sobota, 15 czerwca 2013

Zwykły dzień




Budzę się i jeszcze przez chwilę, choć budzik zgłasza już swój sprzeciw, jestem w świecie kolorów, poezji i muzyki. Nie śpię, ale jeszcze przez chwilę myślę, że śnię. Pamiętam wędrówki, słowa i dźwięki. Potem dzień wymiata kolory, metafory, tony i półtony. Jeszcze przez chwilę moje myśli tańczą i prawie czuję miękkość chmur pod stopami.  Z wolna świat staje się wyraźny, codzienny i taki zwykły.
Otwieram oczy i nie przychodzą do mnie goście z Akwinu i Asyżu. Pan Cogito, też nie zadaje już trudnych pytań. Nikt nie udziela odpowiedzi, chyba, a może ja nie słucham. Pomrukują tylko w zamyśleniu, choć nie to jednak ja. Promień słońca niczym szpada rozcina zasłony.
Potem do szkoły i znów te małe rozstania, tylko do południa, ale to już inny świat.  Nie rozmawiamy o tym, bo to zwykłe. Jednak od rana do każdego popołudnia dzieci się zmieniają. Znów są starsze, mądrzejsze i bardziej doświadczone.
A może dziś do fryzjera? Raz na wieki, bo już nie te czasy, już nie można sobie pozwalać.  Pozbędę się srebrnych dowodów przemijających dni.
W drodze do domu drzewa w białych kolanówkach, które odstraszają insekty, stoją na straży tego, co niezmienne.
Chwila przy kawie i program w telewizji. Sto uśmiechów Mona Lizy, a ona wybrała ten i tak już zostało. Sklepienia budowli i te w głowie odsłaniają swe sekrety.
Wsparta na parapecie okna wypatruję motyli, choć czasem zdarza mi się zaglądać do środka. Dopisuję wtedy historie do nie zawsze istniejących twarzy i istniejących wnętrz. Pieczołowicie dbam o happy endy.  
Przychodzi listonosz ze stertą rachunków, opłaty za bycie i nie bycie, za jasność, czystość, za to, że tu na chwilę i trochę tam, bo opony, bo koła, bo szyba; a opłata musi być. Dach przecieka a pralka toczy bęben przez kolejne góry wspomnień, zup, błota i farb.
Codzienność!
Gdy wycieram podłogę, królowa puka w mej głowie i prosi o kolejny rozdział. Jeszcze chwilę, już pędzę. Na zakupach książę chce dobyć miecza a tu tylko pomidory, chleb i mleko.
Literatura w stertach leży i tylko świadomość jej posiadania poprawia nastrój. Zawartość nadal pozostaje wędrówką hieroglificznych mrówek. Na stole wyleguje się bezczelnie ryza białego papieru i swą czystością podkreśla wyrzuty sumienia.
Nagle przychodzi do mnie chłopiec, prawie mężczyzna, już nie dziecko. Strzela palcami i gubię się w mijających dniach, a przecież tak bardzo pilnuję. On natomiast niebezpiecznie piszczy, jakby rozmawiał z nietoperzem a to tylko muzyka nowego czasu.
Odkurzacz warczy!
Ząb rusza się tak bardzo, że trzyma się dziąseł córki już tylko siłą jej woli. Jeszcze dziś się rozdzielą. Potem będzie nowy, ten który doświadczy jej dorosłego życia.
No i zaczyna padać. Deszcz z chmury wcale nie wysoko zwieszonej przekłamuje barwy odzieży i figlarnie kręci włosy.
Wieczorne cienie tak realne, że aż nie wiadomo, czy należą do ludzi, czy ludzie do nich.
Telewizor rozdarty wiadomościami o śmierci kolejnego dziecka. Żadna świeczka nie znieczula okrutnej sytuacji.
Układam włosy i słowa w kolejności z nadzieją, że znajdą sens, że mnie zrozumieją a potem już się gubię. Słowa ze swym wewnętrznym światłem przenikają, ale jeszcze trochę niezgrabnie. W torebce notes na myśli do niezapomnienia. Na głowie nieład.
            Do wieczora rozwiązuję moją polsko-holenderską krzyżówkę a hasło nadal pozostaje niewyraźne, pionowo, poziomo i na ukos, też się nie udaje.
            Atrament łzawi, dzień dobiega końca. Zsunięte ramiączko odsłania pierś a może serce? A pytanie pozostaje, które z tych snów są wielkie a które małe. 
AS

