sobota, 26 maja 2012

Opowieść trzeciego stopnia...


Niewiele wiem. Niewiele pamiętam. Właściwie nic nie potrafię. Taka jest prawda. Jeszcze do niedawna nie spodziewałem się niczego, również niczego nie chciałem. Byłem, to wystarczyło.
Jestem już stary, natarczywie zaczynam to odczuwać każdą częścią mego istnienia. Drewniane deski, z których jestem zrobiony, oddalają się od siebie coraz bardziej, wpuszczając do wnętrza promienie słońca. Staję się jaśniejszy. Poznaję siebie od środka. Jednak razem ze słońcem do mego wnętrza dostaje się coraz więcej brudu, kurzu, piasku i ziemi. Pewnie taką cenę płaci się za możliwość spojrzenia w siebie.
Czuję, że właśnie teraz nadszedł czas, bym opowiedział moją historię. Wydaje mi się, że mam ponad sto lat, jednak całkowitej pewności nie mam. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że istnieje coś, co inni nazywają czasem. Istniejeczas… – co to znaczy? Wcześniej, czyli nie teraz, nie myślałem o tym; nie miało to znaczenia. Coś takiego jak wcześniej czy później nie istniało, nie musiało. Bardzo długo wszystko było teraz, a jeśli wykraczało ponad teraźniejszość, przepadało. To, że jest inaczej, uświadomiły mi moje dwie przyjaciółki czółenka w rozmiarze 36. Od nich zresztą dowiedziałem się znacznie więcej. Opowiedziały mi o świecie, który jest poza, znajduje się wyżej niż dziesięć centymetrów nade mną.
Istnieję przy ulicy Wiklinowej nr 9. To też wiem od przyjaciółek, bo natura ma nigdy nie pozwalała mi wychodzić na zewnątrz. Zewnątrz to dla mnie niezwykle intrygujące pojęcie. Przez wiele lat całym moim światem był parter kamienicy, a jedyne, co mnie określało, to moje jestem, nie liczyło się nic ponad nim.
Jestem trzecim stopniem na schodach parteru. Gdy pojawiłem się w kamienicy, byłem koloru drewna, z którego zostałem stworzony. Tak sądzę, bo od tamtego czasu wielokrotnie przemalowano nas wszystkie. Jednak im dłużej się zastanawiam, tym mniejszą mam pewność. Zapamiętywanie takich informacji w mym przekonaniu nie miało znaczenia. Teraz mi tego żal. Wiem za to na pewno, że jestem zrobiony z dębowego drewna. Skąd to wiem? Schody po prostu to wiedzą.
Obraz Ewy Kieńko Gawlik
Poniżej mnie istnieją dwa stopnie, a powyżej chyba dwanaście, ale tak  daleko nie sięga mój wzrok, więc muszę wierzyć słowom mych przyjaciółek,  które wiedzą o czternastu. Czasem staram się liczyć ich kroki i z tego wywnioskować,  ile nas jest, ale słuch mam już nienajlepszy, a one często przystają, więc gubię się w mych obliczeniach. Czy ilość ma znaczenie? Jeden więcej, dwa mniej? Czy schody byłyby takie same, gdyby mnie nie było?
Na parterze znajduje się sześcioro drzwi. Jedne prowadzą na zewnątrz, a za pozostałymi pięcioma mieszkają buty. Nie poznałem ich bliżej, bo prawie nigdy nie używają schodów. Nade mną na pewno jest znacznie więcej drzwi. Domyślam się tego z ilości butów, które codziennie się ze mną spotykają. W mej opinii znam je dość dobrze, nawet jeśli zbyt często nie rozmawiamy. Wiem, które są stąd, a które przychodzą tu tylko czasami. Teraz zwracam uwagę na wszystko, co się na mnie i wokół mnie dzieje. Zapamiętywanie stało się istotą mego istnienia. Tak jak wcześniej było nią zapominanie.
Pamiętam, są tutaj takie czarne lakierowane buty w rozmiarze 42, które wciąż chodzą w towarzystwie parasolowego szpica. Przychodzą zawsze czyste i błyszczące, ale są coraz mniej pewne. Ten, kto je zamieszkuje musi już długo istnieć, wyjaśniły mi to moje przyjaciółki. Ponoć, gdy buty się starzeją, używają parasola albo laski do podpierania się. To znaczy, nie gdy buty się starzeją, tylko istota, która w nich mieszka. Nadal to wszystko mi się myli. Nie tak dawno lakierowane buty rozmiaru 42 przystanęły akurat na mnie i parasol wbił się tak głęboko, że do teraz to czuję.
Widuję też tenisówki. Z nimi w ogóle nie można się dogadać, przemieszczają się bardzo szybko, zawsze jest im śpieszno. Niekiedy nawet nie mają czasu nadepnąć na wiele stopni. Może właśnie dla nich ilość nie jest ważna? Piąty stopień mówił, że tenisówki coś rzuciły na niego i to już na zawsze z nim zostało. Pomimo regularnego mycia. Pasjonujące! Regularne mycie. Tak, to lubią wszystkie stopnie. W niewielu kwestiach się zgadzamy, ale w tej jednej nigdy się nie sprzeczamy. Zazwyczaj myją nas kapcie, nie buty. To taka odmiana obuwia, która jest bardzo miękka. Przyjemnie się z nimi rozmawia, ale trudno się zaprzyjaźnić, ponieważ w dniu, w którym odbywa się sprzątanie, pojawiają się za każdym razem inne, nowe. Najpierw nas zamiatają z piasku i ziemi, a potem wycierają mokrą tkaniną. Ten materiał coraz ładniej pachnie. Przyjemne zdumienie tym, co tak zwyczajne, codzienne… a z czasem staje się niezwykłe. Niczego nie chcę pogubić, przeoczyć tego, co ważne. Fascynujący jest fakt, iż kapcie nigdy nie wychodzą za szóste drzwi, prowadzące na zewnątrz, dokładnie tak jak ja.
Butów jest wiele. Są takie na szpilkach, które chodzą szybko i dotykają nas tylko noskami. Znacznie rzadziej widujemy obcasy. Zdarza się, że buty na szpilkach przychodzą z innymi, różnymi, a później te towarzyszące odchodzą same. Buty mają dziwne zwyczaje.
Człapią też takie na grubej podeszwie. Nie lękam się ich, ale razem z nimi chodzą cztery łapy. To prawdziwa udręka wszystkich schodów razem i każdego z osobna. One to dopiero mają dziwaczne zwyczaje. Te ułapione, warczące stworzenia są takie nieznośne, istne utrapienie!
Bardzo długo tkwiłem w przekonaniu, iż buty to istoty, które zamieszkują wnętrze kamienicy. Jednak dzięki mym przyjaciółkom pojąłem, że do butów wchodzą istoty, które to w rzeczywistości mieszkają za drzwiami. W mym odczuciu to skomplikowane... Możliwość zmiany miejsca, daje im poniekąd prawo do uważania tego miejsca za swoje. Niestałość i ciągła zmienność czynią własność. Dlaczego nie to, co stałe…? Ale ja tak dumam i dochodzę do wniosku, że to jednak ma nieruchomość daje nam, schodom, większe prawa. My prowadzimy, wyznaczamy kierunek i pomagamy dotrzeć wyżej każdemu, kto na nas stanie.
Gdy czółenka opowiedziały mi o tym, że wszystko wokół się zmienia, porusza, przemieszcza, o tym, że istnieje świat poza, przypomniały mi się zdarzenia z mej przeszłości. Wróciło do mnie kiedyś; moje własne kiedyś

