Nagroda


Główna nagroda w kategorii wiekowej powyżej lat 18 I Międzynarodowego Konkursu Literacko-Plastycznego pt. "Tam Dom mój, gdzie serce moje"
Dom to dźwięk
Coś słyszę... ale co to może być? Otwieram oczy i przez chwilę zastanawiam się gdzie jestem. Dlaczego jest tak ciemno? Czuję na sobie jakiś ciężar, nie mogę się poruszyć. Dźwięk staje się coraz bardziej natarczywy, ja to skądś znam... To mój budzik. Wyciągam rękę przed siebie i jednym zdecydowanym ruchem uciszam go. Teraz jeszcze muszę dowiedzieć się, dlaczego jestem unieruchomiona. Nogami mogę poruszać, rękami też, czyli tylko tułów jest "sparaliżowany". W końcu udaje mi się odrobinę unieść się do góry. Wszystko staje się jasne. W nocy przyszła do łóżka, w którym śpimy, nasza córeczka i upatrzyła sobie moje plecy na poduszkę. Odsuwam się odrobinę i jeszcze na chwilę przymykam oczy. Wracam wspomnieniami do poprzedniego dnia. Za długo siedziałam przy komputerze. Poszłam spać o 2.00 w nocy. Przez półsen przypominam sobie jeszcze, że razem ze mną siedział mój mąż i doradzał mi gdy miałam wątpliwości w kwestii gramatyki holenderskiej. W środku nocy udało mi się zakończyć pracę kontrolną na uniwersytet. Kolejny krok w edukacji na obczyźnie. Zasypiam. Po chwili znów ze snu wyrywa mnie wściekły dźwięk budzika. Dość tego! Nie dam mu jeszcze raz tej satysfakcji - wstaję.
Wlokę się do łazienki i w myślach usiłuję rozplanować nadchodzący dzień. Co muszę zrobić? Mój Boże, aż tak dużo!? Zdejmuję piżamę i z nadzieją patrzę na prysznic - on mnie obudzi. Kusi mnie, aby odkręcić tylko zimną wodę. O czym ja myślę, ja taki mięczak, w życiu! Zdegustowana swoją słabością, dobijam się jeszcze bardziej wchodząc na wagę. A niech to... po weekendzie znów mi przybyło. Prysznic niewiele pomógł.
Czas budzić dzieci. Nasza córka zrywa się z łóżka i pędzi do łazienki. Wiem jednak, że to jedyna czynność tego ranka, którą wykona szybko, od teraz wszystko będzie bardzo powolne. Syn natomiast zwleka się z łóżka. Nie martwię się, bo wiem, że zaraz nabierze tempa. No i mam rację. Po pół godzinie on jest umyty, ubrany i bawi się w swoim pokoju, czekając na siostrę i na mnie. Ona dopiero zaczyna poranną higienę, ja natomiast zaczynam się denerwować, a po kolejnych minutach upływających na nic nie robieniu, prawie krzyczę.
- Pośpiesz się, bo ZNÓW się spóźnimy do szkoły! No i się spóźniamy. Moja maleńka patrzy na mnie wielkimi, niebieskimi oczyma. Co teraz? Nic już nie zmienię, przytulam ją i uprzejmie po holendersku przepraszam nauczycielki.
Znajoma psycholog zapytała mnie dziś: jak powinna według mnie wyglądać idealna mama? Zamilkłam, bo pierwsze, co przyszło mi do głowy to, że powinna być o wiele lepsza ode mnie. Chciałam powiedzieć, że nie tak jak ja, bo przypominałam sobie, jak bardzo zdenerwowana byłam rano. Powstrzymałam się i nic nie powiedziałam. Teraz staram się sama przed sobą odpowiedzieć na to pytanie.
To przecież ważne. Pewnie każdy w jakiś sposób to czuje. Ja mam tę odpowiedź w sercu: cierpliwa, mama powinna być bardziej cierpliwa. Musi wykazać się zrozumieniem. Kochać i tulić. Chronić i otaczać ramionami nawet, gdy jest daleko. Ważne aby była zawsze gotowa, ale też by pozwalała sobie na zmęczenie. Powinna być sobą, bo tylko tak może być dobra. Nie może tak bardzo przejmować się stereotypami, które z realnym światem nie wiele mają wspólnego. Niech nie naśladuje innych a szuka własnych dróg. Nie trzeba oczekiwać, że dzieci będą niczym roboty wykonywać wszystkie polecenia. Niech nie traktuje wychowania na równi z tresurą.
Gdy rano, chwilę przed obudzeniem moich dzieci patrzę na ich twarze, wiem, że nie ma na świecie nic piękniejszego. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem idealną mamą, ale ponoć idealne mamy nie istnieją.
Dom to wiele dźwięków, czasem są ciche jak oddech dziecka. Czasem są głośniejsze, jak trzask palonego drewna w kominku lub deszcz stukający w okno na dachu. Innym razem głośne jak płacz, krzyk lub tłuczona szklanka, ale wszystkie tworzą symfonię codzienności, zaskakującą, niezwykła i jedyną w swoim rodzaju.