niedziela, 9 czerwca 2013

Zatrzymana chwila



Jest takie jedno zdjęcie. Tak stare, że prawie samo siebie zapomniało. Już nawet nie jest czarno-białe, ponieważ tak wyblakłe. Teraz naśladuje trochę zawstydzoną sepię. Na niewielkim prostokącie papieru zapisana historia.  Dla świata wcale nie jest ważna, tylko dla mnie. A może taka jest właśnie najważniejsza, bo ma wyraźną twarz i nie spisują jej w książkach. Liczba pojedyncza zawsze jest bardziej czytelna niż mnoga. Może ważniejsza, bo namacalna w równych rzędach cegłówek a nie w monumentach na skwerach, omijanych bez uniesionych spojrzeń.

Na zdjęciu nie wiele się dzieje. Jest tam dom murowany ze spadzistym dachem i okno i płot, a wszystko pełne nieopowiedzianych historii. Ściany w jakiś szalony sposób przypominają ciasto, może dlatego, że zmienia się z czasem i kolejne pokolenia pozwalają mu rosnąć.

Trochę bliżej dostrzegam drogę, wiem dokąd prowadzi, cel nie zmienił się na przestrzeni lat. Całkiem blisko, na skraju papieru wyraźnie widzę mężczyznę. Siedzi na rowerze. Zatrzymał się, lecz jest gotów do dalszej drogi. Pochwycił chwilę na wiele lat utrwalony w papierze. Ramka ogranicza wspomnienia, przecież poza nią tak wiele przeminęło. On pozostał i trwa, mimo że skóra fotografii też pokryła się zmarszczkami. Pęknięcia czy zmarszczki, przypominają mijające chwile. 

Mężczyzna jest moją przeszłością, gdy mnie jeszcze nie było, był on, dlatego teraz jestem ja. Nie patrzy na mnie, spuszczony wzrok koncentruje na drodze. Koła za chwile ruszą, tylko fotograf skończy pracę. Rozświetlone włosy rozwieje wiatr. Lekko rozchylone usta dokończą zdanie wypowiedziane osiemdziesiąt lat temu.

Pytam tatę, czy wie, dokąd zmierza dziadek na tej fotografii. Mnie wtedy nie było jeszcze na świecie odpowiada, ale może jechał do sklepu lub pracy. Oczami wyobraźni pozwalam ruszyć rowerowi. Młody mężczyzna otrząsa ramiona z ciężaru światłoczułego papieru. Podąża do pracy, ale co tam robił? Dobrze, a zatem do sklepy, niech kupi chleb, herbatę i takie cukierki, których już dziś nie można kupić. Potem wróci do domu tą samą drogą, ale fotografa już tam nie będzie i już tej chwili nie zachowa dla mnie.

Co lubił robić, czy czytał książki, jaka była jego ulubiona potrawa, czy śpiewał? Czy wierzył w marzenia i czy mu się spełniały? Co go bolało, czy był okrutny a może kochał bez pamięci? Tak blisko a tak bardzo nie wiem. Fotografia coś przypomina, choć wszystko już się zmieniło.

Dom stoi tam gdzie stał i nadal mieszka w nim ciepło, ale nie ma już ani tego płotu, ani roweru, ani mężczyzny. Kolejne pokolenia tworzą nowe opowieści. A dziadek patrząc na drogę przed siebie w mej wyraźni widzi właśnie to, co dziś się dzieje. 

AS

środa, 5 czerwca 2013

Przepraszam, że co?


