wtorek, 29 grudnia 2009

Nasza klasa


Pierwsze do parku weszły Marta i Joasia. Wyglądały tak samo jak kiedyś, a jednak całkiem inaczej. Nie mówię o wielkim brzuchu Marty. Przyszła mimo, że za trzy dni miała wyznaczoną datę porodu. Mówię o tym, że między tym spotkaniem a ostatnią chwilą, gdy je widziałam minęło 15 lat.
Parkowe spotkanie klasowe, zwołane w ostatniej chwili, na ostatni moment. Jutro rano wracamy do Holandii. Marta stoi, delikatnie się uśmiech i z czułością gładzi swój brzuch. To chłopiec mówi. Joasia przytula mnie i szepcze – to moje młodsze kochanie – wskazuje roześmianego, prawie dwuletniego chłopca. Starsze kochanie to jej mąż, ale został w domu.
Przyjdzie tylko kilka osób, ale to te najważniejsze. To właśnie z nimi świętowałam moje urodziny, z nimi spędzałam przerwy w szkole. Ich poznałam, gdy byłam młodsza o rok od mojego syna dziś. To niemożliwe!
Wzajemnie obdarowujemy się komplementami. Nic się nie zmieniłaś! Super wyglądasz! Przyglądamy się sobie starając się dostrzec te dzieci z podstawówki nr 14, którymi kiedyś byłyśmy.
Przez bramę parku wchodzi Łukasz. Za rękę trzyma małą dziewczynkę. Koło niego idzie, pchając wózek jego żona. Dziewczyna o uśmiechu tak delikatnym, że uspakaja wszystko co jest wokół.
Ostatni do parku wchodzi Piotrek opowiada, że jeździł do Holandii na lawecie. A teraz już nie jeździ, nie ma popytu na graty. Przedstawiam wszystkim moje dzieci i męża.
– Ile lat ma twój syn? Siedem.
– A córka? Pięć. Ale duże dzieci.
Chodzimy, spacerujemy, co jakiś czas przystajemy. Wspominamy. Wypytujemy siebie wzajemnie. Tyle lat, co się z nami działo, co teraz robimy. Mamy mężów, żony, dzieci. Jesteśmy tacy nie tamci. Dopytujemy się o innych. Większość wyjechała za granicę, nie wiadomo dokładnie co się z nimi dzieje. Inni się stoczyli i nie ma ich już prawie wcale, może tylko jakieś cienie. Inni wdrapują się po krętych schodach i jeszcze próbują stać się dorosłymi. Wzdychamy i idziemy dalej.
Dzieci chcą lody. Stoję z kolegami z klasy i razem kupujemy lody dla naszych dzieci. Jakie mają być? Te brązowe i te różowe, ale nie pomarańczowe, pomarańczowe są be! Rozmawiamy o naszych dzieciach, o porodach, o ciążach. Wciąż dopytujemy się, czy Marta nie chce usiąść. Ona tylko macha ręką i idzie dalej.
Na pożegnanie przytulamy się do siebie, przytulamy te dzieci, którymi jesteśmy jeszcze razem w naszych wspomnieniach i dorosłych, którymi się staliśmy całkiem oddzielnie. Obiecujemy sobie, że wkrótce znów się zobaczymy.
Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie
I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie
W dół, na boki, wzwyż, ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo
Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo…

(J. Kaczmarski „Nasza Klasa”)
AS

Moc bajek


Siedzę przed półką z bajkami moich dzieci. Zastanawiam się nad tym, ile w nich okrucieństwa. Nie jest dobrze! Śnieżka otruta, babcia i Czerwony Kapturek pożarci, wilk rozpruty, Baba Jaga upieczona w piecu. O Dziewczynce z Zapałkami i Małej Syrence lepiej w ogóle nie wspominać. Krew, zbrodnia i okrucieństwo.
Zobaczę w polskich bajkach! Sprawa też nie wygląda najlepiej. Bazyliszek mrozi wzrokiem, Smok Wawelski pożera dziewice, Wanda rzuca się ze skały w odmęty wodne, a Koziołek Matołek wisi nad ogniskiem, czekając aż zostanie przerobiony na smaczne kiełbaski.
Jedno jest pewne, bajki moich dzieci mogą równać się z niejedną kartoteką policyjną. To nie wygląda najlepiej i czasem dzieci mają trudności, by zrozumieć, dlaczego właśnie tak się dzieje. Myślę jednak, że one w ten właśnie sposób poznają świat. Mimo, że historie te można między bajki włożyć, to właśnie one mają dość istotny wpływ na kształtowanie się osobowości dziecka. Dzięki nim pojawiają się pierwsze pragnienia i pierwszy strach. Przecież to właśnie za sprawą baśni zaczynamy marzyć o księciu czy księżniczce z bajki, mamy nadzieję, że dobra wróżka w końcu się pojawi. Dlatego człowiek pragnie wielkich czynów, niczym z baśni tysiąca i jednej nocy. Chce pokonać smoka (kimkolwiek czy czymkolwiek ten smok jest) oraz marzy o pięknych i szczęśliwych zakończeniach skomplikowanych sytuacji.
Zawsze jest też ta druga strona medalu. Dzieci widzą, że gdzieś tam są ludzie, którzy krzywdzą innych. Być może jest to sposób wprowadzania malucha do świata ludzi dorosłych. Dorosłych, którzy mogą nie lubić innych tylko, dlatego, że są inni. Uczą, że nie powinno się rozmawiać z nieznajomymi i przestrzegają przed przyjmowaniem słodyczy i zaproszeniem do domu, nawet najżyczliwszych, ale mimo wszystko, obcych. W bajkach, w odróżnieniu od świata ludzi dorosłych, historie zawsze dobrze się kończą. Zło zostaje ukarane, a dobro ze wszelkich perypetii wychodzi zwycięsko i bez skazy. Na podstawie tych historii dzieci ustalają, co jest dobre, a co złe. W bajkach wszystko jest takie proste.