To było w nocy, wokół panowała ciemność, dawno temu, prawie na samym początku mego istnienia. Pamiętam przyjemny spokój do chwili, gdy przebiegły po nas ciężkie, skórzane buty. Przeczuwałem, że są złe. Chwilę później ze schodów zbiegły inne buty, próbując nie robić hałasu. Teraz wydaje mi się, że i my się staraliśmy, by tych butów nie było słychać, choć do końca nie wiem dlaczego. Chwilę potem już zupełnie nic nie słyszałem, żadnych kroków i nagle… Poczułem przepływającą przeze mnie energię. Potem to uczucie odeszło. Teraz już wiem, że stanęła na mnie jedna z tych istot, które mieszkają w butach, tyle że ona wówczas w nich nie była. Moje przyjaciółki mówią, że to możliwe, ale bardzo rzadko się zdarza. Potem ciężkie buty zeszły razem z grupą innych i już nigdy nie wróciły.
To fascynujące, że coś, co dzieje się teraz może wywołać wspomnienia tego, co wydarzyło się kiedyś. Świadomość ta wypełniła mnie nadzieją, że przypomnę sobie to, co kiedyś zignorowałem kiedyś. Niedawno przystanęły na mnie buty rozmiaru 37. Takie całkiem zwykłe, delikatne, na płaskim obcasie i tupnęły na cztery łapy, które nie chciały iść na górę. To tupnięcie przypomniało mi kolejne zdarzenie z kiedyś.
Było późno, ponuro i zimno. Dotknęły mnie buty w rozmiarze 43, trochę zaniedbane. Czuję, że ich nie lubiłem. Chwilę stały, potem tupnęły, a istota w nich coś krzyknęła. Po czym odwróciły się i odeszły. Gdy tylko zniknęły mi z pola widzenia, przystanęły na mnie inne buty, może nawet te same, które niedawno groziły czterem łapom. Stały nieruchomo i nagle, podobnie jak te większe, tupnęły, odwróciły się i poszły na górę. Nic z tego nie rozumiałem. Myślałem, że tak do siebie mówią. Teraz już wiem, że to było coś innego odchodzenie. Rozmawiałem z moimi przyjaciółkami i one mi wszystko wyjaśniły. Kiedyś buty większe tupiące i te mniejsze delikatne mieszkały razem, były dla siebie bardzo ważne. Jednak pewnego dnia te większe ponoć znalazły lepsze miejsce i tam właśnie odeszły. Słyszałem, że które tu zostały, bardzo cierpiały. Zatem odchodzenie boli. Mogę to sobie chyba już wyobrazić. Odchodzi się, tupiąc i cierpiąc. Odchodzenie jest głośne. Buty odchodzą, już ich nie ma, a czas płynie dalej.