Ileż było wątpliwości i pytań w chwili, gdy moje dzieci zaczęły mówić. Tak bardzo obawiałam się dwujęzycznych sytuacji. Nie wiedziałam, jak to będzie, gdy w naszym całkiem codziennym życiu pojawią się niderlandzkie słowa, których nie będę rozumieć. A co zrobić z tymi słowami, których nadal nie potrafię wypowiedzieć? A dlaczego moje dzieci nie chcą między sobą rozmawiać po polsku? Pytania się mnożą, ale i odpowiedzi pojawiają się same, bo tak to już jest w życiu.
Dzieci dorastają a ja już dawno przestałam się bać tych lingwistycznych zawirowań, ponieważ każdy dzień przynosi całkiem inne wyzwania. Czasem irytuję się, gdy mówię jakieś słowo niepoprawnie, ale tak samo irytuję się, gdy szklanka rozbija się o twardą podłogę. To już nie stanowi wyzwania. Rozumiemy się i to jest nasz sukces.

Mój sukces tylko do chwili, gdy syn wchodzi do pokoju i już w drzwiach krzyczy:
- Mama zobacz, ja już rozumiem!
- Co rozumiesz?
- Poparz – wskazał palcem stronę papierową reklamówkę sklepu, w którym sprzedają ogrodowe baseny. - Widzisz, ja wiem ile tu się zmieści metrów sześciennych wody. Łatwizna! Patrz tu masz długość, to mnożysz przez szerokość a potem jeszcze przez głębokość. Patrz tu mnożysz to przez to i ci wychodzi dwieście. Potem to dwieście mnożysz przez czterdzieści i masz osiem tysięcy. No i tyle masz litrów. No, a wiesz, że jeden litr jest to samo, co 1 decymetr sześcienny i tu odciągasz te zera i ci wychodzi, że osiem metrów sześciennych.
- ?
Nie bardzo wiem, co właśnie usłyszałam i ogarnia mnie przerażenie, że całkiem nieświadomie byłam w śpiączce i coś przegapiłam. Jak ogarnąć pojemność basenu, pojemnością mego nie matematycznego mózgu? Jak ogarnąć to, że on potrafi – łatwizna.
Gdy pierwszy szok minął i przyjęłam z pokorą świadomość, że nie każdy musi mieć w głowie kalkulator, jak grom z jasnego nieba spadł na mnie kolejny wstrząs. Komputer! Nie ma życia bez komputera, to wie każda mama dorastającego chłopca.
- Mama to łatwe, słuchaj: musisz ściąć drzewo i masz drewno. Potem musisz zrobić deski a z nich musisz zrobić workbench. Tam masz dziewięć bloków do craftingu a w inventory tylko cztery.
- Czekaj, co jest inventory...
- Jak klikniesz na E to tam masz inventory i widzisz, co ty masz, co zabrałaś i takie tam.
- ?
- Jejku nie rozumiesz? Masz deski z drewna a je masz w małym craftboxie i w ten sposób masz pierwszego craftboxa. Potem możesz zrobić dużego craftboxa, ale to musisz już robić sama właśnie z małego. A wiesz, co jeszcze jest fajne, nowe modsy.
-?
- Jest ich całe mnóstwo. Herobrine mod, explosief +mod, slender mod, mutant enderman mod i more explosive mod, ale ja najbardziej lubię explosive + mod i more explosive mod, te są najlepsze. Wiesz, czemu? Bo masz dużo wybuchów, TNT wiesz takie rzeczy wybuchowe i, i, i - widzę, jak bardzo się rozpędza - i masz bombę atomową, i granaty dymne i jeszcze rocket launcher. Tam masz jeszcze bomby z lawy, C4 i jeszcze takie bomby, które wybuchają, potem jest 9 C4 i one też wybuchają i masz time bom. O i jeszcze tam jest bazooka!
Potem zaczął wymieniać rodzaje TNT, ale już się całkiem pogubiłam. Może gdyby nie szok spowodowany ilością niezrozumiałych słów, zaczęłabym dyskusję na temat brutalności, wybuchów i wielu końców cyfrowego świata, ale nagle poczułam się bardzo stara. Przełóżmy to na inny dzień.
Środy też są pełne słów z jeszcze innego świata. Mój syn uczęszcza na zajęcia kółka szachowego. Gdy już ogarnia mnie radość, że wiem, co to hetman a co wieża i jak się poruszają, odbywa się kolejna rozmowa, której nie spisałabym bez pomocy tłumacza.
- Dziś na szachach zrobiłem związanie z królową.
- Co zrobiłeś?
- Wygrałem z Kacprem w szachy. A wiesz jak ja? Stawiam tak, że nie można nic zrobić. W końcu zrobiłem szach mat przeciwnikowi, królową zbiłem pionka a królowa była zakryta gońcem. – Na niewidzialnej szachownicy zawieszonej w powietrzu, kreśli miejsce wszystkich figur.
- No i co wtedy?
- No i był szach mat! To chyba oczywiste!
-?
Oczywiście staram się poznawać słownictwo szachowe, przeszukuję Internet za wyjaśnieniami i zaczynam pojmować matematyczne wzory, chwilami nawet wydaje mi się, że rozumiem, co to modsy. Jednak życie i zainteresowania dzieci zmieniają się tak szybko, że gdy już wydaje mi się, że wszystko pojmuje, pojawiają się nowe i wszystko zaczyna się od początku.
Sytuacje dwujęzyczne? Jakie sytuacje dwujęzyczne?
AS

