaniem - oni nie są stąd...
AS

środa, 8 września 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.1



'Szukam teraz jakiejś własnej, urojonej formuły klasyczności,
Poezji, która miałaby jakieś szanse przetrwania'
Z. Herbert
Z listu do Jerzego Zawieyskiego


Kawiarnia
Jest taka mała kawiarenka na skrzyżowaniu ulic w pewnym mieście... Właściwie to i to miasto nie jest takie ważne, ani ulice. Pewnie mogą być wszędzie, albo całkiem być może, nie ma ich nigdzie. Co jest natomiast ważne, to dym wyginający się ponad głowami i ta jedna osoba, która istnieje tak bardzo tu przede mną i chyba jeszcze bardziej gdzieś w środku mnie. Co ważne to te słowa, które mają coś z magii, bo przenoszą gdzieś w głąb emocji a może właśnie te emocje odkrywają. Tak jakby te słowa wiedziały więcej, wiedziały więcej o mnie i potrafiły lepiej opisać to co czuję. A może po prostu ja potrafię odnaleźć coś z siebie w tych linijkach zapisanych czarnym piórem? Tak jakby to tu i tam, teraz i wtedy było połączone tymi właściwymi słowami.
Ja jestem gadułą, paplam starając się w tej powodzi słów odnaleźć to co ważne. On rzeźbi uczucia w słowach a może słowa w uczuciach. W kilku wersach potrafi wyrazić TO i nie trzeba już nic więcej. Czasem nawet bardziej się czuje to, o czym on mówi niż rozumie.

Pan Cogito czyta gazetę

Pan Cogito siedzi obok mnie, nie naprzeciw a obok. Gdyby siedział naprzeciw musiałby przyglądać się mnie a on chce patrzeć na ulicę. Chce przyglądać się ludziom, którzy mijają okno przy którym stoi, na tę chwilę, całkiem nasz stolik. Przez chwilę może mi się wydawać, że patrzymy w tym samym kierunku, że siedzimy w tym samym miejscu. Cóż za bałwochwalcze stwierdzenie! Zapewne chce mnie czegoś nauczyć.
Ogarnia mnie strach. Taka okazja, takie spotkanie, a ja doskonale wiem, że nie uda mi się zapytać o wszystko co ważne. Przecież jutro zaglądając do tych notatek znów coś odkryję, znów w tych znanych słowach przeczytam coś po raz pierwszy.
Wyciąga papierosa i nie spiesząc się zapala go. Po chwili stuka palcem w gazetę, która leży na stoliku:

Na pierwszej stronie
meldunki o zabiciu 120 żołnierzy


Tak widziałam, też czytałam. Takie artykuły pojawiają się tak regularnie, że już nawet nie zwraca się uwagi na to, jaka to wojna, kto z kim, ani o co poszło. Tak, o powodach nie myśli się wcale. Czasem tylko, gdy to żołnierz z naszej ojczyzny, człowiek na chwilę się zatrzyma i być może trochę powspółczuje. Jednak to musi być jeden żołnierz, no góra dwóch, ale 120 to za dużo. Czy to pańska wojna? Czy artykuł wspomina o wojnie w pana ojczyźnie?

wojna trwała długo
można się przyzwyczaić


Tak naprawdę wszystkie wojny trwają długo, jeśli są krótkie to tylko dla tych, którzy w nich nie biorą udziału. Zresztą to i tak nie jest ważne, bo i tak zaraz wybucha jakaś nowa i znowu giną ludzie.

tuż obok doniesienie
o sensacyjnej zbrodni
z portretem mordercy


O tak, to już o wiele ciekawsze i jeszcze to zdjęcie. Jakby bardziej chwyta za serce i jeszcze wydarzyło się bliżej, choć właściwie dla nas to i tak daleko, bo przecież nie tutaj. Portret mordercy. Taki całkiem zwykły człowiek i taki smutny.

oko Pana Cogito
przesuwa się obojętnie
po żołnierskiej hekatombie
aby zagłębić się z lubością
w opis codziennej makabry


