środa, 31 marca 2010

Drzewo – koniec historii


Na schodach mija mnie kobieta. Znam ją. To sąsiadka moich rodziców, mieszka piętro wyżej. Wieku jej nie da się już określić. Ona ma 1000 lat i nie ma ich wcale. Ona istnieje, ale jakby już jej nie było. W obu rękach niesie plastikowe torby z zakupami. Uprzejmie witam się z nią. Ona patrzy na mnie ukradkiem i rzuca mi szybkie dzień dobry. Widzę, że ma mokre policzki. Idzie dalej, nie spieszy się, ale i tak mam wrażenie, jakby się przemykała. Jej kroki są ciężkie, cięższe niż innych ludzi. Nim zamkną się za nią drzwi, słyszę jeszcze przeciągłe westchnienie. Osób, które aż tak cierpią, nie zatrzymuje się, nie pyta się – co słychać? Nie obiecuje się, że jutro będzie lepiej. Bartek zginął kilka miesięcy temu w wypadku samochodowym.
Matka, która straciła dziecko, sama jakby umarła. Wspina się na trzecie piętro. Kluczem trafia w zamek, otwiera drzwi, ale robi to machinalnie, zupełnie bez udziału świadomości. Robi to, bo nie może przecież zostać na klatce schodowej. A może powinna, bo jeśli wejdzie do domu, to co dalej… Ta przerażająca konieczność wykonywania kolejnej czynności. Wchodzi i zamyka za sobą drzwi. Jeszcze tak niedawno to mieszkanie było takie malutkie, a teraz wydaje się być wielkie, tak przerażająco wielkie i puste. Czasem jednak potrafi skurczyć się do rozmiarów orzecha i wtedy przygniata z każdej strony. Chciałaby krzyczeć, ale nie może nabrać powietrza. Teraz nie ma już nic stałego poza tą świadomością, że kogoś już nie ma.
Rzuca torby na szafkę w kuchni, a może kładzie je bardzo powoli. To nie ma znaczenia, tak jak i zawartość tych toreb wydaje się być pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Siada na małym krzesełku. Zamyśla się, a po policzkach nadal płynął łzy. Łzy spokojne, bo wiedzą, że nic nie zmienią, a płynąć przecież muszą. Czasem wydaje jej się, że płyną bez udziału jej woli. Tak jakby jej ciało, choć w ten sposób chciało ulżyć duszy, a może to ta dusza płacze…
Pamiętam go. Był kilka lat młodszy ode mnie. Nie bawiliśmy się razem w piaskownicy, ale pamiętam chłopca, który stawał się mężczyzną, gdy mnie już nie było w Polsce. Jednak nie stał się nim, bo na jego drodze pojawiło się drzewo, ogromnie i niewzruszone.
Powoli wstaje i zagląda do siatek, tam jest chyba coś na obiad. Trzeba się zebrać, jest jeszcze mąż, jest córka. Choć wydaje jej się, że umarła, ma jednak jeszcze dla kogoś żyć.
Ta kobieta była zawsze roześmiana, radosna i nie mogła się nadziwić, jak szybko rosną moje dzieci. Teraz już się nie uśmiecha, nie dziwi. Teraz po korytarzu przemyka jej duch, jakby chciała się ukryć przed wszystkim i wszystkimi. Jakby chciała ukryć się sama przed sobą. Potem zmusza się do działania, na chwilę wraca do życia, ale to za bardzo boli, i potem znów znika...
Tylko w tym roku, w czasie wakacji, na polskich drogach zginęło prawie 1000 osób!
AS

wtorek, 30 marca 2010

Krótka rozmowa z sąsiadką



Nasze dwa szkraby od jakiegoś czasu spędzają bez mamy i taty przynajmniej dwa tygodnie. Są wtedy u moich rodziców w Polsce. Ja tęsknię za nimi przeogromnie, ale taki pobyt bardzo dobrze wpływa na ich relacje z dziadkami i w cudowny sposób szlifuje ich język.
Podczas mojego ostatniego, takiego właśnie „samotnego” pobytu w Holandii, zaczepiła mnie przy drzwiach sąsiadka pytaniem, gdzie są dzieci. Wyjaśniłam. Spojrzała na mnie jak na kosmitę.
- Tak daleko, bez mamy i taty, moje wnuki nigdy, moje dzieci by tak nie potrafiły!- stwierdziła z wyrzutem.
Od razu poczułam się oceniana… gorzej- krytykowana. Zamiast uśmiechnąć się i odejść do swoich spraw, zaczęłam się tłumaczyć. To, o moich rodzicach, sąsiadka przyjęła ze zrozumieniem, w końcu sama jest babcią. To, o języku- już mniej.
- Właściwie- dodała przeciągle - dobrze jest znać dwa języki, ale chyba już lepiej jakiś inny, bo ten polski to taki mało ważny…
AS