poniedziałek, 3 czerwca 2013


JUŻ JEST!!!

"Słowa do użytku wewnętrznego"

"Voedsel voor de ziel"

Wydawnictwo PNKV

 

piątek, 26 kwietnia 2013

Yorick van Wageningen, Holender w Ameryce

Dla http://www.lejdizmagazine.com/



            Pielgrzymka do Santiago de Compostela dla czwórki bohaterów filmu "Droga życia" staje się okazją do uporania się z własnymi demonami, słabościami i przeszłością. Tom, Sarah, Jack i Joost mają do przejścia 150 km, traktem nazywanym drogą do gwiazd. Każdy krok przybliża ich do prawdy o sobie i innych.
            Obraz ten jest interesującym projektem ojca i syna; za kamerą stanął Emilio Estevez a w roli Toma wystąpił Martin Sheen.
            Każdy z bohaterów ma inny problem. Mimo, że idą tą samą drogą, każdy podąża w innym, wyznaczonym przez siebie, celu.  Z tego właśnie względu można by bardzo długo opowiadać o tym filmie. Oglądając go, widz zaczyna zadawać sobie wiele pytań. Nie są to jednak pytania dotyczące treści, twórcy nie pozostawili wiele miejsca do interpretacji, na ekranie wszystko jest stosunkowo przejrzyste. Nie ma potrzeby zagłębiać się w psychikę bohaterów, gdyż oni sami bez większych oporów werbalizują swe problemy, analizują je i w ten lub inny sposób starają się rozwiązać. Nie trzeba się domyślać za wiele, ale może i nie o to w tym obrazie chodzi. Pytania pojawią się ze strony widza, ale o nim samym. Czy wybrałabym się w taką wędrówkę, czy podołałabym trudom i z czym chciałabym się uporać? Czy przejście tych kilometrów uśpiłoby moje demony i ból? 
            Film w jakimś sensie również mówi o tym, że nigdy nie jest za późno, choć tak naprawdę jest już za późno. Poznajemy historię ojca, w tej roli Sheen, który zbliża się do swego syna. Niestety robi to dopiero po śmierci swego dorosłego dziecka. Wędrówka sprawia, że otwiera się na życiową filozofię zmarłego, w rolę którego wcielił się sam Estevez. Bohater poznaje syna, gdy go już nie ma. Trudno jest oceniać takie postępowanie, szczególnie, że najprawdopodobniej ojciec nie zwróciłby się w stronę swego dziecka, gdyby ten nie zginął. Może tak całkiem po prostu czasem nie ma już wyboru i to życie decyduje za nas.
            W pewnej chwili naszła mnie myśl, że być może ta droga w jakiś przedziwny sposób jest też symbolem zatrzymania się. Od początku do końca bohaterowi idą, ale wciąż odczuwa się, że tak naprawdę zatrzymali się by z pewnej perspektywy spojrzeć na swe życie.
             Opowiadam o "Drodze życia”, ponieważ właśnie ten film spowodował, że zainteresowałam się bliżej holenderskim aktorem Yorickiem van Wageningenem. Jest on odtwórcą postaci Joosta, Holendra, który wyruszył w drogę, aby pozbyć się zbędnych kilogramów. On również sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z aktorami, którzy grają za granicą swego państwa i wcielają się w postacie będące do jakiegoś stopnia reprezentantami krajów ich pochodzenia. Czy wcielanie się w role powielające stereotypu daje satysfakcję? Od razu pojawiło się też pytanie, jak Amerykanie przedstawiają Holendrów, ale to chyba temat na kolejny artykuł. 