Dom to stawanie się lepszym
W szkole dzieci ‘sportdag’, czyli dzień sportu. Co za zamieszanie! Ranek znów nerwowy. Przygotowuję wszystko i jeszcze z głową w szafce wołam do syna:
- Co jeszcze musi znaleźć się w twojej torbie?
- Kąpielówki i ręcznik. Odpowiada jakby to było oczywiste. Wkładam je do torby i zajmuję się kolejnym punktem poranka. W końcu pędzimy do szkoły, bo tam ma zajęcia sportowe córeczka. Syn jest w piątej grupie, oni mają zajęcia gdzie indziej. Jedziemy na jakieś pola golfowe... nie, nie golfowe, ale do hokeja na trawie... a co za różnica! Spieszymy się - znowu w biegu!
Udało się, a teraz do domu, jak zawsze jest dużo do zrobienia. Po odebraniu dzieci ze szkoły, zawożę je do babci. Jak dobrze, że babcia jest na miejscu! To mama mojego męża, to bardzo oryginalna kobieta i bardzo kochana. Dobrze, że jest. Moi bliscy w Polsce są daleko, czasem za daleko. Ściskam teściową, mówię dzieciom, że je kocham i dalej... pędzę. Muszę jechać do Amsterdamu. Dziś zajęcia z językoznawstwa. Wreszcie bieg zmienia się w trucht, by w końcu stać się spokojnym spacerem wśród pojęć, nazwisk i sal. Chwila, aby odetchnąć.
Rozpoczęłam te studia cztery lata temu, choć może powinnam napisać „wpakowałam się” w nie. Dlaczego to zrobiłam? Chyba chciałam się rozwijać, nie poddać się, nie zrobić kroku wstecz - tak jak wielu emigrantów. Jednak nigdy nie spodziewałam się, że dostanę tak wiele. Poznałam cudownych ludzi, którzy wskazali mi gdzie iść. Wiem, że gdyby nie oni, nie byłabym w tym miejscu i tak naprawdę nie wiem, co bym robiła.
Moje studia to coś więcej. To nie tylko moja nauka, to też ciągła pomoc najbliższych. To wspaniałe uczucie - nie jestem sama. To bardzo pomaga. Jestem w Amsterdamie i staram się wierzyć, że to wszystko ma sens. Moja nauka ma także wymiar rodzinny.

Dom to kompletność wszystkich osób
W aucie spoglądam w lusterko wsteczne. Widzę w nim twarz mojej córki. Jakaż ona śliczna. Spogląda przez okno, ciekawa jestem o czym myśli. Jak dobrze być twoją mamą - myślę sobie. Gdy patrzę w jej oczy, lub w oczy syna wiem, ze mój świat kręci się wokół nich. Opinie są różne na ten temat, ale mnie z tą świadomością jest dobrze, czyli jest właśnie tak jak być powinno.
Dom to nasze wieczory, gdy po zapracowanym dniu wszyscy jesteśmy w domu. Mój mężczyzna w kuchni wkłada naczynia do zmywarki, ja sprzątam stół i wołam do naszej córeczki, że ma siadać do pianina. Po chwili słyszymy jak wykonuje ćwiczenia na pięć palców.
- Jutro poczytamy tę książeczkę - wskazuję na jej pierwszy podręcznik do gry na pianinie. Syn leży na dywanie i rysuje coś w jednym ze swoich zeszytów. Przyglądam się nam i wydaje mi się, że ten obrazek przypomina trochę patetyczną reklamę margaryny. Czyli to jednak jest możliwe?
Nagle mąż upuszcza szklankę na podłogę, na wszystkie strony rozpryskują się kawałeczki szkła. Córeczka krzyczy:
- Tata przez ciebie się pomyliłam!
Nasz syn się śmieje.
- Nie śmiej się ze mnie - krzyczy sześciolatka.
- Nie z ciebie!
- Ze mnie! Głupi jesteś!
I tak zaczyna się kłótnia, a ja i tak czuję się dobrze.