Czas dla nas nie jest ważny, ważne są natomiast wymiary, to wie każdy. Stopień nie może być za wysoki, buty miałyby wówczas strapienie, z trudem się unosząc. Nie powinien być też za niski, gdyż byłoby nas o wiele więcej, buty wówczas bardzo by się umęczyły. Każdy stopień powinien natomiast mieć od 14 do 20 centymetrów, ani więcej, ani mniej. Żaden z nas nie może być zbyt wąski, powinien wynosić od 25 do 35 centymetrów, bowiem każdy but bez wyjątku powinien mieć możliwość choć na chwilę przystanąć.
Wszyscy jesteśmy tacy sami i wszyscy o tym wiemy. Skąd? Po prostu taka jest natura schodów. Mimo jednakowości, spory o to, który z nas jest najważniejszy, nie cichną. Chodzi o to, że pomimo mego zdumienia, paramy się tym zajęciem dzień w dzień. Pierwszy uważa, że jest najważniejszy, bo od niego wszystko się zaczyna, twierdzi, że gdyby go nie było, nie istniałby żaden z nas. W mym przekonaniu to absurd, gdyby nie było tego pierwszego, na jego miejscu byłby inny. Być może wtedy drugi byłby pierwszym, a ja drugim? Nie jest mym zamiarem rozważanie, co by było, gdyby… pragnę jedynie opowiedzieć to, co wiem.
Wczoraj słyszałem, jak piąty krzyczał, że dziewiątego w połowie zastąpiono, ponieważ zrobiła mu się dziura. Dziury nie wróżą nic dobrego. Szpary należące do mnie robią się coraz większe i zapewne właśnie z nich powstają nasze zgryzoty. Z pierwszym też nie jest dobrze, może ta ważność tak go wyczerpuje. Drugi wygląda trochę lepiej, ale z nas wszystkich najlepiej trzyma się czwarty. Twierdzi, iż buty go omijają.
Na początku naszej znajomości, przyjaciółki opowiadały, że mieszkająca w nich istota jest prawie tak stara, jak my, schody. Wtedy począłem uświadamiać sobie czym jest czas. Istota zamieszkująca me przyjaciółki porusza się bardzo wolno, dlatego mamy z czółenkami tyle chwil na pogawędki. Czas niczym powietrze, wpuszczone przez zewnętrzne drzwi, nie da się zatrzymać!
Czółenka poinformowały mnie, że gdy trafiły do swej istoty, stały bez ruchu obok innych butów. Były z istotą, ale istota jeszcze w nich nie mieszkała, trochę to dziwne, ale teraz dowiaduję się wielu dziwnych rzeczy. Gdy moje przyjaciółki opowiedziały mi o ich poprzednikach, wiedziałem już, o kogo chodzi. Zdałem sobie sprawę, że je kiedyś poznałem, że istota pozostała ta sama, zmieniła jedynie obuwie. Chciałem sobie wszystko przypomnieć, ale niekiedy jest to takie trudne, szczególnie, że kiedyś nie starałem się czegokolwiek zapamiętać. Nie wiedziałem, że trzeba. Skoro istota mych przyjaciółek jest tutaj od tak dawna, powinienem znać jej inne buty. Przypominanie jest trudne… Wydaje mi się, że kiedyś były butami sportowymi, które się na mnie potknęły, ale zaraz potem zaczynam w to powątpiewać i już sam nie wiem. Być może to były też maleńkie buciki dawno, dawno temu, ale właściwie… ani jednych nie pamiętam. Zresztą nawet teraz chyba nie odwiedzają mnie żadne takie. Kiedyś, być może… Szkoda, że na początku mego bytu nie wiedziałem tego, co teraz. Wszystko dochodziło do mnie dość powierzchownie, nic mi nie ciążyło. To był urok niewiedzy.