Oczywiście granie pociesznego, trochę gapowatego Holendra pewnie mniej nastraja do tego typu rozmyślań niż Polaka pijaka i złodzieja. Van Wageningen stworzył postać bardzo ciepłą. Yoost jest prostym i pozbawionym górnolotności człowiekiem, który boryka się ze swymi problemami i ta zwykłość wzrusza jeszcze bardziej. Jakiś sarkazm podszyty moim emigracyjnym życiem podpowiedział mi, że prawdopodobnie gdyby z Sheenem w podróż wybrał się Polak lub Rosjanin, całą drogę do Santiago de Compostela szedłby pijany i być może cierpiąc na kleptomanię pozbawiłby swych współtowarzyszy wszystkich kosztowności.
            Yorick van Wageningen, to bardzo interesująca postać. Urodzony w Holandii, w Baarn 16 kwietnia 1964 jest jednym z niewielu holenderskich aktorów, którzy odnieśli sukces w Ameryce. Mimo, że nie jest to dla mnie wyznacznikiem talentu, niestety często oznacza dostępność aktora szerszej publiczności.  Van Wageningen jest doświadczonym aktorem telewizyjnym i teatralnym. Jedna ze sztuk w której występował, "Całkowita strata”, została przeniesiona na duży ekran. Film ten nie zyskał dobrej prasy w Holandii, ale za granicą odniósł znacznie większy sukces. W Ameryce zobaczył go Steven Spielberg, który w owym czasie kompletował obsadę do swego filmu "Raport mniejszości". Yorick zachwycił go tak bardzo, że zaproponował mu jedną z głównych ról. Potem wydarzyło się coś, co pewnie śni się aktorom tylko w najgorszych koszmarach. Okazało się bowiem, że coś jest nie tak z pozwoleniem o pracę aktora w Ameryce i koniec końców Van Wageningen nie zagrał w tym filmie.
            Niedługo potem otrzymał rolę w melodramacie "Bez granic" i wystąpił obok Angeliny Jolie i Clivea Owena. Od tego czasu można go regularnie oglądać w amerykańskich produkcjach. Zaprzestał za to występować w niderlandzkich filmach aż do wzięcia udziału w "Ostatniej zimie wojny", filmie dla młodzieży o którym pisałam w jednym z mych wcześniejszych tekstów.
            Niezapomniana rola Yoricka to z pewnością postać Nilsa Bjurmana w amerykańskiej wersji „Dziewczyna z tatuażem", filmie nakręconym na podstawie bestselerowej powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" autorstwa Stiega Larssona. Niestety ze względu na stworzoną przez siebie postać, nie mógł on wzbudzić sympatii. Sam aktor opowiadając o występie w tym filmie przyznał, że to były bardzo ciężkie tygodnie i zagranie brutalnej sceny gwałtu dla wszystkich było wyczerpujące. Aktor zdradził za to, że postać Bjurmana w ekranizacji drugiej części Trylogii Larssona, będzie się różnić od swego książkowego pierwowzoru.  
            Jak już wspomniałam, niewielu jest holenderskich aktorów i aktorek, którzy zadomowili się w amerykańskich filmach. Przyglądając się, jak rozwija się kariera Yoricka Van Wageningena mogę zaryzykować twierdzenie, że jest jednym z nich i widzowie będą mieli przyjemność spotkać się z nim jeszcze wiele razy.
AS
(zdj. źródło internet)