Jedna z twoich łapek jest prawa, – kiedy ustalisz, która,
możesz być pewien, że druga jest lewa

(„Mały poradnik Kubusia Puchatka” A. A. Milne)
Być może to wierutna bajka. Ale być może, właśnie te historie są dla dzieci pierwszą lekcją tego, jak to jest być dużym.
AS

Zdrajca zaimek


Części mowy potrafią być bardzo zdradzieckie. Weźmy taki zaimek. Niby sprawa jest prosta, ale szybko człowiek zaczyna wątpić. Na początek mamy tego tyle; są osobowe, wskazujące, dzierżawcze, zwrotne, nie mówiąc już o pytających czy względnych.
Wskazujące, które wydają się dość proste, chyba, że droga wskazywania jest kręta. Te nieokreślone czy też określone są takie smutne. Ktokolwiek mówił o czymkolwiek i tak to nie dookreślił. Kto chce wiedzieć, gdzie chowa się słowo sam, albo jeszcze gorzej żaden?
Niewielka różnica w mowie czy piśmie, a jaka różnica w życiu.
To jest ich dom. Tutaj już ich nie ma.
Zaimki dzierżawcze, tak bardzo przechodnie. To, co dziś jest jej, jeszcze wczoraj było moje. Takie zaimki mogą się w domu po kątach pogubić. Tak się zdarzyło. Na chwilę zgubiłam zaimek nasze. W Holandii pytając o Polskę, mówią - a jak jest u was? Zwykłe pytanie i potem dość zwykła odpowiedź. Jednak w Polce tak samo. Jak jest u was? Nagle z dwóch stron jest u was a ja nigdzie u nas. W żadnym nas nie ma mnie. Nie zaliczam się. Staram się wygrzebywać ze swojego słownika, to u nas i moim u nas jest tu i tam. Może i tu i tam nie tak całkiem, nie tak w 100%, ale to zawsze lepsze niż żadne u nas i tylko wszędzie gdzieś dalekie u was tak całkiem beze mnie.
Zaimki pytające: wciąż ich przybywa. Który? Kiedyś był jeden a teraz setki. Jaki? Duży, mały a może całkiem zielony, nie wiem! Czyj? Chyba mój, ale jednak tak bardzo niezależny. Wciąż mniej odpowiedzi.
On jest osobą, której wierzę. Której - zaimek tak całkiem względny, ale ufam bezwzględnie.
Zaimki określające: Każdy, czyli kto? Wszyscy, ale to nie prawda! Taki sam a tak naprawdę całkiem inny. Zwrotne, które często są tylko formą, bo o sobie się najczęściej zapomina.
Jest ja – dwie literki, a co się za tym kryje? Jest jakaś przeszłość, teraźniejszość i pewnie przyszłość. Książki do gramatyki mówią, że zaimki nie odmieniają się przez czasy. A jednak ileż jest czasu w tej grupie. Przecież jakiś on może być całkowicie w czasie przeszłym, a ty to już czas teraźniejszy, ale też przyszły. Zaimki zmieniają się, jeszcze wczoraj było ja i ty a dziś jest już my. Znam jeden zaimek oni, który długo był nimi, a potem przez obcego on, stał się już tylko nim i nią.
Jest jeszcze jeden zaimek, najmniejszy i najczulszy. Najpiękniejsze - ono. Najpierw nieznane, gdzieś pod sercem, ale już pewne, ono. Po dziewięciu miesiącach to on. Dwa lata później też ona. Teraz cztery zaimki, konkretnie wskazujące, czasem mało zwrotne i na pewno nie względne, ty, on, ona i ja tworzymy każdego dnia nasze my.
Pozdrawiam wszystkich Was.
AS