Przygląda się pan temu z obojętnością, bo to takie codzienne. Takich wiadomości widział już pan tak wiele, że to pana zupełnie nie interesuje. Przecież wiadomo, że jutro albo pojutrze, znów pojawi się taka informacja. Być może zginie trzech mniej albo czterech więcej. Być może stanie się to w innym państwie i ci młodzi żołnierze będą walczyć o jakąś inną równie odległą dla nas sprawę. Może ta codzienna makabra jest ważniejsza i bardziej oddziałuje na pana wyobraźnię. Jednak czy o tym, co tu się stało, będziemy pamiętać dłużej? Czy tak naprawdę ten morderca jest dla nas ważniejszy? A tak w ogóle - to co się stało?

trzydziestoletni robotnik rolny
pod wpływem nerwowej depresji
zabił swą żonę
i dwoje małych dzieci

podano dokładnie
przebieg morderstwa
położenie ciał
i inne szczegóły


Prawie jak w filmie, można sobie z łatwością wyobrazić co się stało i postaci wydają się jakby bardziej realne. To, czego nie podali, możemy sobie swobodnie dopowiedzieć. Pewnie tam dalej opisali jak to zrobił i że sąsiedzi zawsze uważali go za takiego spokojnego człowieka. Albo może odwrotnie, okaże się, że już wcześniej były doniesienia, że z nim coś nie tak, a nikt nie reagował, a teraz jest już za późno. Dobrze nam idzie prawda, zbrodnia nabiera realności, prawie widzimy co się stało. Nawet to, o czym nie wspomnieli, zobaczymy bo potrafimy, dorobić kolor oczu, długość włosów a nawet porozstawiać meble po wyimaginowanym domu mordercy i ofiary. .

120 poległych
daremnie szukać na mapie
zbyt wielka odległość
pokrywa ich jak dżungla


120, ale gdzie, tak daleko – czyli trochę jakby bez znaczenia. Bez danych, które wyznaczają granice poznanych przez nas miejsc. Nie mogę sobie tego wyobrazić, a pan? Nie wyobrażę sobie 120 par oczu, nie dam rady zobaczyć koloru włosów. Gdyby był jeden albo przynajmniej dwunastu, ale 120. Jacy byli, kim byli? Za dużo pracy dla wyobraźni a jeśli tak dużo pracy, to może dajmy sobie spokój. Po prostu gdzieś tam, ktoś tam, to chyba za dużo… za daleko… za nieznajomo… .

nie przemawiają do wyobraźni
jest ich za dużo
cyfra zero na końcu
przemienia ich w abstrakcję

temat do rozmyślania:
arytmetyka współczucia


A tak naprawdę proszę pana, to komu my współczujemy? Nie tym żołnierzom, bo za dużo i za daleko. Jednak czy współczujemy tej kobiecie, może dzieciom? A może temu mordercy, który pewnie wyjdzie z depresji, ale już nie będzie miał po co żyć. Czy współczujemy jemu? Może w tej arytmetyce współczucia wcale nie ma już na nie miejsca. Może gdyby to się stało za ścianą, tuż obok, albo zaraz przed nami, ale to wszystko to tylko informacje o ludziach i miejscach zupełnie nam obcych. Tak naprawdę to my nikomu nie współczujemy!
AS

