wtorek, 19 stycznia 2010

Sen o niebieskich migdałach


Kolejne zapalenie gardła. Kolejna kuracja antybiotykowa i kolejny tydzień wyjęty z życia. Mam dość! Wyrok lekarza - musimy wyciąć migdały. Wyciąć? Znaczy, że co, że ktoś wsadzi mi nóż do gardła? A może inny sposób? Mogą być inne sposoby, ale pewnie niedługo znów będę chora.
Ojej! No dobra - wycinajcie!
Na sali operacyjnej podano mi narkozę. Anestezjolog wcale nie kazał mi odliczać od 10 w dół. Zapytał, co tu robię. Nie na sali operacyjnej, bo to mam nadzieję, wiedział - w Holandii. Powiedziałam, że mieszkam, że żyję. Co się właściwie odpowiada na takie pytanie? Czułam się coraz dziwniej. Sala operacyjna zaczęła się poruszać. Zapytał, dlaczego mieszkam w Holandii. Odpowiedziałam, że mój mąż jest Holendrem. A może mi się wydawało, że to powiedziałam. Holender? Dobiegło do mnie gdzieś z daleka. Już nie byłam pewna, czy to on, czy było to tylko echo tego, co powiedziałam. Z Polakami coś nie tak? Holender jest lepszy?
Co? Nie! To nie tak. Na suficie białe płytki w spódniczkach z aluminium zaczęły tańczyć jakiś egzotyczny taniec. Chyba jeszcze coś chciałam powiedzieć, ale już nie dałam rady. Obudził mnie ten sam głos, mówiąc, że wszystko w porządku, że już jestem po operacji, a ja poczułam wtedy nieprzyjemny, metaliczny smak krwi w ustach.
Wszystko mnie bolało. Wpływ narkozy czułam w całym ciele, głównie w żołądku. Starałam się zebrać myśli, nad czymś się skoncentrować. Dlaczego tyle razy muszę przełykać? Nie myśleć o przełykaniu! Przełknięcie…
Pielęgniarka powiedziała, że jak tylko wybudzę się do końca, zadzwoni po mojego męża. Przecież ja już się wybudziłam, niech przyjedzie już! Chciałam, aby patrzył na mnie z czułością swymi zielonymi oczyma. Tego wtedy tak mi było trzeba. Niech się nade mną rozczula. Ja będę udawać twardą, ale tylko trochę, a on będzie tak bardzo przy mnie, tak jak tylko on potrafi.
Obok mnie na łóżku leżała starsza pani. Jej też, chwilę przede mną, wycięto migdały. Chirurg miał migdałowy ranek.
- To wcale nie taka drobnostka jak mówili – mruknęła do mnie.
- Nie…- szepnęłam. Przełknięcie…
Na łóżku z drugiej strony położył się nastoletni chłopiec. Na treningu piłka zamiast do bramki trafiła go w nos. Tylko operacyjnie można było to wszystko poskładać.
Starsza pani w końcu doszła do siebie na tyle, że mogła wrócić do domu. Na pytanie, po kogo zadzwonić, kto odbierze ją ze szpitala, kobieta odpowiedziała cicho, że taksówka. Przełknięcie… Bliscy zawsze są potrzebni, jednak w takiej chwili ich brak może być gorszy niż ten palący ból w gardle.
Pielęgniarka uwierzyła mi, że się wybudziłam w chwili, gdy ściągnęłam z palca czujnik pilnujący, czy serce jeszcze mi bije. Usiłowałam wyjaśnić, że do szału doprowadzało mnie już to pipanie. W końcu musiałam tego słuchać kilka godzin. Uśmiechnęła się i zadzwoniła po męża. Chwilę później siedział już przy moim łóżku.
- Chodź, zabiorę cię do domu – powiedział i pomógł mi wstać. Ciągle przyglądał mi się z uwagą i ze strachem, jakbym w każdej chwili mogła się rozsypać. Nadal wszystko mnie bolało, ale było mi dobrze.
AS