Dom to powroty z zatłoczonych miast
Amsterdam, jak zawsze, zastawiony rowerami. Czasem, aby przejść obok jakiegoś budynku, trzeba zejść na ulicę, bo tak wiele rowerów stoi na chodniku. Wtedy człowiek naraża się, na czołowe zderzenie z jednym z poruszających się dwukołowców. Tutaj rower to stały element krajobrazu, czy to ustawiony przed budynkiem, czy w ruchu, czy też zatopiony w jednym z 160 kanałów. Rower jest widoczny wszędzie.
Stolica Holandii to bardzo specyficzne i wyjątkowe miasto. Tutaj chyba każdy jest przyjezdnym, ale i każdy jest tutejszym. Nie można być w tym mieście i nie poczuć z nim jakiejś więzi. To, co piszą o nim, to wszystko prawda i jeszcze wiele więcej. Wydaje mi się, że niezwykłość Amsterdamu polega też na tym, że to miejsce przyjmuje wszystkich i nie wymaga od nich zmian. Wystarczy przystanąć na jednej z ulic i spojrzeć na stojące przy niej budynki. Wiele z nich lekko się pochyla - wyglądają jakby prowadziły ze sobą cichą rozmowę. Przyglądając się im można zauważyć, że każdy jest inny. Stoją bardzo blisko siebie przytulając się do siebie. Przypominają podróżnych z różnych stron świata, którzy akurat w tym miejscu zatrzymali się i postanowili pozostać. Dla mnie to miasto jest symbolem tolerancji i miejsca dla każdego, bez względu na nastrój, wykształcenie, zainteresowanie i światopogląd. Jestem przekonana, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Co ja znalazłam?
Kiedyś bałam się tam jeździć, przerażała mnie ta różnorodność i poczucie chaosu na ulicach. Teraz właśnie to mnie przyciąga. Znalazłam tam odwagę, by być, by robić to, co chcę dla siebie i dla najbliższych. Amsterdam przyjął mnie jak 'swego' i chyba to mnie w nim zauroczyło, ta akceptacja całości. Pierwsze przyjazne uczucie do tego miasta rozbudziły we mnie książki Simona de Waal. Kryminały tego holenderskiego autora prowadziły mnie po zakamarkach stolicy a ja na to pozwalałam. Później, w wyprawie ze Zbigniewem Herbertem, odkryłam jeszcze inny Amsterdam. Amsterdam malowany słowem polskiego poety i pędzlem holenderskich malarzy - cudowna mieszanka. W ten sposób to miasto stało się także częścią mojego życia.

Dom to wspomnienia
A co, gdy dopadają nas te ciemniejsze dni? Nad głową zbierają się chmury i żadną siłą nie można ich rozpędzić. W głowie odzywa się ten złośliwy głosik: no i teraz spróbuj znaleźć się w tym obcym świecie, wśród ludzi, którzy całkiem inaczej patrzą na to, co nas otacza. Walcz ze zwykłą niezwykłą codziennością. Ucz się wszystkiego od początku. Zapomnij o tym, co było, bo to wciągnie cię w głębiny osamotnienia szybciej i boleśniej niż ci się wydaje.
Ciemniejsze dni dopadają, gdy się jest daleko, ale też gdy się jest blisko. We wspomnieniach dom pozostaje ten sam. Dzięki temu w końcu wstaję i przypominam sobie, że dom to też mama i tata, daleko a jednak całkiem blisko. To ich zasady i kołysanki. Dom to tamta niezmienność. Tylko jeszcze oni stoją na straży niezmienności. Jeszcze zapachy i rozmowy, jeszcze spacery i książki. To pozostało, jest i trwać będzie, gdzieś tam, jakiś czas na zawsze.
To też brat, już całkiem odległy, z problemami, własnym życiem i spotkaniami tylko w czasie świąt. Jednak brat - na zawsze kumpel z piaskownicy, towarzysz pierwszych zdartych kolan, berka i wspinaczek po drzewach. Świadek pierwszych łez, pierwszej samotności, przeciwnik w kłótniach i towarzysz w strachu.
Gdy ciemniejsze dni dopadają nas tam, gdy jesteśmy blisko miejsc ze wspomnień, jest jeszcze gorzej. Ilu doświadcza tego zawieszenia pomiędzy tym, co tutaj i tym, co tam, ale również tym, co teraz i tym, co wtedy? Zaczynamy dostrzegać, że emigracja jest dziwną odmianą "przestępstwa". Powroty są trudne, nawet powroty tylko na chwilę. Nie można powrócić do tamtych miejsc, bo ich tak naprawdę już nie ma. Minęły tak samo jak czas. Jednak nas tamtych też już nie ma. Zmiana odczytywana jest jako zapominanie o korzeniach, odchodzenie od siebie. Tego nie można zmienić, tak jak nie można zmienić innych ludzi. Wspomnienia pozwalają w takich chwilach zidentyfikować własną osobę sprzed lat i sprecyzować odległość między tym, co swojskie z tym, co dopiero oswajane.