środa, 23 czerwca 2010

Ojczyzna – obczyzna


Wyznaczamy sobie granice. Jest ich tyle, że czasem trudno nawet stwierdzić jak wiele. Nazywamy je różnie – zasady, wartości, wierzenia. Pilnujemy tych granic lepiej… czasem trochę gorzej. Strzeżemy ich sami lub pozwalamy to czynić innym. Czasem musimy bronić wyznaczonych przestrzeni. Natykamy się na granice wyznaczone przez kogoś innego i trzeba się dostosować. Zdarza się, że przymykamy oko i niby przypadkiem wkraczamy w przestrzeń innego człowieka. Linie pojawiają się niczym nić tkana przez pająka, ale mogą też nagle wyrosnąć murem z cegieł. Przekraczanie niektórych jest bardzo ekscytujące. Innych nigdy nie uda się przebyć. Przyjemnie jest łączenie granic, czasem trzeba je rozdzielić i tworzyć nowe.
Mieszkając w innym kraju człowiek jest zmuszony stworzyć nowe przestrzenie dla siebie, dla tego, w co się wierzy, dla tego, co ważne i dla tego… co boli. Przestrzenie te przestają pokrywać się z tym, co kiedyś istniało i nie zgadzają się z tym, co istnieje już tutaj. Nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że te nowo wyznaczone granice są najważniejszymi w życiu, bo te inne jakby przestają go już dotyczyć. Te nowe przestrzenie nie zgadzają się z przekonaniami i nie pasują, tak jak mogą nie pasować za ciasne buty. Natomiast to, co kiedyś należało do prywatnego państwa już nim nie jest. Jak sobie pogodzić z tą osobistą banicją?
Tworzenie nowych granic to właśnie integracja. Jeśli pozostanie się przy starych, człowiek nigdy się nie zadomowi. Jeśli przejmie się wszystkie granice wyznaczane przez nowy kraj, zatraci się siebie zupełnie.
Odkrywa się, że to uczucie może zrozumieć jedynie ktoś, kto jest dokładnie w takiej samej sytuacji, ktoś kto również żyje w innym świecie. Stacja początkowa, wcale nie musi być ta sama a i miejsce do którego się dotarło może być inne. Łączy ich to poczucie zawieszenia między światami. Łączy nas ta niesamowita chęć zadomowienia się, poczucia się „u siebie” tutaj, ale i nie stracenia tego skąd przyjechaliśmy. Nagle nie jest się tak naprawdę w domu ani w państwie, z którego się wyjechało ani do którego się dotarło. Okazuje się, że nowe miejsce wcale za nami nie tęskniło i teraz nie bardzo wie, co z nami począć. Tam skąd się pochodzi, ktoś już rozplanował nasze miejsca na własne i nawet to, co znane wydaje się już trochę obce.
To nasze prywatne państwo staje się naprawdę ważne z pieczołowitą delikatnością budujemy dom i zaczynamy myśleć, że jest dobrze. Czasami, to się zdarza, przychodzą dni zwątpienia, trudne, niekiedy trochę mroczniejsze niż zwykle. Każdy takie ma, nawet, jeśli twierdzi, że ich nie ma. Człowiek wtedy naturalnie zwraca się do tego, co znajome, co od lat wydaje się być niezmienne… to już jest inne.
Pojęcie emigranta w Polsce jest już dość skrystalizowane. Większość ludzi stamtąd (napisałam „stamtąd”!) ma podobny stosunek do nas emigrantów - mniej lub bardziej radykalny. Najgłośniej słychać ludzi bez twarzy, tych którzy na forach internetowych oczerniają, być może znajomych, tych którzy wyjechali. Pojęcie jest już dość uklepane - ten, kto wyjechał ma kasę. Ma dużo kasy! A jak się ma kasę, to jest spoko! Trudno już rozmawiać o troskach, o problemach, bo Polskie nas już nie dotyczą, czyli nic o nich nie wiemy, a tam na zachodzie przecież niczego nam nie brakuje, bo przecież polskich problemów mieć tam nie możemy.
Mniej radykalni podchodzą do nas z pobłażaniem, bo co my możemy wiedzieć. Nam jest przecież dobrze tam daleko od tu. W końcu sami tego chcieliśmy. Sami się w to wpakowaliśmy.
To są te bardziej ponure dni, dni konfrontacji nowych granic ze starymi. W takich chwilach pomaga świadomość, że nie jest się samemu w sytuacji tego absurdalnego zawieszenia. Zawsze są ludzie w podobnej sytuacji, którzy myślą i czują podobnie. Czasem spojrzenie, uśmiech lub słowo, nawet kogoś, kogo się nie zna, ale kto jest w podobnej sytuacji, jakoś rozjaśnia te ponure dni.
AS

wtorek, 22 czerwca 2010

Inspiracje


"Ja - kilkunastoletnia?
Gdyby nagle, tu, teraz, stanęła przede mną,"