Szok


Trzy lata temu rozpoczęłąm studia na Uniwersytecie w Amsterdamie. Pamiętam mój pierwszy dzień na uczelni. To było niesamowite przeżycie, wielki stres, ale i spełnienie marzeń - ja na Uniwersytecie w Amsterdamie. Teraz, jakiś czas później, wiem już, że to był też początek fantastycznej przygody, która, mam nadzieję, jeszcze jakiś czas potrwa. Moje pierwsze zajęcia, to była filozofia. Byłam przejęta, ciekawa i wierzyłam, że sobie poradzę. Pierwszy semestr był dla mnie prawdziwą drogą przez mękę, ale później poczułam sie jak Indiana Johns. Nie poszukiwałam co prawda Arki Przymierza, ale zagłębianie się w tajniki języka, poznawanie historii i teorii literatury - to było to!
Pierwsze zajęcia - grupa nie była liczna, mogłam zapamiętać twarze wszystkich studentów. Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to to, że wszyscy siedzieliśmy w kręgu - ławki nie były ustawione w rzędach. U szczytu, jak król Artur, siedział wykładowca. Człowiek, który o językach słowiańskich wie chyba wszystko. My byliśmy początkującymi rycerzami okrągłego stołu. Ustawienie stołów sprawiało, że nie było się oddzielonym od człowieka, który przyszedł przekazać nam swoją wiedzą.
Wykład trwał już dobre czterdzieści minut, gdy nagle blond studentka siedząca naprzeciw mnie, zburzyła moją romantyczną wizję króla Artura i rycerzy okrągłego stołu, wyjmując z torby drugie śniadanie. Zaczęła je rozpakowywać, obok postawiła kupek z mlekiem i zaczęła się posilać. W jednej ręce bułka a w drugiej długopis, bo trzeba notować. Czekałam na to, co się stanie. Studiowałam w Polsce i wiem, że coś takiego jest nie do przyjęcia. Zresztą dla mnie to bardziej kwestia tego jak w danej chwili człowiek powinien się zachować. Blondynka zjadła, wypiła i po prostu nadal notowała. Czyli można siedzieć przed kimś, kto posiada tytuł doktora i żuć gumę, spożywać posiłki i popijać kawę. Jak to zakwalifikować? Kilka razy słyszałam jak student zwracał się do wykładowcy per ty. Że co?!?!?
Szok, to prawda, ale co mam w zamian? Wykładowców, którzy szanują studenta. Ten, kto pojawia się na uczelni nie jest mrówką, potencjalnym kandydatem do zdeptania. Moja prośba o pomoc, nigdy nie pozostała bez odzewu. Nigdy mój brak zrozumienia tematu nie został wyśmiany. Nikt mnie nigdy nie obraził za to, że nie wiem, że jeszcze nie wiem. Nigdy nie zrozumienie jakiejś kwestii nie było przyczyną nerwów i złości. Być może gdzie indziej jest inaczej. Ja jednak dzięki ludziom, których tam poznałam uwierzyłam w istnienie własnych skrzydeł. Skrzydeł, które staram się rozpościerać z każdym dniem szerzej. Poznałam ludzi, którzy otworzyli przede mną drzwi. Teraz mogę poznawać świat, który był za tymi drzwiami ukryty.
AS

