niedziela, 11 kwietnia 2010

* * *


Lot gdzieś i tylko na chwilę
aby pomyśleć
albo udać że się myśli
koniec
Teraz wielkie słowa
taka specjalność
A ja tylko o czyimś ojcu
siostrze i mamie
A ja tylko o dziewczynce z TV
o pani
o przyjaciołach...
AS

niedziela, 4 kwietnia 2010

Różowa wstążeczka


Cudowna, prawie na pograniczu magii, mała kawiarenka niczym z piosenek Niemena. A może to właśnie jest magia? Przede mną stoi puchar lodów, uwieńczony koroną malin i zielonymi listkami mięty. W powietrzu, prawie namacalny, unosi się zapach świeżo zmielonej kawy i miesza się z cichą muzyką. To wszystko tworzy atmosferę sennego zadumania i refleksji. Nie mam wyjścia, muszę się zadumać, jestem tutaj przecież z bohaterem.
Ten bohater wcale nie przypomina kolosa z amerykańskich filmów. To drobna, śliczna i delikatna kobieta. Uśmiecha się i tylko gdzieś na dnie jej oczu, tam gdzie widać cień serca, dostrzegam tlący się smutek. Wiem, co to za smutek, ale boję się go nazwać. Ona poznała znaczenie słowa walka. Wie, co to strach i jak trudno wraca się z takiej wojny. Nie chcę o nic pytać. Tak naprawdę boję się. Nie chcę okazać współczucia, nie wiem, jak okazać podziw. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, nie wiem, co powiedzieć.
Lody, lody malinowe!
Ona jednak jest spokojna i czasami nawet zażartuje sobie na ten temat. Gdy na nią patrzę, widzę wokół niej ciepłe barwy, czerwienie, brązy, żółcienie. Szumiące trawy i promienie słońca przedzierające się przez gałęzie. Bawiąc się łyżeczką opowiada o tym, co robi, czym się teraz zajmuje. Potem na chwile przerywa i już dużo smutniej mówi:
- Wiesz, strach pozostanie na zawsze. Człowiek nigdy nie może być pewien, czy wróg znów nie zaatakuje. Tę wojnę wygrałam, wiele było bitew, ale mi się udało.
Dziwne, ale te słowa mają smak malin.
Patrzę na nią i wiem, że cokolwiek powiem, będzie brzmiało banalnie i pewnie nie do końca prawdziwie. Ja przecież nie wiem, ja tylko czuję. Trochę razem z nią, ale tak na prawdę całkiem oddzielnie. Dla mnie ona jest kolosem, walczyła z najgorszym wrogiem, tym najbardziej podstępnym, który ukrywa się w ciele swej ofiary. Wojna trwała rok i każda kolejna bitwa pozostawiła po sobie wyraźne blizny. Ona jednak za każdym razem wstawała i powtarzała sobie – od tego nie umrę! Dokonywała kolejnych wyborów i nadal tu jest, siedzi przede mną i co chwila spogląda przez okno. Patrzymy na spacerujących po deptaku ludzi i przez chwilę nic nie mówimy. Cisza ta jednak wcale nie jest krępująca.
- Był tu…. tak blisko serca -pokazuje.
- Pojadę na wakacje, będę leżeć na plaży i cieszyć się, że to jest już za mną.
Razem z nią walczyły inne kobiety. Jednym się udawało, innym nie. Odnosiły poważne rany, traciły część siebie.
Trzeba iść dalej. Stanie w miejscu nie jest dobre, bo jeśli się stanie, można oszaleć ze strachu. Gdy w końcu ruszysz, zaskakują cię banały. Sprawy, które wydawały się tak ważne, raptem okazują się mało istotne. Jak cenny staje się kolejny dzień, jak wyraźniej pachną kwiaty, jak smakuje szarlotka, jak brzmią słowa córki. Wszystkie zmysły wyostrzają się, jakby tamte dni, te przedtem, przeżywało się pod jakąś osłoną nieświadomości. A może po prostu w dziwacznie przytępionej świadomości?
Jak można pogodzić tak absurdalną sytuację: maliny, mięta, zapach kawy i RAK!? Przecież to takie nierealne.
AS

czwartek, 1 kwietnia 2010

Kto pierwszy… ten lepszy?