Szymborska Kilkunastoletnia

Przede mną pojawiam się ja sprzed już więcej niż kilu lat. Stoję i patrzę na nią, na siebie, tę dziewczynę taką obco znajomą. Zastanawiam się co jej powiedzieć. Ona tymi samymi oczyma przygląda się mnie, patrzy i czeka, bo myśli, ze ja już wiem. Skoro żyję tyle lat więcej niż ona, doczekałam się odpowiedzi. Uważa, że zmądrzałam i nauczyłam się, że teraz wszystko jest dla mnie jasne, łatwe, przejrzyste. W końcu jestem dorosła, farbuję już włosy nie tylko dla innego koloru. Ona się łudzi, że razem z wiekiem przychodzą rozwiązania, że z wiekiem stałam się spokojniejsza. Ona ma nadzieję, że już nie proszę a może nawet, że już wcale nie potrzebuję.
A ja nie wiem! Wkroczyłam w kolejne dziesięciolecie mojego życia i nadal nie wiem, nie rozumiem. Dlaczego tak musiało być? Dlaczego teraz nie rozumiem wszystkiego jeszcze bardziej niż wtedy? Stawiam obok siebie kieliszek czerwonego wina i nadal pytam.
Ona żyje we mnie i szuka odpowiedzi. Nie jest mi obca, ale już nie tak bliska. Tak jakby nie była mną a kimś tylko do mnie podobnym. Kimś kogo już nie bardzo się rozumie, ale darzy sympatią... Chcę ją przytulić.
Czasem chcę na nią nakrzyczeć! Dlaczego wtedy się poddałaś?! Dlaczego poddałaś siebie?! Dlaczego wtedy nie walczyłaś o mnie silniejszą dziś? Dlaczego nie wybrałaś siebie?! Nie chcę płakać, ona płacze często, płacze, że nie paliła papierosów, płacze, że się nie bawiła, płacze, że nie ma tatuażu na kostce, płacze, że nie to i że nie tamto.
Właściwie to jesteśmy nawet trochę, troszeczkę podobne, bo nasze marzenia nie umarły. Robię to, co ona chciała robić. To daje jej trochę spokoju, ale po za tym nic.
Obok mnie są inni ludzie, którzy inaczej na mnie patrzą. Oni uczą mnie innych słów. Ona tak nie zadowolona z siebie, a przecież tak idealna, jak tylko dziecko być może. Muszę ją tego nauczyć.
Nikt mi tego nie powiedział - mówi do mnie z wyrzutem. Teraz ja będę jej to mówić. Tak, teraz ja ją będę tulić. Mamy trochę wspólnych znajomych, ale nie wiele.
- Cieszę się, że spełniasz moje marzenia! Mówi do mnie z ulgą. - Lubię cię... dodaje po chwili.
- Ja ciebie też ... bardzo...
Nie chcę aby zniknęła. Niech jeszcze zostanie. Ja jej opowiem jaka jest cudowna i wcale nie musi być lepsza, że ja nie chcę aby była inna.
Nie bądź spokojna, nie milcz, nie wiedz, rób głupoty, zaszalej!!!
Będę przy tobie i będę ci powtarzać jak cudowna jesteś. Zawsze!
AS