Dla stopnia najważniejszy jest kształt, sześcienna doskonałość, aby nie być węższym ani szerszym, niż ten powyżej, a już z całą pewnością niż ten poniżej. Wszyscy razem, wszyscy zależni a każdy sam. Ze stopniami powyżej rozmawia się bardzo trudno. Każdy pilnuje swoich interesów i nie mam z kim omówić mych odkryć; doskwiera mi pojedynczość w naszej naturze mnogości. Przecież do tej pory z mym bytem wiązało się tylko wnętrze kamienicy i to bardzo dokładnie określone, dla nich nadal tak jest…
Jednak coś innego leży w naturze stopni, w mej naturze. Walczę z tym od chwili, gdy zacząłem podążać za mymi wspomnieniami. Kolejność jest najważniejsza. Być może jest tak ważna, bo niezmienna. Daje miejsce w rzędzie; najważniejsze i niepodważalne, pewność istnienia – numer! Stopień, który jest drugi, nigdy, przenigdy nie będzie trzeci, a czwarty nie będzie drugi. Miejsce, które zyskaliśmy dzięki temu, kto nas stworzył, nie może się zmienić. Schody, te na początku, twierdzą, że one są najważniejsze, natomiast te z końca, że one i nie można ustalić, czy pierwszy jest najlepszy, czy może dwunasty… Stopnie wciąż się o to kłócą. Szczególnie, iż pierwszy z ostatnim nigdy nie rozmawiał, bo są od siebie za bardzo oddalone. Najgorszy jednak jest szósty. Nie tylko kłóci się najwięcej i najdłużej, ale co gorsza twierdzi, że wcale nie jest szósty, lecz siódmy. Doprowadza tym do furii siódmego. Scysja trwa przez nieskończoność. Zaczynam odczuwać, że faktycznie nieskończoność istnieje w wydaniu sprzeczających się stopni. Szósty twierdzi, że bez wątpienia jest najważniejszy, bo wszystkie buty go używają i że jeśli przystają, to właśnie na nim. Twierdzi, że musi być siódmy, ponieważ jest doskonały i tylko nieparzyste, to prawdziwe stopnie. Bzdura! Drażniło mnie to, ale teraz bardziej zajmuje mnie wszystko co poza, nie udowadnianie, który jest najważniejszy.
Przypomniało mi się coś jeszcze... To były buty jednostronne, co bardzo rzadko się zdarza. Wchodzą i już nigdy nie wychodzą. Były jednostronne, bardzo wolne i na dodatek maleńkie. Nic nie mówiły, przystanęły na mnie, przystawały chyba na każdym stopniu i milcząc odeszły. Nigdy więcej już ich nie widziałem. Dlaczego nie wyszły? Nic z tego nie rozumiałem. Dopiero czółenka wyjaśniły mi, że to buty istot najmłodszych, a myślałem, że żadne po mnie nie chodziły, a jednak... One potrafią wchodzić, ale jeszcze nie schodzić, czyż to nie zajmujące?
Ja się nie sprzeczam, wiem, że jest wiele innych zajęć, znacznie ciekawszych od kłótni, na przykład rozmowy z moimi przyjaciółkami. One wiedzą tak dużo, tak wiele widziały. Teraz opowiadają mi, dokąd chodzą na spacery. To takie fascynujące; poznają różne miejsca, a tych miejsc jest niezliczona ilość. Cudowna niepoliczalność! Jeszcze nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić różnych miejsc ani niezliczonej ilości... czegokolwiek. Może zacznę od wyobrażenia sobie niezliczonej ilości stopni. Powinno mi się udać. Potem spróbuję z czymś poza