Bardzo kolorowe spotkanie z polskimi poetami



Dla http://www.lejdizmagazine.com/

            Weszłam do niewielkiego pokoju, który na tę chwilę stał się przebieralnią i spojrzałam w twarze ośmiorga wystraszonych dzieci. Gdybym miała tak długie ramiona objęłabym wszystkie maluchy równocześnie. Prze głowę przemknęła mi myśl, pewnie one nawet nie wiedzą ile mnie nauczyły, zapamiętując wiersze Jana Brzechwy i Wandy Chotomskiej. Ile myśli może wywołać dziecko recytujące polskich poetów a mieszkające na obczyźnie... No tak, tak naprawdę dla tych właśnie maluchów Holandia jest ojczyzną a uczą się wierszy w języku jednego, lub obojga swych rodziców.
            Tydzień przed Wielkanocą Polska Szkoła w Utrechcie wzięła udział w Wierszowisku.
Impreza ta odbyła się już po raz XIII w Centrum Kulturalnym w Malden. Co roku polskie szkoły w Holandii przygotowują się do tego występu. Dzieci uczą się wierszy, nauczyciele opracowują scenariusze przedstawień i starają się opanować sytuację na próbach a rodzice pomagają, pomagają, i jeszcze raz pomagają.
            W tym roku nie wygraliśmy. Co prawda nie wróciliśmy do domów z pustymi rękami, ale jak zawsze w takich sytuacjach pozostał niedosyt. Wśród nieznajomych widziałam rozczarowane i zapłakane dzieci. Rozumiem to, ponieważ wiem też, ile pracy to przedsięwzięcie kosztowało wszystkich. Każdy pragnie uznania za swą pracę.
W tym Wierszowisku wzięłam udział w „podwójnej” roli. Byłam mamą ale i nauczycielem z Polskiej Szkoły w Utrechcie. Moim priorytetem stało się pokazanie dzieciom, że językiem polskim można się bawić. Nie chciałam, aby to była droga po puchar a możliwość poznania czegoś nowego. Równocześnie chciałam, aby nauka wierszy i sam występ stały się szansą dla dzieci, by sobie i innym coś udowodnić. Zapamiętywanie było pretekstem do poznania nowych słów, ale i pokazania najmłodszym, że mogą być dumne z korzeni swych rodziców.
            Przygotowania były próbą przyjaźni, troski i dowodu na to na kogo można liczyć. Dzięki spotkaniom w szkole miałam okazję bliżej poznać cudownych rodziców moich uczniów. Razem planowaliśmy i wciąż przychodziły na do głów nowe pomysły. Wtedy też przekonałam się, jak ważna jest pomoc i ciepłe słowo.
            Gdy dzieci wychodziły na scenę oświetloną reflektorami na chwilę czas się zatrzymywał, lub może właśnie cofał. Dzieci pokazywały nam, prawie wytykając palcem, skąd pochodzimy, jak ważny jest język polski i to by pamiętać gdzie są nasze korzenie.
            Najpierw na scenę wyszła Angelique. Drobna pięciolatka wyrecytowała wiersz Jana Brzechwy "Tańcowała igła z nitką". Nauka wymowy niektórych polskich słów kosztowała ją bardzo dużo wysiłku, ale się udało.
            Gdy Angelique skończyła mówić, wszyscy biliśmy jej brawo. Po chwili wymknęłam się z innymi dziećmi i Anią, która również jest nauczycielem w szkole w Utrechcie. Jej pomoc i spokój ducha były wsparciem od pierwszej próby. Popędziliśmy do przebieralni. Dzięki staraniom wszystkich po chwili z pokoju wyszedł piesek, potem sum i przekupka. To Zosia, Gerard i Wiktoria, oni też wystąpili w części indywidualnej. Poczułam, jak zmieniam się w mamę. Próby do Wierszowiska odbywały się nie tylko w szkole, ale i w domu, gdy razem z Zosią i Gerardem ćwiczyłam ich teksty.
            Oczy mojej dziewczynki ze strachu stawały się coraz większe. Widziałam, jak bardzo się boi, ale gdy zaproszono ją na scenę podniosła wysoko głowę i wkroczyła. Pomyślałam, że to właśnie jest odwaga. No dobrze, pomyślałam już później, bo w tej chwili byłam bardzo przejętą mamą.
            Na scenie znów zagościł Brzechwa. Zosia pięknie wyrecytowała "Psie smutki", pokazując widowni swe rekwizyty. Wtedy poczułam, jak trudno być nauczycielem i mamą w jednym... to prawie niemożliwe, mama zawsze wygra.
            Później na scenę wszedł Gerard i stał się sumem, który nie potrafi dojść do tego, czy zdoła w swym pojęciu odjąć zero od dziesięciu. Sam bardzo lubi matematykę i tekst wiersza go bawił. Żebym miał przynajmniej kredę! Zaraz, zaraz... Wiem już... Jeden! Nie! Nie jeden. Dziesięć chyba...
            Ostatnia z naszej szkoły wystąpiła Wiktoria, jako przekupka opowiadająca o kłótni warzyw "Na straganie". Razem ze swą mamą zadbały o piękny kostium. Koszyk, laska, czerwone policzki i chustka na głowie dopełniły obrazu.