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Każdy tak ma…


Kilka minut na makijaż, przeczeszę włosy i lecimy do szkoły. Nagle złośliwie i zdradziecko w lustrze na czubku mojej głowy zobaczyłam siwe włosy. O nie! Czyli muszę jeszcze umówić z fryzjerem. Te tygodnie tak szybko mijają, i tylko lustro przypomina, że trzeba znów zafarbować upływający we włosach czas. Moja fryzjerka to sympatyczna osoba, choć ostatnio nie bardzo się zgadzamy, co do tego, co ja chcę mieć na głowie. Ja chcę odmiany, ona głosuje za tym co jest.
Fryzjer to wyjątkowy zawód. Nie chodzi mi o rodzaj wykonywanej procesji, ale stosunek, jaki mają do ludzi… a może ludzie do nich? Fryzjer, taksówkarz, gość za barem; to bardzo specyficzne zawody. Nie tylko układają włosy, pomagają w przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, lub podają płyny, które zaburzają jasność myślenia uwalniając od trosk, są również niczym przyjaciele na tę jedną chwilę. Przyjaciele i psycholodzy… psychoterapeuci, nie oceniają, bo im nie zależy. Dlatego często udzielają najlepszych i najcenniejszych, a czasem i najszczerszych rad. Z fryzjerką dyskutujemy na różne tematy, choć ostatnio wachlarz naszych rozmów ogranicza się do rodziny i dzieci. Siedząc ze śmierdzącą farbą na głowie jakoś nie bardzo chce się dyskutować na temat teorii filozoficznych, czy choćby ostatnio przeczytanych książek.
Jesteśmy w tym samym wieku i nasze dzieci chodzą razem do szkoły. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym w tym zakrojonym do całego świata obszarze; zależy od dnia i nastroju. Dziś rozmawiałyśmy, no właściwie narzekaliśmy, na temat bycia przepracowaną mamą. Ta rozmowa dała nam wiele, bo nagle odkryłyśmy coś ważnego.
W pewnym momencie moja znajoma zaczęła wzdychać do zbliżających się wakacji. Czasem ja zamieniam się w jej psychoterapeutę. Wspomniała, że jest już tak zmęczona, że nie może się doczekać kilu wolnych dni, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wolne dni nigdy nie są takie do końca. To jedna z tajemnic bycia rodzicem, coś takiego jak wolny dzień nie istnieje. Jeśli faktycznie się zdarzy jest to tak dziwne, że niepokój wypływający z tej dziwności i tak nie pozwoli się z relaksować. Nie ma wolnego, gdy ma się dzieci! Wakacje dla rodzica to zwolnienie z części obowiązków i to jest już super. A zatem moja fryzjerka tęskni do częściowego wolnego. Nieśmiało wspomniała, że ostatnio miała już wszystkiego dość i wydawało jej się, że już nie da rady. Nie poruszy się i tak już zostanie.
- Wiem, co masz na myśli. Powiedziałam a ona się uśmiechnęła.
- Też tak masz? Zapytała z niedowierzaniem. Zaczęłyśmy opowiadać, o tym jak się czasem czujemy. Najgorsze jest to, że wydaje nam się, że wszyscy dookoła sobie radzą, tylko my nie. Przecież inni mają znacznie gorzej, bo nam tak naprawdę wcale nie jest źle. Ci inni radzą sobie o wiele lepiej niż my. My, takie sierotki, siedzimy i użalamy się nad sobą, podczas gdy inne mamy niczym kobiety z komunistycznych plakatów z uniesionymi ramionami prą do przodu. A my…
To tylko ja sobie nie radzę, to tylko mnie jest ciężko a każda inna potrafi o wiele lepiej, zgrabniej i jeszcze ma czas na aerobik i ma posprzątany dom i wypielony ogródek, i…, i…. i…. a poza tym pracuje na cały etat i ma czwórkę dzieci...
Idąc główną ulicą od placu Dam w Amsterdamie do dworca centralnego, można spotkać różnego rodzaju przebierańców. Czasem stoją bez ruchu, a czasem poruszają się strasząc tym dzieci. W ubiegłym tygodniu szłam tamtędy i spotkałam śmierć. Zadzwoniła na mnie małym złotym dzwoneczkiem przyprawiając mnie o gęsią skórkę. Potem spotkałam podstarzałego, brzuchatego Spidermana, tak trochę żałośnie śmiesznego . Trochę dalej stał on. Stał tam i był metaforą umęczania się i użalania nad sobą każdej mamy. On był tą „inna mamą”. Stał tam, miał może 17 lat, w koszulce i dżinsach, wyglądał całkiem przeciętnie. W jednej ręce żonglował dwoma piłeczkami, tu już kończyła się jego przeciętność. Jakby tego było mało, drugą ręką układał kostkę Rubika. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Piłeczki frunęły w powietrze, raz jedna, raz druga, a kolory na ściankach koski zaczęły się coraz bardziej ujednolicać. Przecież to jest fizycznie nie możliwe! Poszłam na pociąg, miałam go dość.
Dziś, gdy rozmawiałyśmy a farba pokrywała moje siwe włosy, przypomniał mi się ten chłopak, to uosobienie innych mam.
- Czasem czuję dokładnie to samo. Powiedziałam
- Myślałam, że tylko ja tak mam. Odpowiedziała fryzjerka sprawdzając, czy na mojej głowie wszystko OK. Na niej może było, ale w środku kotłowały się myśli. A jeśli każda mama tak ma? Może ktoś patrzy na mnie i myśli, że ja sobie daję radę a ona właśnie nie? W końce mieszkam w innym kraju, mam dwoje dzieci w wieku bardzo bojowo nastawionym do wszystkiego, co się rusza a do tego, co nazywa się „mama” najbardziej. Studiuję, pracuję, sprzątam, uczę się, gotuję, prasuję (od czasu do czas), ogródek też pielę (ale tylko jak jest ciepło i mam natchnienie) i robię jeszcze wiele innych rzeczy. Nagle odkryłam, że ja w jednej ręce mam o wiele więcej piłek, że ja mam o wiele więcej rąk. Każda mama tak ma, a że czasem na chwilę piłki pospadają, ręce się pomylą i zabraknie tchu to nic, każdy tak ma! Zbieramy te piłki i zaczynamy od nowa, w nadziei, że nikt nie widział.
AS

środa, 19 maja 2010

Drzewa i ludzie. Szanuj zieleń!