Dom to mój język, który dzielę z innymi
Moja mała dziewczynka powiedziała mi dziś coś bardzo ciekawego. Coś, nad czym należy się zastanowić. Nasze dzieci są w pełni dwujęzyczne. Ja rozmawiam z nimi po polsku a ich tata po holendersku. Rozumieją prawie wszystko. Mówią też w obu językach. Nie wyobrażam sobie, aby nie rozumiały języka moich myśli. Moja ciemnowłosa sześciolatka oznajmiła mi, że gdy mówię po holendersku mam inny głos.
- Jak to inny? - zapytałam zdziwiona, bo przecież mówię tym samym głosem, lub przynajmniej tak mi się wydawało.
- Nie mamuś, po holendersku masz inny głos.
Zapytałam czy mój głos po holendersku jest brzydki.
- Nie, po prostu jest inny. Taki jakby... - zaczęła się zastanawiać, widziałam, że nie potrafi znaleźć słowa.
- No taki inny - zakończyła swój wywód.
- A który jest ładniejszy? Mała się zamyśliła.
- Wszystkie dwa są ładne.
Gdybym nie mówiła do dzieci po polsku, ukryłabym część siebie. Nie pokazałabym im siebie prawdziwej.

Dom to półki uginające się pod książkami
Listonosz przyniósł paczkę z książkami. Przez chwilę poczułam ciężar popełnionego grzechu. Szybko wyjęłam rachunek i wyrzuciłam go do śmieci. Wolę nie patrzeć na dowód "zbrodni" na domowym budżecie, trzeba o tym jak najszybciej zapomnieć. Czego oczy nie widzą... Oszukiwanie samej siebie. Na książki wydaję majątek - nie potrafię się powstrzymać. Marzę o większym domu, ale głównie dlatego, abym miała więcej miejsca na książki, na te które już kupiłam i te, które dopiero kupię. W Holandii książki są oszałamiająco drogie, to mnie nie powstrzymuje, czytanie po holendersku nie sprawia już problemu, więc kupuję je namiętnie. Nabywanie książek w Polsce - to jest dopiero szaleństwo. Tam one są o wiele tańsze, ale i tak wydaję na nie bardzo dużo; zamawiam wtedy o wiele więcej, bo... są tanie, a jest tyle historii, myśli i słów, które muszę poznać, przeczytać i zrozumieć.
Dostarczono paczkę. Dla mnie to jak Boże Narodzenie. Siadam i oglądam, dzieci pójdą spać to zacznę czytać. Dostawa języka, mojego języka, języka polskiego.

Dom to rozmowy do drugiej nad ranem
Znów budzik postawił mnie na nogi. Dziś nie uda mi się chyba już do końca obudzić.
Ktoś powiedział, że wreszcie jak uda mu się dobudzić, jest już pora by iść spać. Chyba wiem, co miał na myśli. Zastanawiam się, dlaczego jestem taka nieprzytomna? Wczoraj znów zasiedziałam się z mężem. Byliśmy razem, ale też całkiem obok siebie. Obejrzeliśmy coś w telewizji. Potem trochę rozmawialiśmy, czasem rozmowy o niczym dają tak wiele. On usiadł przed komputerem i zaczął pisać. Ja sięgnęłam do jednaj z moich książek i przeniosłam się do innego świata. Wcześniej zaparzyłam w dzbanku herbatę cynamonową i ustawiłam ją nad podgrzewaczem. Zapach rozniósł się już po całym pokoju. On odsunął od siebie klawiaturę, ja położyłam na fotelu książkę. Znów rozmawialiśmy. Rozmowa urwała się sama i powróciliśmy do poprzednich czynności. Wokół było tak cicho, słyszałam tylko cichą muzykę płynącą z radia i uderzenia palców o klawiaturę. Przewróciłam kolejną kartkę książki, akcja zaczęła być bardziej ekscytująca. Ułożyłam stopy na udach męża. Czas się znów zatrzymał.