Bezbłędne błędy


- Nie boisz się, że twoje dzieci będą się śmiać z tego, jak mówisz po holendersku? Zapytała mnie dziś Aga. Dla nich jest to język ojczysty, będzie codzienny i pewnie bezbłędny. Ja nawet bardzo się starając, zawsze będę mówiła z polskim akcentem i niestety pewnie jeszcze długo przeciśnie mi się „coś nie tak” w składni i w wymowie.
Nie myślałam o tym. Zamartwiam się tyloma rzeczami, a tym jeszcze nie?! To prawda - język holenderski jest dla mnie bardzo ważny i często boli mnie, że nie potrafię się w nim w pełni wyrazić. Złoszczę się, gdy ze względu na akcent lub jakiś głupi błąd, ludzie źle mnie oceniają. Traktują mnie, jakbym nie była w stanie wszystkiego do końca zrozumieć. Pobłażliwość w ich wzroku irytuje mnie - robi błędy, bo jest obca. Złość jednak bardzo szybko mija, a irytacja to tylko przejaw mojej słabości.
Już wiem, że istnieje coś takiego jak kompleks języka. Strach, że zaraz po otwarciu ust okaże się, że znów orzeczenie zawlekło się nie tam gdzie być powinno. Brr! Wiem, bo czasem mnie dopada. Nie zastanawiałam się jednak nad tym w kontekście własnych dzieci. Może dlatego, że rozmawiam z nimi po polsku. Pokazuję im świat przez pryzmat polszczyzny. One już wiedzą, że papa jest od holenderskiego, a mama od polskiego.
Nie tak dawno nauczycielka w szkole moich dzieci „doradziła” mi, że powinnam zrobić coś z tym feralnym orzeczeniem, bo daję zły przykład dzieciom. O Boże!
Myśl raz zasiana zaczęła kiełkować podobnymi pytaniami. A co? A jeśli? A może?
Nagle mnie oświeciło. Moja teściowa!!! Przecież ona jest Irlandką i mimo, że mieszka 40 lat w Holandii nadal mówi z angielskim akcentem. Do dziś nie opanowała trudnej sztuki wymowy dźwięcznego „g” i co najważniejsze, wcale się tym nie przejmuje. Gdy mój mąż wrócił z pracy zaczęło się wypytywanie. Czy to kiedykolwiek miało jakieś znaczenie? Czy on w ogóle to słyszał, gdy był mały? Kiedy usłyszał to po raz pierwszy?
Eureka! To nie ma znaczenia! To jest mama! Tak właśnie mówi i nie rozważa się tego w kategoriach błędu i poprawności. Przynajmniej nie, gdy jest się dzieckiem. Nie myśli się o tym, że zamiast „g” w słowie pojawia się „k”. Ważne jest przecież to, że mama jest obok i pokazuję owieczki na łąkach, marchewkę w ogródku i tulipany, które jeszcze w wazonie rosną. Teraz te błędy wywołują uśmiech na twarzy mojego męża i wzruszenie w oczach, gdy usłyszy, że jego mama nadal mówi coś nie tak jak większość. To jest jego mama, jedyna na świecie. Właśnie również dzięki temu jak mówi - taka specjalna.
Poszłam pytać dalej. W Kraju Tulipanów nie brakuje mam z „niestąd”. Różne odpowiedzi, różne opowieści. Wniosek, właściwie ten sam. To jest mama i jest właśnie taka. To też czyni ją specjalną. Zgrzyt pojawił się w opowieściach o nastolatkach. No, ale to już całkiem inna opowieść. Gdy ma się lat naście, jest się nieobliczalnym i często bardzo trudnym do opanowania. Wtedy ani język, ani narodowość nie jest wyznacznikiem. Wtedy to bunt i szalejące w głowie pomysły, kierują człowiekiem.
Są chwile, gdy wydaje mi się, że mamy na obczyźnie są… jesteśmy jak drzewa odarte z kory. Staramy się zapuszczać korzenia i czasem nawet nam się udaję, mimo to jesteśmy wystawione na tysiące wątpliwości i rozważań, których pewnie nie miałybyśmy w Polsce. Z powodu braku kory te rozmyślania dopadają nas szybciej i docierają głębiej.
Mama zawsze się boi, ale znam miejsce gdzie można znaleźć odwagę. To uśmiechnięte oczy dziecka.
AS

Dzień Mamy


 W całkiem nie dużym mieście, na południu Polski, w jednym z wielu bloków, na drugim piętrze pali się światło. Jest już późno, wszyscy śpią. Przecież jutro trzeba iść do pracy, ale Mama nie śpi. Ona czeka, bo wie, że my jedziemy, że będziemy o drugiej, może trzeciej nad ranem. Nie ważne, czeka. Wjeżdżamy pod górę, bo u nas pełno gór. Widzę to okno i wiem, że wracam. To tu, to w tym miejscu znajduje się początek. To okno i ta osoba w szlafroku lila za nim, pomagają mi określić, gdzie jestem. Nie ważne jak daleko odejdę, to okno zawsze płonie ciepłym światłem. Będąc w Holandii, jestem po prostu tysiąc kilometrów od tego miejsca. Będąc daleko i tak wiem, że w tym oknie pali się światło. Jak latarnia morska, bym wiedziała, w którą stronę płynąć, by zawinąć do bezpiecznego portu.