Lakierowane buty rozmiar 42 odeszły. One też nie wrócą… Przystanęły na mnie, wbiły parasolowy czub i po raz pierwszy rozpoczęły rozmowę. Opowiadały o tym, co znajduje się na zewnątrz, o błyszczących schodach z kamienia, po których dziś stąpały. Rozmawialiśmy bardzo długo. Buty zamartwiały się, że z istotą w nich dzieje się coś złego. Miały rację. Nagle obróciły się, po czym osoba w nich objęła poręcz i wolno osunęła się na piąty stopień. Oparła głowę o ścianę i cicho westchnęła. Parasol, szeleszcząc, upadł na podłogę przed pierwszym stopniem. Czółenka wyjaśniły mi, co się stało. To było odejście koniec istoty. Buty już wówczas nie są potrzebne… schody też nie; a więc odejścia mogą też być takie ciche? Z jednym westchnięciem i już? Te w krzyku i tupaniu wydały mi się takie… odpowiednie, najstosowniejsze. No i znów nic nie rozumiem. Wydawało mi się, że pojmuję, a tyle jest jeszcze do zrozumienia. Na przykład zadziwiająca jest ilość butów, które pojawiły się tuż po odejściu istoty, zamieszkującej lakierowane. Wchodziły i schodziły, przystawały, wzdychały, ale te w rozmiarze 42 cierpliwie czekały, aż zejdą niesione przez inną istotę.
Czasem nachodzi mnie obawa, czy zdołam wszystko pojąć. Jak poukładać całą wiedzę na temat tego, co przyszło spoza? Czy zapamiętywanie ma sens, skoro tak boli to, co przywołuje… Musi mieć znaczenie.
Tyle już za mną, tak wiele odeszło. Nadejdzie nowe.
Wysłucham, spamiętam?
Opowiem.
AS

środa, 23 maja 2012

Szkice z życia, antologia opowiadań

PUBLKACJA




W piątek, 25 maja, ukaże się nakładem Wydawnictwa RW2010 e-book 
"Szkice z życia, antologia opowiadań" 
a wśród nich moje: 

"Opowieść trzeciego stopnia".

Ależ mam tydzień :-)
AS




wtorek, 22 maja 2012

Spotkanie z poezją. Poëziemiddag

Spotkanie!!!