Dom to drzwi
- Słyszałaś, co mówili o Polakach? - zapytała sąsiadka. Przez moment zastanawiałam się, co odpowiedzieć. Wiedziałam, o co jej chodzi. O to, że w Holandii tak wielu nietrzeźwych Polaków jeździ samochodami i teraz policja będzie częściej sprawdzać auta na polskich rejestracjach.
Włożyłam klucz do zamka w drzwiach mojego samochodu. Sąsiadka stała obok z założonymi rękami i czekała na reakcję. Zastanawiałam się, czy nie ma gdzieś ukrytego alkomatu.
- A, o co konkretnie chodzi?
- O to, że jeździcie po pijaku.
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, dlaczego użyła drugiej osoby liczby mnogiej. Przyglądała mi się tak, jakby właśnie przyłapała mnie na czymś nielegalnym.
- O ile wiem, to 'my nie jeździmy po pijaku' - odpowiedziałam i pożegnałam się uprzejmie. Na tyle uprzejmie, na ile pozwalał mi mój trzęsący się głos. Wiedziałam, że cały dzień będę miała zepsuty. Jechałam samochodem i nienawidziłam sąsiadki. Nienawidziłam jej i wszystkich Holendrów, którzy myślą tak jak ona. Przy okazji jeszcze nienawidziłam wszystkich Polaków, którzy wsiadają do pojazdów nietrzeźwi i skazują siebie i innych na śmierć, jeśli w końcu zamroczeni alkoholem stracą panowanie nad kierownicą. Na dodatek utrwalają stereotypy, z którymi nie potrafię walczyć.
Starałam się jakoś spędzić ten dzień, zrobić, co musiałam i nie analizować tematu; ale nie potrafiłam. Ciągle wracałam myślami do tamtych słów.
Popołudniu zaparkowałam przed domem, powoli otworzyłam drzwi wejściowe i od razu wpadła na mnie nasza córeczka,
- Cześć mama!
- Co tak ładnie pachnie?
- Tata robi spaghetti - a po chwili dodała z dumą - ja mu pomagam.
Zamknęłam dokładnie drzwi, nie pozwalając, aby myśli całego dnia weszły ze mną do domu. Syn siedział na kanapie i oglądał coś w telewizji. Mąż przytulił mnie na powitanie. W ręce miał drewnianą łyżkę a na koszulce kilka czerwonych plamek sosu.
- Masz ochotę na lampkę wina do obiadu?
Zapytał, a ja się uśmiechnęłam.

Dom to cisza, która nie istniałaby bez hałasu
Dzieci wchodzą do domu i od razu wypełnia go hałas i chaos. Nic już nie jest na swoim miejscu. Trwa to do wieczora, aż w końcu kładą się po wielu dyskusjach i żalach do łóżek. W domu zalega cisza. Chwila na zebranie myśli i porozrzucanych zabawek.
Ponoć tylko cisza jest za głośna... W krzyku, w słowach, w krzątaninie znajduję sens naszych czterech ścian. Dzięki temu, cisza, która wieczorem w nim zalega, tylko na chwilę, bo do rana, nie niepokoi.

Dom to dorastanie
To przeszłość, z której się wyszło i która ciągle gdzieś spogląda na nas z mniej lub bardziej ciemnych zakamarków. To chęć zrozumienia tego, co było, bo tylko tak łatwiej pojąć to, co jest. Spoglądam na swoje zdjęcie i nie widzę już dziewczynki. Zniknęła a na jej miejscu pojawił się kobieta, zastanawiam się czy ją znam. Czy one się znają? Czy dziecko we mnie zna dorosłą, którą się stałam i czy ja pamiętam jeszcze tę dziewczynkę? Dorastanie to stawianie kolejnych kroków. Czasem są one proste, wydają się być najzupełniej naturalne i nie wymagają większego wysiłku. Wykonuje się je i już. Są jednak kroki, które wymagają siły, odwagi i nikt nie wykona ich za nas. Niczym spacer po plaży. Wokół może być pięknie i ciepło, choć zawsze stawianie kolejnych kroków utrudnia piasek, ale idzie się, bo tak pięknie, przyjemnie, błękitnie. Czasem jednak rozpęta się sztorm, uwolniony szaleje nad nami i w nas, wtedy kolejny krok wydaje się być niemożliwy do wykonania. Ostatkiem sił unosi się nogę i stawia się ją, znów troszeczkę dalej, do przodu i jest lepiej.