Tam zawsze ktoś na mnie czeka. Nawet wtedy, gdy nie mam nic do powiedzenia. Tam jest ktoś, kto martwi się o mnie zawsze, mimo, że wciąż powtarzam, ale u mnie wszystko w porządku. Naprawdę! Ja sobie radzę. Mama martwi się o mojego brata i jego żonę z cudownym brzuchem pełnym życia. Martwi się o mojego męża, który łamaną polszczyzną stara się z nią dogadać. Martwi się o moje dzieci, których w buziach tak bardzo chce zobaczyć cudowną przyszłość.
Moja Mama to ta dróżka ułożona z kwadratowych płyt w ogrodzie, pewna, wytrzymała i dążąca prosto przed siebie. To też te żółte aksamitki rosnące wokół niej, maleńkie, delikatne i miękkie. Moja Mama to cały ogród. To kwitnąca wiśnia, która pewnie i tego roku obrodzi soczystymi owocami, zapowiedzią konfitur. To ta grusza, którą trzeba było ściąć, bo była chora. To bez kwitnący bordowo, to krwawe maliny, zostawiające plamy na koszulkach moich dzieci. Moja Mama to tysiąc sposobów, jak te plamy sprać. To maciejka, która pachnie najmocniej wieczorem. Moja Mama to ta kolorowa altanka, okradana każdej zimy. Z wiarą w ludzi, coraz wątlejszą, ale i tak wypełniana przez resztę roku. Moja Mama to każda rada na ból brzucha. Moja Mama to dłonie, które jak nic innego potrafią uśmierzyć ból głowy. Moja Mama to krwawnik, przykładany do zdartego kolana, aby goiło się szybciej. To pytanie, czy wzięłam witaminy i to zawiązany szczelnie szal pod szyją, choć od wielu lat sama to robię. Moja Mama, to te kilka łez szczęścia otartych ukradkiem, gdy urodził się mój syn. Moja Mama to bukiet goździków, mimo że nie modnych, bo systemowych, ale moich ulubionych.
Moja Mama to ta osoba, której dziś składam najlepsze życzenia i podziękowania. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy.
AS

czwartek, 17 grudnia 2009

Niebieski odcień bieli


Czy wiecie, jak pachnie zima? Jak się zimę czuje? Jak smakuje zima? To uczucie delikatnego szczypania na policzkach i ten zapach zmarzniętej ziemi, który unosi się w powietrzu. To śnieg skrzypiący pod butami. To oddech, tak całkiem widzialny, mieszający się ze spadającymi z nieba śnieżynkami. Śnieżynki powoli topniejące na grzywce wystającej spod czapki. Zima w Polsce, to łezki spływające po policzkach, i diamentami spadające na ziemię, bo taki mroźny wiatr. Zima to śnieg!
Cały czas myślałam, że muszę wykroić choćby tydzień i teraz pojechać z dziećmi do Polski. W Holandii, gdy dzieci już chodzą do szkoły, aby wyjechać i nie zadrzeć z prawem trzeba czekać na wakacje. W lutym są wakacje krokusowe. W Polsce jest zima, pada śnieg. Jedziemy!
Pakuję walizkę, kupuję pudło „stroopwafels”, bo bez nich nie ma, co się pokazywać w Polsce. Jedziemy, po 10 minutach w aucie syn pyta, czy już jesteśmy w Niemczech. Uśmiechamy się i tłumaczymy, że jeszcze nie. Godziny mijają, dzieci śpią, a wokół już dawno zrobiło się ciemno. Około północy jesteśmy na granicy. Nie ma nikogo, jest trochę dziwne. W ciemności dostrzegamy auto straży granicznej, czy ktoś w nim jest, nie wiemy. My nie interesujemy się nimi a oni widać nie przejmują się naszą obecnością.
Na granicy przywitał nas biały kolega. Utęskniony przyjaciel zimy, śnieg. Najpierw jakby trochę nieśmiało pojawił się na poboczu, ale z każdym kolejnym kilometrem jest go więcej. Około pierwszej nad ranem zaczynają z nieba spadać niekończące się ilości białych gwiazdek. Dojeżdżając pod dom moich rodziców widzimy już, że wszystko jest biało granatowe. Przecież śnieg w nocy jest bardziej niebieski niż biały, a i śnieżna noc nie jest tak do końca czarna.
Rano dzieci najpierw przez okno, a potem już na swoich policzkach odkrywają inny świat. Wszystko jest białe. Wygląda jakby świat zrezygnował z innych kolorów. Mimo, że bez koloru, znacznie weselszy. Śnieg przykrył to, co smutne. Nie widać odrapanych domów, nie widać ponurych ulic a dziury w drogach zgrabnie przykryła puchowa kołdra. Dzieciaki biegają po śniegu szukając miejsc, gdzie jest najgłębszy, są zachwycone. Kładą się na ziemi i wołają „ mama patrz, jakie ładne aniołki”. Machają rekami i nogami, a na śniegu zostają ślady ich „skrzydeł”.
AS