Grudzień to zwariowany miesiąc! Poza wszystkimi standartowymi szaleństwami, w tym czasie moje dzieci mają urodziny. Najpierw mój syn a dwa tygodnie później córka. Trzeba tyle załatwić, tyle zorganizować. A ja słyszę tylko, ja chcę to, ja chcę tamto, w czasie każdej przerwy na reklamy.
W tym roku imprezą urodzinową dla syna i jego kolegów była wyprawa do lasu na coś w stylu szkoły przetrwania. Chłopcy bawili się świetnie i wrócili do domu umorusani do granic możliwości. Szkoła przetrwania jest kilka kilometrów od naszego domu, więc w jakiś sposób musieliśmy tam przetransportować chłopców. Mój mąż zabrał do swojego auta czterech a ja pozostała dwójkę. Ze mną jechali Jasper i Niels. Przesympatyczni chłopcy, którzy gdy tylko wsiedliśmy do mojego pojazdu, zaczęli opowiadać przeróżne historie. Opowiadali o rekinach, które obgryzają ludziom nogi, o oswojonych przez ludzi lwach, o tym co robili na swoich urodzinach i o tym czego nie chcą robić tego dnia na szkole przetrwania. Jasper bał się przeciskania wąskimi tunelami a Niels przedzierania się przez błoto. Uspakajałam ich, że na pewno będzie dobrze i nie mają się czego obawiać.
- Kiedyś myślałem, że każdy człowiek ma swoje osobiste drzewo – powiedział nagle Jasper całkowicie zmieniając temat. Jasper ma 10 lat. Słucham, bo chcę wiedzieć co jeszcze nam powie. - Gdy ktoś to drzewo wytnie to człowiek od drzewa umiera.
- One produkują tlen, myślałem, że jedno drzewo produkuje tlen dla jednego człowieka. Jeśli ktoś je wytnie to człowiek już nie ma czym oddychać.
- A kto je wycina? – pyta Niels. Niels ma 8 lat.
Jest wielu. Którzy wycinają cudze drzewa. Pomyślałam. Jest też wiele sposobów na ich wycinanie. Czasem robi się to jednym uderzeniem siekiery. Drzewo upada i pozostaje po nim pusta przestrzeń. To wycinanie może być jednak bardzo powolne, trwać lata, są to delikatne acz stanowcze pchnięcia ostrym narzędziem. Drzewo ugina się wciąż bardziej i bardziej ale nie pada. Dopiero po długim czasie przełamuję się do końca i już go nie ma.
- Nie wiem, ale fajnie by było, gdyby tacy ludzie nie istnieli.
- A co by było, gdyby Ci od wycinania wycieli swoje drzewa?
Są tacy ludzie. Również mogą to zrobić w jednej chwil, zupełnie rozmyślnie. Zamykają się w czterech ścianach lub stają na drodze nadjeżdżającego pociągu i już ich nie ma. Czasem jednak rozciągają ten proces w czasie, bardziej lub mniej świadomie, ale też w końcu znikają. Zresztą ludzie, którzy wycinają cudze drzewa, pewnie w jakiś sposób wycinają własne. Nie można odebrać komuś życia nie odbierając sobie go w jakiejś części.
- No właśnie. Śmieje się Jasper.
- Czy można wyciąć własne drzewo?- pyta Niels
- Chyba można…
- Gdybym znalazł swoje drzewo, dbałbym o nie… bardzo – mówi Niels
- No, ja też. Pilnowałbym, aby nikt go nie wyciął.
Pilnujcie kochani chłopcy, pilnujcie swoich drzew. Niektóre drzewa są mocne i wielkie jak baobaby. Inne smukłe i delikatne jak młode brzuzki. Inne są ponure i niewzruszone jak dęby. Jednak o wszystkie należy dbać. Szanować korzenie i nie zapominać, że one są, bo to również dzięki nim drzewa są silne. Patrzeć chyba jednak należy przed siebie a zielone ramiona wyciągać do słońca.
- Widziałeś ten program jak facet wkładał głowę do paszczy lwa? Zapytał Jasper
Dojeżdżamy do celu. Chłopcy przejęci tym, co za chwilę się stanie zapominają o kontynuowaniu swojej rozmowy. Zaprowadzamy ich na miejsce, tam przejmuje ich od nas przewodniczka, która teraz się nimi zajmie.
Tunele wcale nie były takie straszne, a błoto nawet fajne. A ja znów czegoś się nauczyłam.
AS