Ja i Teresa Mirańska

"De Troubadours"
Frans Lodewijk i Marcus Mulder
Waldemar Pankiw

Z Teresą Mirańską i Anką Kozieł

Z Hannie van der Lecq



Spotkanie z poezją

W niedzielę 20 maja w Hoogvliet, LCC de Zevensrong, odbyło się  Polsko-Holenderskie spotkanie z poezją:
  
Pools-Nederlandse poëziemiddag

Spotkanie zostało zorganizowane przez Stowarzyszenie Common Language oraz Polsko-Holenderskie Stowarzyszenie Kulturalne. 

Miałam ogromną przyjemność wziąć w nim udział. 

W tym maleńkim teatrze zebrało się wiele osób, które z ogromnym entuzjazmem przyjęły poetów Holenderskich i Polskich. 

Jako pierwsza wystąpiłam ja. Zaprezentowałam mój tekst a później jego tłumaczenie odczytała holenderska poetka Hannie van der Lecq. Pozostałe teksty, które prezentowałam w tłumaczeniu były wyświetlane na wielkim ekranie za moimi plecami. 



Później na scenę weszli Piet Assemberg reprezentujący swoje teksty i  Teresa Mirańska, czytająca tłumaczenie.
Jako ostatnia para przed przerwą na scenie pojawili się Gosia Wolak ze swymi wierszami i rysunkami oraz Wouter van Heiningen.

Po przerwie pary zmieniły miejsce i poeci, którzy wcześniej czytali tłumaczenia, teraz prezentowali fragmenty swojej twórczości. Ja zaprezentowałam tłumaczenie na język polski cudownego wiersza Hannie van der Lecq.

Wszyscy byli zachwyceni atmosferą o którą dbali  również muzycy. Anka Kozieł, z głosem, który wibrował we wnętrzu każdego na widowni i  sympatyczni panowie z zespołu De Troubadours, którzy zaśpiewali wiele piosenek w języku holenderskim. 

Gdy wszyscy posilili już ducha, nie zabrakło również strawy dla ciała.

Chciałabym bardzo  zaprezentować na moim blogu wiersz 
Hannie van der Lecq


Prawdziwość

Oczywiście, wiem, że głowę
i serce jedna musi łączyć droga
wtedy postrzegam innych prawdziwie,
i dotrzeć do nich mogę

inaczej na nich patrząc
tworząc nić zrozumienia, która
coś z nami zrobi i może; zakwitając
otworzy nas ku sobie, nas wzbogacając.

Spotkanie samych głów
intelektów tylko jest dialogiem
analizując pojmę wszystko
lecz poczuć nic nie mogę

brakuje mi kontaktu,
zostaję porównana i zinterpretowana
a słów połowa znika nawet nie usłyszana
I tylko serce moc ma

tę strunę trącić, która
ujawni mą istotę z emocji zbudowaną,
gest poczuję całą duszą
i staniemy się prawdziwi ku sobie!

Tłum: ©Common Language


piątek, 18 maja 2012

Na rozstaju dróg...


Rozchodzą się drogi, zapachy i ludzie. Robią tak, bo to leży w ich naturze, lub bo nie mogą już nawet dnia więcej.

W sklepie spotkałam Vincenta. Jego córka i mój syn chodzili razem do przedszkola. Całkiem przypadkowo w przejściu między warzywami i mięsem spotkał nas czas wspomnień. Ileż to już lat? Sześć… przecież to nie możliwe! A jednak. Przez chwilę wzdychamy nad uchodzącym czasem.

Co u ciebie? A u ciebie? A u Was? Wiesz, że już nie jesteśmy razem. Mówi i między nami zalega jedna z tych niezręcznych cisz. Taka, którą trzeba przerwać, ale do końca nie wiadomo jak. Tylko spojrzenia niepewnie wędrują po posadzce. Już dłużej nie mogłem, wyznaje, a ja nie chcę pytać czego.
Pytam za to o jego córki, bo koleżanka z przedszkola mojego syna ma jeszcze dwie młodsze siostry. Już się przyzwyczaiły, mówi. Zastanawiam się, co to tak naprawdę znaczy.