Nasi skrzydlaci sąsiedzi


To, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszego domu, odkryliśmy wiosną ubiegłego roku. Najpierw nie wiedzieliśmy, co oznaczają te dziwne odgłosy z poddasza. Nie było to chrobotanie, więc myszami się nie martwiliśmy. Jednak coś żywego z pewnością, gdzieś tam się zagościło. Wyraźnie tuptanie małych łapek trochę nas niepokoiło. Zastanawialiśmy się, jakie jeszcze szkodniki mogą zamieszkać na strychu. W marcu poznaliśmy odpowiedź. To po rynnie tuptały łapki pary kosów. Ptaki rozgościły się, nie na strychu, a właśnie w przestrzeni miedzy rynną i dachówkami.
W słoneczne, sobotnie rano, usłyszeliśmy cichutkie głosy piskląt. Wydało nam się, jakby wiosna przyszła do nas bardziej, jakby osobiście weszła do naszego domu. W ogrodzie zadzieraliśmy głowy, starając się coś zobaczyć. Dwa małe czarne ptaki o pomarańczowych dziobach, zaczęły ciężką pracę. Pisklęta domagały się pożywienia. Rodzice latali całymi dniami, tam i z powrotem, starając się zamknąć małe dzióbki. Pisk z czasem się zmieniał, stawał się mocniejszy, silniejszy i bardziej stanowczy. Cichł na chwilę, by znów wybuchnąć jakby ze zdwojoną siłą. Rodzice nie ustawali w wysiłkach. Co jakiś czas, któreś z nich przysiadywało w bezpiecznej odległości od gniazda i z uwagą rozglądało się wokół. Gotowe bronić młodych przed każdym, potencjalnym zagrożeniem. Na szczęście pod naszym dachem pisklęta były bezpieczne. My w sobotnie i niedzielne ranki, pozwalając sobie na lenistwo, wsłuchiwaliśmy się w muzykę tych maleństw i zastanawialiśmy się, kiedy wylecą z gniazda? kiedy zaczną swoje dorosłe życie?
W ciepły majowy dzień, najpierw wyleciał jeden, potem drugi i kolejny. Rodzice krążyli ponad dachem pilnując, by żaden inny ptak nie zakłócił pierwszego dnia dorosłości ich dzieci. Przyszła kolej na ostatniego ptaszka. Odważnie wyleciał z gniazda, ale jego lot był niepewny. Nagle zakołysał się w powietrzu, machnął jeszcze dwa razy skrzydełkami i runął w dół. Spadł na kamienną ścieżkę w naszym ogrodzie. Już się nie poruszył. Z ciężkim sercem uprzątnęliśmy, to co pozostało po próbie wzbicia się w chmury. Rodzice jeszcze kilka godzin latali między dachem i drzewami nawołując swoje czwarte pisklę. Nie chcieliśmy tego słuchać. Świadomość, że wiemy więcej, była bardzo przykra.
Minął rok i znów usłyszeliśmy tupot małych łapek. Nasi „sąsiedzi” wrócili z dalekich krajów. Teraz sprzątają stare gniazdo i zakładają nowe. Wiemy, że i w tym roku wiosna przyjdzie do nas z piskiem młodych ptaków. Mam tylko nadzieję, że tym razem wszystkie wyfruną wysoko, tak wysoko, że zniknął nam z oczu w promieniach majowego słońca.
AS

Jestem z Polski!


Ktoś, kto pochodzi z Polski, powiedział mi dziś, że na pytanie skąd jest, odpowiada, że z Europy Wschodniej, bo wstydzi się powiedzieć prawdę. Nie ma odwagi przyznać się, w jakim kraju się urodził, bo stamtąd są tylko pijacy, kryminaliści i dorobkiewicze. Najpierw zrobiło mi się smutno, a potem się wściekłam. Jeśli będziemy się wstydzić naszego pochodzenia, nikt nas nie będzie szanował. Tym wstydem będziemy udowadniać prawdziwość negatywnych opinii.
Ja pochodzę z Polski!
Starałam się wyrzucić z głowy te rozważania, bo musiałam, zanim dzieci wrócą ze szkoły, spędzić trochę czasu, rozgryzając zagadki polskiej gramatyki. Chciałam przygotować się do kolejnych zajęć na uniwersytecie i potrzebowałam dowiedzieć się, dlaczego rzeczowniki odmieniane przez przypadki przybierają właśnie taką formę, a nie inną? Wyciągnęłam wszystkie książki do gramatyki, jakie mam i zaczęłam szukać odpowiedzi. Na chwilę stałam się gramatycznym detektywem.
Pan Doroszewski udzielił mi wielu odpowiedzi, znalazłam też coś u profesora Bralczyka.
W pewnym momencie, w ręce wpadła mi książeczka z podartą okładką, „Język polski” Mieczysława Pęcharskiego. Tak pamiętam ją, przechodzi w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. To książka, z której uczył się jeszcze mój dziadek. Druga wojna światowa przerwała jego edukację. Maturę mógł zdawać dopiero, gdy skończył się ten koszmar. Zaczęłam przeglądać strony. Zabawne, że dopiero teraz zauważyłam notatki pisane na marginesach. Notatki, nawet nie, to po prostu zapiski tego, czego dziadek miał się nauczyć na kolejną lekcję. Wyobraziłam go sobie, jako młodego chłopaka, siedzącego nad tą książką i uczącego się odmiany przez przypadki. Ciekawe, co myślał? Jak się myśli o języku i jak się go uczy, gdy trzeba było w jego obronie strzelać, za który walczyło się z wrogiem i za który się cierpiało? Jak się uczy języka, który kosztował kulę w udzie i pieszą wędrówkę z Syberii do kraju? Jak czuję się chłopak, który zasiada do książki, gdy jeszcze kilka miesięcy temu szedł z karabinem na ramieniu, pełen nadziei i obaw? Wracał do domu, ale nie wiedział, co go w tym domu czeka. Nie wiedział, kto żyje, a kto już odszedł. Nie mogę o to zapytać dziadka, zmarł wiele lat temu. Poszedł na spacer do lasu, zmęczył się, usiadł pod drzewem i tak po prostu od nas odszedł. Spokojnie zasnął wśród drzew, na ściółce nagrzanej sierpniowym słońcem.
Dziadku, nigdy nie będę się wstydzić, że pochodzę z kraju, za który Ty walczyłeś, za który przelewałeś krew! Za który Twoi koledzy ginęli. Nie wstydzę się!
JA POCHODZĘ Z POLSKI!
AS