Chwila dla siebie


Kiedyś mąż przyniósł mi artykuł wyrwany z jakiegoś dziennika, mówiący o tym, że studiujące mamy to top kobiety. Bardzo mi to pochlebiło, taki prasowy komplement. Artykuł przeczytałam i schowałam do szuflady. Taką mamę i studentkę swobodnie można porównywać się z cyrkowym akrobatą. Z tą tylko różnicą, że akrobata wisi gdzieś pod sklepieniem kolorowego namiotu w fantastycznej pozie, a mama zazwyczaj ląduje koślawie w dziwacznych miejscach z jeszcze dziwaczniejszymi rekwizytami. Kiedy sama znajdę się w takiej sytuacji, wstaję, otrzepuję ciuchy, układam zwichrzone włosy i uśmiecham się trochę niepewnie. Może bez gracji i wyczucia, ale znów udało mi się wylądować tam, gdzie chciałam. Czasem ktoś mnie pyta, jak ja sobie radzę. Dzięki pomocy najbliższych nauczyłam się być w kilku miejscach jednocześnie… no prawie…
Budzik - rozlega się wściekła muzyka Led Zeppelin, która dla mnie i tak zawsze będzie się kojarzyć ze Śnieżką z trzeciej częścią „Shreka”. Zaczynam nowy dzień. Za chwilę trzeba obudzić dzieci. Zanim to zrobię, sprawdzę jeszcze w głowie i w komórce plan dnia, aby czegoś nie zapomnieć (Chwała współczesnej technice!). Potem szybki prysznic, aby zmyć resztki ochoty na jeszcze choć małą chwilkę drzemki.
Budzę dzieci, choć sama czuję się jeszcze trochę „nocna”. Wstają, a ja szykuję dla nich ciuchy, dobudzam się, nie mam wyjścia. Córka zawsze kręci nosem, więc każdy element garderoby negocjujemy. Udało się. Teraz na dół. Trzeba zrobić śniadanie i jedzenie do szkoły. Krzyczę, aby nie zapomniały o umyciu zębów. Dziś środa, więc „gym”, na co wciąż jeszcze mówię „wuef”. Zaraz… czyli jeszcze do torby syna trzeba wrzucić trampki, koszulkę i spodenki. Trenuję z dzieciakami plan dnia, aby wszyscy wiedzieli, co nas dziś czeka. Jedziemy do szkoły. Jeszcze tylko włosy córki. Wydała mi instrukcje, więc wiem, co mam robić - szczotka, gumeczki, spinki.
Jedziemy. W aucie muzyka Pana Tik Taka. Cieszę się. Razem śpiewamy:
„…kto zębów nie myje, ten ma kłopoty….”
Dzieciaki w szkole, więc pędzę dalej, ale najpierw trzeba jeszcze pomachać pod oknem. To codzienna tradycja tej szkoły. Macha się tak od pierwszej do czwartej klasy, aż dzieciaki w końcu same stwierdzają, że są na to za stare. Ja jeszcze jakiś czas będę to robić. Stoję więc z innymi mamami i macham. Najpierw przy oknie klasy córki, potem syna.
Teraz sklep, brakuje mleka, jogurtu i chleba. Resztę kupię jutro na targu. Lecę do domu. Chwila na kawusię. Muszę zabrać się za kończenie pracy na uniwersytet. Muszę przeczytać artykuł. Jeszcze tylko poodkurzam i siądę do pisania. Właściwie przydało by się też wytrzeć podłogi . Zadeptało się kilka mokrych śladów nakapanych przez umyte rączki dzieci. A może to coś innego? Trudno zidentyfikować. Tak, jeszcze to i siądę…. O, zmywarka skończyła! Wyjmę cieplutkie jeszcze naczynia, a brudne załaduję. Kuchnia będzie wyglądała dużo lepiej. Jeszcze tylko pralka, bo tego też się nazbierało. Nie wiadomo gdzie i kiedy. Jej, ale te półki zakurzone! – nie, to zrobię później. Głodna jestem. Czy ja jadłam śniadanie? Za chwilę…. Odsapnę przy kawusi. Zaraz, a ta dziura w swetrze? Jeszcze tylko to zrobię. Przy okazji zaszyję też rozdarty nos przytulanki, zanim ta do końca straci wszystkie wełniane wnętrzności. A co na obiad? Trzeba coś wyjąć z zamrażalnika. Ale to później. Siadam do komputera, a tam już czeka e-mail od promotora. W pierwszych rozdziałach sporo błędów, trzeba poprawić. Ojej! Koniec marudzenia!. Zabieram się za czytanie. Fantastyczny artykuł, ale trzeba się dobrze skoncentrować, aby czegoś nie przegapić, bo bardzo trudny. Czytam! Która godzina? Ojej, musze zrobić jedzenia dla syna! Dziś zostaje dłużej w szkole, bo ma pierwsze zajęcia klubu szachowego. Jadę z jedzeniem do szkoły. Zostawiam mu, daję jeszcze buziaka i pędzę z córką, bo impreza urodzinowa u koleżanki. Teraz do domu. Nic już nie zrobię, tylko kawusia. Potem po syna, bo szachy tylko godzinkę… Znów do domu… Może kawusia? Nie, która to już z kolei? Może mi zaszkodzić. Teraz usiądę i poczytam, może też coś napiszę.
- Mama, mama chodź zobacz, co zrobiłem!
- Już idę…
Jeszcze godzinka i po córkę…. Ja się załamię!…. Nie, wcale nie! Dam radę!!! Siadam przy biurku i grzebię w szufladach. Gdzie był ten artykuł? Wyciągam go i aby nie zapomnieć treści, przyklejam do tablicy nad biurkiem. W końcu jestem przecież top. Dzień się jeszcze nie skończył…
AS