Dom to wiara
Wierzę, że jest więcej dobra niż zła. Wierzę, że po deszczu świeci słońce, bo musi być tęcza. Wierzę w Alchemika, w lepsze jutro i że błędy są potrzebne. Wierzę, że mi się uda i to udawanie już trwa. Wierzę, że wiadomości lepiej przekazywać osobiście niż przez telefon, a już na pewno o wiele lepiej niż esemesem. Wierzę w Szymborską i Herberta. Wierzę w gwiazdy spadające i życzenia dziecięce. Wierzę, że nie muszę codziennie się malować. Wierzę w Mikołaja i że czasem trzeba mu pomóc, bo tyle ma na głowie. Wierzę w cud narodzin i ciszę odejścia. Wierzę w liczenie kropek na skrzydłach biedronki i że zdjęcia biało-czarne pokazują więcej niż kolorowe. Wierzę, że pojedynczość ważniejsza jest od ogółu, bo można ją dostrzec i policzyć. Wierzę, w dietę cud i że zawsze mogę zacząć od nowa. Wierzę w ograniczenia prędkości, ale tylko dla zmotoryzowanych. Wierzę, że nie ma ludzi, którzy nie zasługują na miłość prawdziwą i wierzę w miłość prawdziwą, w dwie połówki jabłka i w dom szczęśliwy. Wierzę w spokojne dzieciństwo i w spełnienie marzeń. Wierzę w granice do przekroczenia i w początki. Wierzę w postoje nie tylko awaryjne. Wierzę w odkrycia codzienne i zachwyty przeciętnie całkiem niezwykłe. Wierzę, wierzę, wierzę…

Dom to cudowne wymieszanie
Gdy zakłada się dom razem z partnerem, jest to mieszanie tego, co ‘ja’ i co ‘ty’. Dopasowywanie tego, co się dopasować nie chce. Układanie rzeczy oddzielnych, które powoli stają się nasze. To przyzwyczajenia, zapachy, kwiaty. Niektóre sprawy na zawsze pozostają nierozstrzygnięte. Jednak ważne jest to, że to miejsce to gniazdo, do którego można wracać i w którym można się ukryć. Tworzenie tego wspólnego miejsca bywa trudne, a gdy tworzą je osoby z dwóch różnych państw, jest jeszcze trudniejsze. Czasem dosłownie mówimy w obcych językach, zostaliśmy inaczej wychowani, mamy inne spojrzenie na świat. Mimo tego, tworzymy coś realnego, coś, co można dotknąć, poczuć. Zbudowaliśmy razem ten dom – nasz dom, nie zawsze miejsce, ale w każdej sekundzie stan. To nie tyle miejsce, co uczucia temu miejscu towarzyszące. To nie tylko cztery ściany, ale i cztery ściany. To nie tylko zapachy, ale również zapachy. To nie tylko kolory, ale także kolory. To nie tylko muzyka, ale też muzyka. To nie tylko ludzie, to aż ludzie. Bez nas nie istniałoby to wszystko. Nie byłoby takich ścian, nie byłoby tych zapachów, kolorów i muzyki. To my je tworzymy. Wszyscy razem, każdy z osobna i każdy na swój sposób.

Dom to serce
Dom to serce, które we mnie bije. Teraz już nie tylko w mojej piersi, ale i w innych, bo jest podzielone, czyli pomnożone. „Tutaj” jest tak ważne, bo jesteśmy tu wszyscy, bo oni patrzą na mnie, a ja na nich. Jest nam dobrze, bezpiecznie i "po swojemu" - to jest najważniejsze. To jest nasz dom - moje miejsce. Nie ma już punktu, nie ma kraju, który jest całkiem mój, bo wszędzie po części jestem obca. Tylko w domu, tylko między najbliższymi, tylko tam, gdzie dla nich bije moje serce, jest mój dom.

A dom to jeszcze wiele więcej…
AS

Komentarze

  1. Kochana Agnieszko! Jeszcze raz gratuluje Ci tej wspanialej nagrody. To Twoj kolejny wielki sukces. Jestem dumna, ze Cie znam. A swoja droga: to niezwykle jak pieknie piszesz o zwyczajnych sprawach...
    Agata

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne, takie ciepłe, słowiańskie... Powodzenia na literackiej drodze...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Następny do golenia

A co jeśli koń to żaba?

Obywatel świata