Czarny pas i baletki


Kilka lat temu w holenderskiej telewizji, bardzo często można było zobaczyć spoty, mówiące o tym, jak przepełniony czas mają tutejsze dzieci. Ciągle biegały na dodatkowe zajęcia, treningi i kursy nie mając czasu na zwykłe dziecięce przyjemności. Postanowiliśmy wtedy, że nasze maluchy, jeśli gdzieś będą uczęszczać po za szkołą, to tylko dlatego, że same chcą a nie, bo my rodzice tak postanowiliśmy. Wyjątkiem miały być lekcje pływania. W kraju kanałów trzeba umieć pływać. Szczególnie, że my tego za dobrze nie umiemy. Przez jakiś czas dzieciaki nie domagały się dodatkowych zajęć. W końcu córcia stwierdziła, że chce iść na lekcje baletu i jazdy konnej. Na balet się zgodziliśmy, ale na konie musi jeszcze poczekać. Syn jakoś nie bardzo chciał się zająć czymś poza pływaniem. Chyba komputer w domu wystarczał mu za wszelkiego rodzaju dodatki. Dopiero krótko przed wakacjami poprosił nas o lekcje judo. Myślał, że dzięki nim będzie taki jak jego komputerowe żółwie ninja. Dla nas jego motywacje były trochę mniej ważne, cieszyliśmy się, że chce wyjść z domu. Na zajęcia te poszedł też jego dobry kolega z klasy, więc pomyślałam, że mu się spodoba, nawet, jeśli w końcu odkryje, że nikt go tam nie będzie uczył skakania po dachach. Poszliśmy tam we trojkę, syn, córcia i ja. Było super, mój mały judoka ganiał po macie (tatami) tam i z powrotem niesamowicie szczęśliwy. Ja siedząc z córcią na ławeczce nauczyłam się kolorów pasów (obi) i w jakiej kolejności się je zdobywa. W pewnym momencie, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, moja dziewczynka zaczęła płakać.
- Co się stało?
- Ja też chcę judo. Wychlipała. Powiedziałam, że przecież ma balet a ona na to, że chce to i to. Zapytałam syna, co myśli o treningach z siostrą. To może być „obciachowe”. Zgodził się. Trener też się zgodził, więc nie było problemu.
Wróciliśmy do domu w super nastrojach. Syn postanowił zdobyć czarny pas. Po chwili zastanowienia córeczka stwierdziła, że ona nie chce czarnego, chce różowy... różowy i błyszczący. Gdy patrzyłam jak opowiadają tacie, co się w ciągu dnia wydarzyło i jakie mają plany zaczęłam się zastanawiać nad wyborem naszej córki. Jaka jest ta moja dziewczynka? Zabawne, ale ona chyba nieświadomie wybrała drogę, jaką teraz powinny wybierać kobiety. Czy oznacza to, że właśnie taka droga jest poprawna? Być może ja z tego wyboru zrobiłam metaforę kobiecego życia, ale chyba coś w tym jest. Kobieta przecież właśnie taka powinna być. Mamy być jak baletnice, ale z siłą judoki. Delikatne i kobiece, ale radzące sobie z przeciwnościami losu ze spokojem. Musimy umieć oczarować lekkością, ale i umieć tak upadać by nie zrobić sobie krzywdy, a zaraz potem podnieść się i podjąć walkę. Należy się ukłonić a potem jednym ciosem wybić przeciwnikowi wszystkie zęby, cały zabieg kończąc pięknym piruetem. Polskie kobiety różnią się od holenderskich. Zastanawiam się na czym polega ta różnica. Chyba na stopniu zmieszania bycia baletnicą i judoką. Choć czasem wydaje mi się, że w Polsce mieszamy balet z całkiem innym sportem, z podnoszeniem ciężarów. Być może moja mała dziewczynka pokaże mi jak to wszystko ze sobą pogodzić. Na razie w szafie ma piękne białe judogo i śliczne różowe baletki.
PS
Trzy miesiące później, moja córka zrezygnowała z judo, został tylko balet. No i co z tymi moimi rozważaniami zrobić? Czy to oznacza, że jednak tych dwóch dziedzin nie można połączyć? Przecież i tak robimy to każdego dnia… staramy się robić…
AS

Czy chciałabyś mieć siostrę bliźniaczkę?


Pchałam przed sobą wózek z zakupami. Jeszcze tylko zapłacić za parking, wpakować te dobra i dzieci do auta, i do domu. Obok nas przechodziła pani z niesamowicie zmęczoną twarzą a wokół niej biegły dwie zapłakane dziewczynki. Były śliczne, mimo, że ewidentnie niezadowolone.
- Mamo, mamo, popatrz one są takie same. Krzyknął mój syn. Faktycznie, dziewczynki były identyczne. Aby to podobieństwo podkreślić jeszcze bardziej, mama ubrała je w takie same ciuchy.
- Mama, chciałabyś mieć bliźniaczkę? Zapytał
Wrzuciłam zakupy do bagażnika.
- Czy ja wiem? A ty, chciałbyś mieć takiego samego jak ty braciszka.
- Tak. Padła zdecydowana odpowiedź. Z ciachem w dłoni szybko zapomniał o problemie, ale ja zaczęłam się nad tym zastanawiać. Czy chciałabym mieć bliźniaczkę, czy nie? Rozważałam wszystkie za i przeciw, i nie wiem.
Mieć koło siebie osobę taką jak ja. Osobę, która rozumie mnie zawsze, bez słowa wyjaśnienia. Osobę, która zawsze była, jest i będzie dla mnie, i ja dla niej. Mieć kogoś, kto wie dokładnie, co ja przeżywam i rozumie mnie bez zastrzeżeń. Kogoś, kto jest tak samo pokręcony jak ja. Hmm... Fenomenalny związek, który można spotkać tylko między dwojgiem takich samych ludzi. Fajnie!
Na tym etapie rozważań zaczęło mnie gnębić to „pokręcenie”. Zaczęłam zastanawiać się nad własnymi wadami i przypisywać je innej osobie. Czy potrafiłabym znieść drugą taką marudę jak ja? Osobę nie do końca zorganizowaną i panikującą z byle powodu? A co by było, gdyby ta ona była inteligentniejsza, zgrabniejsza i odnosiła większe sukcesy? To jeszcze gorzej, patrzyłabym na lepsze wydanie samej siebie. Na lepszą wersję mojej osoby. Hmm... Chyba jednak nie.
W tych rozważaniach zapędziłam się bardzo daleko i w końcu stwierdziłam, że najlepszym rozwiązaniem mógłby się okazać własny klon. Zaczęłam marzyć - sprawię sobie klona, który będzie zajmował się domem i wszystkimi pogardzanymi przeze mnie zajęciami, ja natomiast będę mogła czas spędzać z dziećmi, mężem i z książkami. Zostałam jednak momentalnie sprowadzona na ziemię prze gadatliwe sumienie, które zarzuciło mi nieuczciwość. No, bo przecież, ten klon to takie drugie ja, czyli tak jak bym to ja zagoniła samą siebie do roboty i odebrała wszelkie przyjemności. Zrobiło mi się głupio, bo wczułam się w sytuacje klona i zaczęłam głęboko zastanawiać się nad moim planem. Doszłam do wniosku, że jedyne rozwiązanie to sprowadzenie niewolnika z Afryki. No tak, ale to już jest kompletnie niemoralne i ... niezgodne z prawem.
Moje rozważania dobiegły końca. Postanowiłam, że wszystko pozostanie bez zmian. Ja pozostanę jedyną mną, bez bliźniaka, bez klona i bez niewolnika.
AS