Obywatel świata


We współczesnym świecie granice między wieloma państwami powoli zacierają się i tracą znaczenie. Przynajmniej czasem można odnieść właśnie takie wrażenie. Mówi się o globalizacji, a ludzie zaczynają nazywać siebie obywatelami świata. Człowiek w ciągu jednego tygodnia może odwiedzić wszystkie kontynenty. Wyczyn Phileasa Fogga, bohatera książki „W 80 dni dookoła świata”, już nikogo nie zachwyca. Dziś ktoś, kto ma wystarczającą ilość środków finansowych, potrafi bez większych problemów powtórzyć jego wyczyn.
Teraz nie mówi się emigrant, mówi się Europejczyk. To ktoś, kto emigruje w granicach naszego kontynentu. Obywatel świata jedzie dalej.
Co to wszystko znaczy z punktu widzenia zwykłego człowieka? Kim się tak naprawdę jest, gdy się jest obywatelem świata? Jaką granicę trzeba przekroczyć, aby się nim stać? Kim ja jestem? Polką – na pewno, ale przecież już prawie jedną trzecią mojego życia mieszkam w Holandii, więc coś holenderskiego chyba przeniknęło do mojego ducha. Kraj Tulipanów na pewno mnie zmienił. Dwa kraje to znacznie mniej niż świat. W takim razie jestem Europejką.
Obywatel świata musi być w domu wszędzie, gdzie się znajdzie. Ja znalazłam się jeszcze w zbyt niewielu miejscach. Jednak, czy jeśli wszędzie jest się w domu, ten dom w ogóle gdziekolwiek istnieje? Czy cały świat może być domem? Są ludzie, którzy bez wahania odpowiedzą – tak.
Czasem wydaje mi się jednak, że taki obywatel świata jest podobny do okrętu z kotwicą na odrobinę za krótkim łańcuchu. Pływa po różnych morzach i oceanach, ale nigdzie nie potrafi się zatrzymać, choćby na chwilę. Kotwica nie potrafi dosięgnąć dna, które jest gdzieś tam, być może w głębi, tam gdzie jest już całkiem ciemno, ale jest. Czy to zatrzymanie się nie tworzy właśnie domu? Przecież dom to miejsce, do którego się wraca. Wraca się wieczorem z pracy, zamyka się za sobą drzwi, a za nimi zostają niemili koledzy, sterty papierów, czasem wredny szef. Wraca się nad ranem z przyjęcia urodzinowego znajomej, która przez cały wieczór nie chce zdradzić, ile świeczek powinno być na torcie. Wraca się z wakacji, z odległego słonecznego miejsca, a mimo strug deszczu odczuwa się coś bardzo przyjemnego. To jak uczucie, gdy w końcu można położyć się we własnym łóżku, a wyjątkowość tego polega na tym, że to łóżko jest tylko jedno. Co się czuje, gdy tych łóżek jest 6, 7 albo jeszcze więcej? Wtedy traci się już to uczucie układania głowy na tej jednej poduszce. Jeśli się ma tyle domów, jak można zaszyć się przed światem. W domu człowiek chowa się przed nim, ale jeśli ten świat jest domem, nie można się już przed nim schować. Być może wtedy nie trzeba tego robić. Kim jest ktoś, kto nie potrzebuje jednego, stałego adresu, jedynego łóżka i poduszki? Janina Brzozowska w jednym ze swoich wierszy napisała, że: Jeśli masz czyjeś serce, masz dom – na każdym miejscu, na którym staniesz. Może to właśnie jest odpowiedź.
Na świecie istnieje jeszcze wiele granic wyraźnie zaakcentowanych, widać, że coś się zaczyna i coś się kończy. Co raz więcej jest jednak takich, które powoli się zacierają, jeszcze coś jest, ale bardziej wspomnieniem niż wypowiedzią w czasie teraźniejszym. Nie widać, że jest się gdzieś indziej, bo „gdzieś indziej” już nie istnieje. Jest się po prostu „tutaj”.
Tak naprawdę obywateli świata jest niewielu. Większość ludzi pozostaje jednak Polakami, Holendrami, Irlandczykami… . Czują potrzebę zarzucenia kotwicy, zapuszczenia korzeni.
AS