Pod koniec roku szkolnego panie w szkole moich dzieci nie wiedziały już, czym zająć milusińskich. Każde bowiem w powietrzu czuło zbliżające się wakacje i nie miało już ochoty na siedzenie w ławkach. Aby obu stronom umilić ten czas oczekiwania , nauczycielki wymyślały co chwilę jakąś wycieczkę. Same nie mogły wyruszyć z dzieciakami, więc za każdym razem prosiły o pomoc kilkoro rodziców. Ja również się zgodziłam. Klasa mojego syna szła na wycieczkę do szpitala dla ptaków. Sama nigdy w takim miejscu nie byłam, więc i dla mnie zapowiadał się ciekawy poranek.
„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie”
Grupa trzydzieściorga siedmiolatków to prawdziwe wyzwanie. Wychowawczyni poustawiała dzieci parami według znanego tylko jej, ale jak się później okazało bardzo logicznego algorytmu. Wiedziała, kto z kim walczy, a kto z kim szaleje. Te grupy powinny być porozdzielane. Ustawiono wszystkie dzieci, a my, mamy, podzieliłyśmy się same. Jedna szła z panią z przodu, druga gdzieś w środku, a ja na końcu. Wyruszyliśmy. Szliśmy piechotą, bo szpital był blisko szkoły. Gdy tylko opuściliśmy mury szkoły, zaczął się cichy wyścig par. Nikt, z wyjątkiem pierwszej pary, nie zgadzał się z ustawieniem pani. A zatem para, która była na samym końcu, musiała przesunąć się chociaż o jedno miejsce do przodu. Ci, którzy byli w środku, chcieli wyprzedzić więcej niż jedną parę. Jeśli idzie się całkiem z tyłu, to i jedna pozycja do przodu robi różnicę. Będąc zaś w środku trzeba pokonać kilka miejsc, by poczuć satysfakcję. Zaczęły się coraz większe przepychanki mieszane z pomrukami niezadowolenia tych wyprzedzanych. Najważniejsze jednak dopiero nadeszło – ktoś pozostał w tyle. Jakaś dziewczynka zaczęła płakać – oni się wpychają. Starałyśmy się ustawiać dzieci tak, jak powinny stać, ale ciągła rotacja par zaczęła nawet nam mieszać w głowach. Kto gdzie tak naprawdę stał na początku? Burza zaczęła rozkręcać się na dobre, gdy mama ze środka postawiła parę o dwa miejsca do tyłu, a ja tę, która szła jako trzecia od końca, przestawiłam jako przedostatnią.
Nie wiedziałam, że już w tym wieku kolejność w szeregu jest aż tak ważna. Ryszard Kapuściński w „Cesarzu” opisał podobną sytuację, tylko że tam opowiadał o orszaku dworzan cesarza Haile Selassie w Etiopii. Tutaj miałam ten sam orszak w dużo mniejszej skali. Były jednak łzy, przepychanki, kuksańce, zgrzytanie zębów i pokrzykiwania. Gdy wycieczka dobiegła końca, mama z przodu, chcąc chyba pocieszyć siebie i mnie, powiedziała, - ach, to tylko dzieci. Byłam wystraszona, bo w marszu do szpitala ptaków widziałam już te dzieci za kilka lat. Wtedy już ustawią się same, nie będzie pani, która porozdziela łobuzów między grzeczne dzieci, nie będzie też mam, które będą się starały nad wszystkim zapanować. Wtedy wyścig wyruszy na dobre.
Kolejność to wszystko….
* * *
Po wycieczce przestałam o tym myśleć, a przygotowania do wakacji zakończyły temat.Wreszcie! Jedziemy do Polski, siedzimy w aucie już od ośmiu godzin. Jeszcze chwila i przekroczymy granicę.
- Mama, w jakim kraju jesteśmy - pyta mój chłopiec po raz setny.
Wreszcie mogę udzielić mu innej odpowiedzi.
-Jeszcze w Niemczech, ale za chwilkę wjedziemy do Polski.
- Jejku, ale te Niemcy wielkie….
-Wiem - wzdycham.
Faktycznie jeszcze chwilę i wjeżdżamy. Jest już ciemno, ale droga wydaję się tak przyjemnie znajoma. Nagle, gdzieś za naszymi plecami rozbłyska wielkie, olśniewające światło. Powoli, ale stanowczo zaczyna nas wyprzedzać ogromna ciężarówka. Wydaje przy tym taki dziwaczny dźwięk, jakby ryk wielkiego, dawno wymarłego już zwierzęcia. No tak – kolejność. Przypomniał mi się Haile Selassie i wycieczka szkolna. Właściwie nie wiem, czy to kwestia kolejności. Tutaj przecież nikt niczego nie ustalał. Ważne jest tylko to, by być przed tym z przodu. Jak gdyby pędziło się za czymś niewidzialnym. Mój mąż nie zna tej reguły i czasem tylko lekko kręcąc głową przygląda się tym wyścigom do nieistniejącego celu. Czasem wstrzymujemy oddech, bo kolejność staje się ważniejsza od bezpieczeństwa. Szalony kierowca wyprzedza nas, a ja na jego tylnej szybie mogę przeczytać – Uwaga dziecko! Kto powinien uważać?
Dojeżdżamy do przejazdu kolejowego, szlaban zamknięty a noc rozbłyskuje co chwilę czerwonym światłem. Ten błysk, jak świetlista czkawka powtarza – dalej nie pojedziecie, teraz musicie czekać… Stoimy tak, a ja patrzę na nalepkę na szybie i na ciężarówkę. Na co te wyścigi, na co ryzykowanie życiem, aby znaleźć się w dokładnie tym samym miejscu gdzie ci, którzy się nie ścigają?
AS