czwartek, 7 stycznia 2010

Oddech


Cały dzień w biegu, cały dzień tysiące spraw do załatwienia i tysiące do zapamiętania „na potem”. W końcu stwierdzam, na dziś już dość i idę spać. Czasem jednak kładę się jeszcze na chwilę obok śpiącego syna. On cichutko pomrukuje, a ja przytulam się do niego, zamykam oczy i słucham, jak oddycha. Tak bardzo chcę stać się tym oddechem. Chcę być równie jak on spokojna.
Na chwilę wszystko znika.
Zmieniam się w powietrze, unoszę się i wlatuję przez nosek, wpływam w górę do jego głowy. Otulam myśli. Tutaj zostaję chwilę. Chcę, aby te myśli były pozbawione strachu i smutku. Niech młody człowiek jak najdłużej pozostanie taki radosny i beztroski. Płynę w stronę serduszka. Tak cudownie bije, pompuje krew w górę i w dół, ale dla mnie jest dowodem na to, że cuda się zdarzają. To serduszko kiedyś biło we mnie, kiedyś biły we mnie dwa serca. Pierś unosi się i opada.
Płynę dalej, brzuszek, powód tylu zmartwień, czy dostaje się tam wszystko, czego potrzebuje mój chłopiec i czy to, co się dostaje, nie szkodzi? Wszędzie znajduję ogarniający spokój, tak cudownie zaraźliwy. W oddechu chcę usłyszeć odpowiedź na te wszystkie pytania.
Czy dobrze robię? Czy odpowiedziałam dość przejrzyście na wszystkie jego pytania? Może coś przeoczyłam? A może właśnie za bardzo się staram? Może mikroskop, pod który wkładam dzieci, jest moim największym błędem? Może zabieram im całą przestrzeń samodzielności? A jeśli moja troska graniczy już z obsesją? Jednak gdybym naprawdę była taka troskliwa, nie złościłabym się na nie tak często. A jeśli jestem za mało cierpliwa? Może nie powinnam wybuchnąć, nie powinnam podnieść głosu? A może jestem za miękka, może im wolno za wiele? A może zabraniam im zbyt wiele? A jeśli powinnam być chłodniejsza, bardziej zrównoważona? A jeśli… a może… a jeśli…. Torturuję się tymi pytaniami i we wspomnieniach, tego, co się w ciągu dnia wydarzyło, usiłuję doszukać się odpowiedzi, a odpowiedzi nie ma. Nie widzę nawet, że sama przeczę sobie w tych pytaniach.
Wylatuję lekko rozchylonymi ustami i mimo tych wszystkich dręczących pytań, przez chwilę jestem spokojna. Leżę i słucham. On oddycha tak spokojnie. Jest pełen marzeń i jeszcze tylu rzeczy nie zna. Chcę, by marzył długo, zawsze. Wiedza będzie nadchodzić. Teraz jednak chcę, by wiedział, że zawsze, że wszędzie jestem z nim. Chciałabym, aby wiedział, że w chwili, gdy przyszedł na świat, ja stałam się lepsza, że w chwili, gdy narodziła się jego siostra, mój świat stał się lepszy, bardziej zagmatwany, ale zdecydowanie lepszy. Czuję się tak za każdym razem, gdy się do mnie uśmiechną, gdy się wygłupiają, gdy się przytulą, gdy ja się przytulę.
Leżę obok naszego syna. Głaszczę go po jasnych włosach i szepczę do ucha, że bardzo go kocham. On odwraca się na drugi bok i mruczy: – „ja ciebie też”.
AS