            Po przerwie rozpoczęły się występy grupowe. Mieliśmy okazję obejrzeć 6 krótkich przedstawień. Gdy patrzyłam na wszystkie dzieci, pomyślałam, jak trudną pracę mają członkowie jury wśród których znaleźli się: Barbara Borys-Damięcka – przewodnicząca – reżyser teatralny i filmowy, Senator RP VII kadencji, Małgorzata Pacek – Konsul Ambasady RP w Hadze, Waldemar Pankiw – redaktor naczelny PNKV oraz Łukasz Wierzbicki – pisarz i autor książek dla dzieci.
            Zastanawiałam się, jak oni wybiorą zwycięzców? Przecież wszystkie przedstawienia były na bardzo wysokim poziomie a dzieci cudowne.
            Nasza szkoła wystąpiła z przedstawieniem "Kłótnia barw". Wiktoria była malarką, której kredki zaczęły się kłócić, o to która jest najważniejsza i nie chciały wspólnie rysować. Reszta uczniów przebrana za owe kredki opowiadała, dlaczego właśnie dany kolor zasługuje na największe uznanie. Na końcu malarka stwierdziła, że skoro świat jest tak kolorowy to i jej podopieczni mogą się w końcu pogodzić.
            Mottem naszego przedstawienia były słowa fioletowej kredki:
” Cóż to? Cóż to? Pomysłu żadnego?
Czas na coś żartobliwego
Tak się nie da żyć, bo życie wesołe na całego musi być"
            Na widowni zasiedli również Holendrzy, zazwyczaj dumni tatusiowie. Również dla nich był to miły dzień. Choć ze sceny padło wiele niezrozumiałych słów, wiedzieli, że ich pociechy robią coś niezwykłego.
            Nie wygraliśmy, ale chyba wszyscy uczniowie i rodzice z naszej szkoły wrócili do domów zadowoleni. W naszej holenderskiej rzeczywistości zrobiliśmy coś polskiego. Coś co dla uczniów, ich rodziców i nauczycieli było ważne. Dzieci tego nie zapomną. Bawiliśmy się naprawdę dobrze i to było dla nas najważniejsze. Ponadto najmłodsi mieli okazję przekonać się, że w Holandii jest wiele dzieci, tak samo jak one "podwójnych"; polsko-holenderskich.
            Do domu wróciliśmy z trzema nagrodami. W swej kategorii wiekowej: Wiktoria zdobyła 3 miejsce, Gerard wyróżnienie a Sofia 3 miejsce w konkursie rysunkowy.
            Nagrodą dla mnie były z pewnością spotkania na próbach z dziećmi i długie rozmowy z ich rodzicami. Być może z czasem z głów najmłodszych uciekną wersy polskich poetów, ale słowa pozostaną.
AS
(zdj. autorstwa Pauliny Kiwały)