Szkatułka


Za ojczyzną można tęsknić na różne sposoby. Można tęsknić cały czas, lub od czasu do czasu. Po obejrzeniu wiadomości lub jakiegoś program publicystycznego, można tęsknić mniej. Gdy się zostanie potraktowanym jak obywatel drugiej kategorii, można tęsknić trochę bardziej. Jednak zawsze tęskni się za czymś innym. Gdy zostaje się tutaj na Boże Narodzenie, tęskni się jeszcze bardziej, gdy dowiaduję się przez telefon, że mój młodszy brat zostanie ojcem, wtedy już się ryczy.
Tęskniąc za tym samym, można tęsknić za różnymi aspektami tego czegoś. Każdy wybiera to, co najważniejsze. Można tęsknić za ludźmi, za miejscami lub za przedmiotami. Można tęsknić za tylko jedną z tych rzeczy, lub za wszystkimi naraz. Jednak ta tęsknota jest wyjątkowa, bo odległość pokazuje, co tak naprawdę jest ważne i co jest szczególne. Tęskniąc ważne jest też, dlaczego się wyjechało, jaki jest powód wędrówki. To, co się odkryje, może być zadziwiające. Ten rodzaj melancholii jest jak szkatułka, do której chowa się najcenniejsze skarby, które wcale nie muszą być cenne. Wkłada się do niej to, czego najbardziej brakuje. Nie wkładając tam wszystkiego zapomina się o tym, co smutne. Nie pamięta się ponurych ulic, drobnych pijaczków i dzieci, które na ciepły posiłek mogą liczyć tylko w szkole.
Do szkatułki wkłada się guzik z sukienki komunijnej, pierścionek zaręczynowy rodziców a czasem zeszyt do języka polskiego z podstawówki, z wypracowaniem na temat: co autor miał na myśli… . No i jeszcze sporo rad, od mamy – bo przecież trzeba wiedzieć jak zrobić prawdziwy bigos, od taty - bo trzeba wiedzieć jak sobie poradzić z wrednym komputerem i jeszcze te od cioci - bo trzeba wiedzieć, jakie zioła są najlepsze na kłopoty żołądkowe.
Tak właśnie jest z tęsknotą, ważne są drobiazgi. Po jakimś czasie tęsknota za mamą, to tęsknota za ciepłem jej rąk, za jej obecnością w zapachu ciasta. Tata, to siła głosu i wiara, że nawet Mont Everest nie jest dla mnie za wysoki. Tęskni się za miejscami, ale tak naprawdę brakuje szumu wody w Sole, spadającej z małego wodospadu i tych ryb, które usiłowały płynąć w górę rzeki, ale udawało się to tylko najsilniejszym. Lasy to zapach mchu i smak rozgniatanych na języku jagód. Góry to chłodny wiatr na policzkach, a morze, bo tutaj trochę podobne, pachnie tysiącem smażalni ryb. Brakuje zapachu chleba i jeszcze tej sąsiadki, która zawsze umiała powiedzieć coś takiego, że potem człowiek myślał i myślał. Nowe miejsce jest piękne, jest dom, mąż, który jest moim księciem z bajki. Są dzieci, które gdy widzą, że płaczę mówią: „mama ty jesteś najlepsza na świecie”. Żyje się dniem dzisiejszym i nie zagląda się do skarbów, bo przecież nie można wciąż patrzeć za siebie. Jednak trzeba mieć tę szkatułkę. Ja ją mam i dzięki niej potrafię tu być sobą.
Czasem coś przemycę. W ogródku za domem mam krzak bzu z Polski, a jego maleńkie białe kwiatuszki chyba też tęsknią, bo tylko kilka i takie malutkie, ale przekonam go, że tu jest jego dom. Mam też wisienki, co wiosnę pożerane przez ptaki, zanim ja zdążę w nich odnaleźć smak Polski. W garażu mam schowany zapas ogórków kiszonych. Szwagier ciągle pyta: „a na co wam to”.
Pan J., Holender, którego żona jest z Polski. Opowiadał mi, że gdy jadą tam na wakacje, zaraz po przekroczeniu granicy, ona każe mu, na pierwszej stacji benzynowej, zatrzymać samochód. Zatrzymują się, ona wysiada i głęboko oddycha. Nic więcej, po prostu pozwala by polski tlen wypełnił jej płuca. Przecież znów oddycha polskim powietrzem.
W czasie ostatniego pobytu w Polsce, mama poprosiła, abym kupiła chleb. Weszłam do piekarni i wtedy poczułam to. Ekspedientka patrzyła na mnie trochę dziwnie, gdy ze łzami w oczach prosiłam o dwa bochenki, krojonego, wiejskiego. To było to, to co mam w mojej szkatułce, zapach polskiego chleba, coś tak przerażająco zwykłego a całkiem niezwykłego.
Holandia jest piękna, tutaj jest mój dom i to jest cudowne, jestem jednak przekonana, że jest ona znacznie piękniejsza, właśnie dzięki zawartości mojej szkatułki.
AS