wtorek, 18 maja 2010

Pasjans


Czasem tak od niechcenia i trochę dla relaksu, a może i dla zapomnienia, rozkładam pasjanse. Jak wiedźma, szukam w kartach czegoś, jakiejś odpowiedzi na niezadane pytania. Ktoś bardzo mądry powiedział, że tajemnica pasjansa polega na tym, że nie można się przy nim śpieszyć. Teraz człowiek śpieszy się zawsze, czasem wydaje mi się, że nawet odpoczywanie w pośpiechu, jest w dobrym tonie. Ja, zatem na tę jedną chwilkę, na moment całkiem nieprzyzwoicie się nie śpieszę. Długo rozkładałam karty z papieru o pięknych koszulkach z widokami Krakowskich uliczek. Któregoś dnia odkryłam, że w opcjach dodatkowych mojego telefonu komórkowego mam różnego rodzaju pasjanse. Zatem zaczęłam rozkładać karty nawet ich nie dotykając. Jeden przycisk i układają się w równe rządki na małym ekranie. Taka przyśpieszona wersja niespieszenia się.
Pewnego dnia dostałam update – nowa edycja, super opcje. Już mi się nie podoba, to już nie jest relaks. Ten mały komputerek zlicza moje wyniki i milcząco je przedstawia. Przerabia na procenty, które kręcą zniechęcone dwoma główkami na długiej szyi. Ma też inną dodatkową opcję. Gdy stanę już pod ścianą i w żadną stronę nie mogę się poruszyć, wciskam przycisk restart i mogę układać to samo od nowa. Mogę poprawiać swoje błędy. Jeśli tylko chcę mogę iść inną drogą, spróbować wygrać inną metodą. Podekscytowana możliwością, drugiej, trzeciej i kolejnej szansy, zaczęłam wciskać restart i próbować kolejny i kolejny raz wybierać tę lepszą, właściwą drogę. Zamiast odpoczywać zaczęłam się coraz bardziej irytować. Kolejne próby poprawienia własnych błędów kończyły się niepowodzeniami. Przegrane pozostawały przegranymi, tylko jeszcze bardziej zaczęłam je odczuwać. Jak można tyle razy wybierać złą drogę? Jak można wciąż źle wybierać? Zamiast przechodzić do kolejnych wyzwań pozostawałam na dłużej w ślepej uliczce, nie pewna czy w ogóle coś z tego mam. Wciąż bardziej poirytowana wciskałam restart. Przestałam odpoczywać przy kartach. Zaczęłam jednak zastanawiać się, czy czasem nie istnieją sytuacje bez wyjścia, bez właściwego rozwiązania.
Nasze życie jest pełne updatów. Codziennie wczytywane są nowe dane a człowiek musi sobie z tym radzić. Tak często żałuje się, że nie można wcisnąć tego diabelskiego restaru. Tyle razy powtarza się - gdybym mógł cofnąć czas, gdybym wtedy wiedział to, co wiem teraz. Ja też tak mówię, czasem… A co jeśli cofnięcie się w czasie, tak jak w moim pasjansie niczego by nie zmieniło? Czy to lepsza, czy gorsza myśl? Może trzeba westchnąć i iść dalej i nie zastanawiać się, co by było… Może nasze życie czasem nie oferuje nam rozwiązań. Może tajemnicą jest ich poszukiwanie? Może lepiej nieprzyzwoicie przystawać na chwilę w biegu i nie sprawdzać wyników. Za którymś razem w końcu przecież nam się uda.
Układam karty, ale już nie patrzę na procenty. Nie wychodzi mi, nie wciskam restartu tylko New. Nie chcę zastanawiać się czy byłoby inaczej, gdybym zamiast tej siódemki kier wybrała tamtą karo. Trudno wybrałam tę, wtedy wydawała mi się najlepszym rozwiązaniem. Nie była? Trudno. Może następnym razem wybiorę lepiej.
AS