O ilu ważnych sprawach mówi się między pomidorami a kurczakiem. Proza życia.

Kolejna para przeszła przemianę z „razem na zawsze” w „oddzielnie od teraz”. Dni już niezwiązane planami, miłością ani obrączką, tylko żalem i dziwnym poczuciem winy. Ludzie odchodzą zadając cios temu, co ubrane w marzenia, w welon i w kwiaty w butonierce.

A może tylko nieliczni dostępują tego, co w baśniach? Żyli długo i szczęśliwie niedane jest każdemu. Może miłość przychodzi i odchodzi. Może ludzie próbują i się nie udaje, tak boleśnie prozaicznie, całkiem tak po prostu. Być może nie może się udać, bo to nie to, to coś całkiem innego. Czasem świadomość tego dociera szybko, czasami jednak wie się o tym dopiero po jakimś czasie, często odliczonym w małych krokach dzieci.

To przecież tak boleśnie nielogiczne; na zawsze a tak wyraźnie ograniczone. Najpierw na zawsze od pierwszego spojrzenia do teraz, teraz koniec też na zawsze.

Na zawsze tylko do łez, do rozejścia się dróg. Niemożliwe do wczoraj dziś już tak bardzo realne.

Zostają zdjęcia niczym nagrane wspomnienia miejsc i czasów, których już nie ma. Ludzi, którzy odeszli, bo zdrada czasem gorsza od śmierci. Dalej zabiera człowieka.

Tata i ta druga. Mama i jakiś on… lub może nie. Może tylko cisza i nic więcej. Wszystko się dzieli i rozdrabnia, i odchodzi coraz dalej od tego, co było. Tyle dziecięcych łez kosztują te odejścia, tyle najcichszych słów, tych z których zbudowane są sny. Serca dzieci pękają niemo, niesłyszane łzy jeszcze cichsze od ich szeptów.

Koniec, po którym następuje ciąg dalszy. Jak to wytłumaczyć? Dzieci jeszcze mają nadzieję, że będzie lepiej. Mają nadzieję, że mama przestanie płakać, że tata dotrzyma słowa i ucałuje na dobranoc. Dzieci widzą, dzieci rozumieją, ponieważ dzieci tracą najwięcej. Muszą zbudować świat od nowa. Robią to rączkami, które powinny budować zamki z piasku, z klocków, z marzeń. Rodzice dla spokoju ducha przekonują siebie, że pięciolatek nie rozumie, że siedmiolatek nie wie, że dziewięciolatek sobie poradzi. Kolejne dziecko przeżywa kolejny koniec świata. Od dnia, w którym rodzice podzielili się między sobą na obcych ludzi.

Są tacy, którzy odchodzą, bo to teraz już tak znane. Czas na coś innego. To ci, którzy uciekają od codzienności niczym tchórze. Początek, który wcale nie jest obietnica poprawy. Dobry duszek, podpowiada, by odejść, ale to zasadzka złośliwych wiedźm, za którymi ukryta jest głębia smutku i samotności.

Co pozostaje?
Nic?
Nie! Pozostaje bardzo wiele. Pozostają niewypowiedziane słowa, tych co zostają. Tych, którzy sami jeszcze nie do końca potrafią opowiedzieć jak bardzo boli. Dzieci, które już nie wierzą, że mama i tata to jednak jeden dom, bo teraz wszystko się dzieli. Rok podzielony nie na miesiące, a na dni, te spędzone u mamy i te u taty. Podzielone wakacje, urodziny tu i za chwilę tam. Dwa torty, dwa prezenty i jedna rozpacz dziecięca tak maleńka, że zasłania księżyc.
AS


środa, 16 maja 2012

Powrót do życia


Przepuklina kręgosłupa szyjnego zrobiła ze mnie stworzenie kanapowe. Co to jest stworzenie kanapowe?
W języku angielskim zdecydowanie mniej dumnie nazywane couch potato (kanapowy ziemniak).

Znane są dwa gatunki stworzeń kanapowych: pierwszy to leniuchujący a drugi chorujący. Stworzenie kanapowe, to zwierze należące do kręgowców, charakteryzujące się głównie występowaniem w domach i mieszkaniach, gdzie znajdują się kanapy, obecnością napojów i ciastek w zasięgu ręki oraz stałocieplnością (z wyjątkiem pewnych rodzajów chorujących) czasem wspomaganą kocem. Większość stworzeń kanapowych utrzymuje temperaturę w granicach 36-39°C. Stałocieplność, wbrew pozorom, nie umożliwia aktywnego trybu życia w różnych środowiskach.

Choroba jest czymś z zasady negatywnym, z oczywistych powodów. Może jednak okazać się pozytywnym doświadczeniem, źródłem wielu przemyśleń, szczególnie, jeśli po niej następuje powrót do zdrowia. Kanapa to doskonałe miejsce do refleksji. Choroba, która na długie tygodnie z człowieka czyni stworzenie kanapowe, na samym początku uczy cierpliwości i pokory. Można walczyć z własnym ciałem, ale koniec końców i tak to ono wygra. Zresztą, dlaczego walczyć z ciałem, skoro ono to ja. Po prostu pozwolić sobie być chorym. Moje ciało cierpi. To mnie boli. Opadłam na poduszki i poczułam się jak postać z XIX wiecznej powieści. Dama pozbawiona energii i siły by cokolwiek zrobić w domu… pałacu, lepiej brzmi. Choć spodnie dresowe i rozciągnięte bluzy odebrały nieco splendoru arystokratycznej niemocy.

Rozrywający ból szybko wymazywał z pamięci literackie porównania i na ich miejsce przywołał słowa, które z pewności nie przystoją damie. Hm… brzydkie słowa. Wiadomo, przekleństwa w języku polskim to słowa na każdą okazje. Można ich użyć, jako synonim prawdopodobnie wszystkich wyrażeń i jako prefiks, sufiks a czasem nawet interfiks pozostałych. Nie chcę jednak o tym pisać, bo już wiele na ten temat zostało powiedziane.

Duża ilość środków przeciwbólowych umożliwiła mi korzystanie ze słowa pisanego. Mogłam poświęcić czas lekturze. Googlowłam do woli. Biorąc pod uwagę, że mnie bolało chwilami bardziej, chwilami mniej, szukałam w sieci, co wiadomo o bólu. Wiele osób cierpi i jakoś mój ból stawał się mniejszy przygnieciony bólem świata.

W pewnej chwili znalazłam teksty bardzo odpowiadające moim kanapowym przemyśleniom. Jaki wpływ mają brzydkie słowa na odczuwanie bólu. Naukowcy z uniwersytetu Keele w Wielkiej Brytanii, Richard Stephens i Claudia Umland przeprowadzili serię badań, z których wynika, że ludzie przeklinając potrafią znieść więcej bólu. Przeprowadzono badania, podczas których ludzie wkładali ręce do lodu. Gdy przeklinali potrafili wytrzymać prawie dwa razy dłużej niż podczas używania niewinnych słów. Te badania w pasjonującym programie stacji BBC „Fry’s Word”, powtórzył Stephen Fry. i również on wykazał, że przeklinając można dłużej znieść ból.

Słowa mają wielką moc. To jest siła przekleństw w połączeniu z bólem, ale przecież inne słowa mogą całkiem inaczej działać. Jeśli są słowa, które zmniejszają ból, muszą być też takie, które go potęgują. Ileż materiału do rozmyślań… ale już nie kanapowych. Nie wiem czy budząc się w nocy z siarczystym bólem w karku i brzydkimi słowami na ustach wytrzymałam dłużej. Najważniejsze, że jest już po operacji i wolno dochodzę do siebie.

Ważne jest, aby nie zapomnieć, iż z badań angielskich naukowców wynika, że przekleństwa działają tylko w przypadku ludzi, którzy na co dzień nie używają tego typu słów. Czyli to środek lekko znieczulający, ale nie dla wszystkich.

A co w takim bólu jest najlepsze?
To, że pewnego dnia odchodzi; ulga jest tak wielka.
Powrót do życia!!!
AS