Mój rosyjski akcent


Byłam z córeczką na kolejnych zajęciach z baletu. Czteroletnie dziewczynki w baletkach wytwarzają wokół siebie jakąś magię. Coś tak niesamowicie eterycznego, że nie ma nawet chwili zwątpienia, że elfy faktycznie istnieją. Widzi się grupę Dzwoneczków i ma się wrażenie, że za chwilę przeniosą siebie i patrzących do Nibylandii. Gdzieś za rogiem na pewno musi się kryć Piotruś Pan. Można patrzeć i patrzeć.
Niestety tydzień wcześniej mamy nie mogły zostać na całych zajęciach. Stojąc przed salą rozmawiałam z inną mamą. Rozmowa bardzo przyjemna, nagle zmieniła tor, gdy ona stwierdziła, że mam wyraźnie rosyjski akcent. Zdziwiłam się, bo przecież pochodzę z Polski, ale ja swojego akcentu nie słyszę, może i brzmi jak rosyjski.
Zaczęłam z nią rozmawiać, o „tamtych” krajach. To zawsze tak dziwnie brzmi. „Tamte” czyli jakie? A jeśli są „tamte”, to które są „te”? Znacznie gorsze jest jednak mówienie o krajach bloku wschodniego. Niech już lepiej będzie „tamte”. Słuchałam jej i zastanawiałam się skąd się bierze odwaga do przyznawania się, że tylu rzeczy się nie wie. Po co mówić, że nie ma się pojęcia o Czechach i niczego się z nimi nie kojarzy, że Rosja to zimna wojna a Polska to Wałęsa i Papież, reszty „tamtych” krajów nie ma. Bośnia, Serbia, Chorwacja, Bułgaria, Rumunia - te kraje gdzieś znikają.
Winą za niewiedzę obwinia się coś nieokreślonego wokół. Ręką należy wykonać okrężny ruch i stwierdzić, że tutaj się o tym nie wie. W Holandii jestem już na tyle długo, by wiedzieć, że nie wszyscy Holendrzy tak myślą. Spotkałam też wiele osób, które wiedziały; czasem tylko trochę a czasem bardzo dużo.
***
Trzy lata temu w szkole syna, komitet rodzicielski (lub jak to tu nazywają mamy grupowe), wymyślił, że na zakończenie roku szkolnego zorganizują imprezę, na której zostaną rozstawione stoiska gastronomiczne. Przy stoiskach będą stać mamy z różnych krajów i sprzedawać narodowe przysmaki. Prawdziwie wielokulturowa społeczność, jak to tu nazywają. W szkole wtedy były tylko dwie polskie mamy, wiec razem wzięłyśmy się za gotowanie. Razem z nami pichciły też mamy z Turcji, z Maroka i z Egiptu. Była mama z USA i z Francji.
Przyszykowałyśmy paszteciki, faworki i kompot z jabłek. Cały czas uspakajałyśmy się, że jak nam nie wyjdzie to i tak powiemy, że w polskiej tradycji to tak właśnie ma wyglądać. Na szczeście wszystko się udało. Zabawa była fantastyczna, jak powiada polskie przysłowie do ludzi trafia się „przez żołądek do serca”. Przyniosłam z domu lalkę w stroju krakowskim i posadziłam ją między pasztecikami a faworkami. Z boku naszego stolika powiewała flaga biało-czerwona a obok dzbanka z kompotem poważnie spoglądał w bok nasz piękny orzeł. Byłam dumna, szczególnie, że kolejka do naszego stoiska była bardzo długa. Rozmowy były przesympatyczne, choć czasem trochę dziwne. Ludzie chcieli wiedzieć, co jedzą, pytali i z jedzeniem w dłoni naprawdę słuchali. Sami opowiadali o tym, że znają bigos, ktoś wspomniał coś o pierogach. Inny pan z obrzydzeniem wykrzywił twarz na wspomnienie flaczków. Nie zapomnę jednak jednej starszej Pani. Podeszła do nas i powiedziała po holendersku, że kiedyś była w Polsce i nagle zaczęła śpiewać.
"Góralu, czy ci nie żal
Odchodzić od stron ojczystych"
Pani nie rozumiała co śpiewa, mówiła, że nauczyła się tego w czasie wakacji.
Wtedy chyba pierwszy raz przekonałam się, że w Holandii są ludzie, którzy wiedzą o Polsce coś więcej. Nie koniecznie musi to być data powstania listopadowego. Czasem wystarczy, że nie wrzucają nas do worka z napisem „Oost-blok’ - Blok Wschodni.
AS

Psychologia remontu

Nad tym trzeba się koniecznie zastanowić. Przeprowadzić dogłębne badania psychologiczne. Należy przebadać, przeanalizować i wyciągnąć wnioski; jak to jest z tymi remontami?
Jak za długo czegoś się w domu nie zmienia, to zaczyna człowieka nosić. Jak w końcu remont się zacznie, odchodzi się od zmysłów i ma się nadzieję, że koszmar szybko dobiegnie końca. Najpierw ogląda się próbki farb, tapety, meble i co tam jeszcze trzeba, w zależności od planowanego remontu. Potem, już po drugim dniu działań destrukcyjno- budowlanych, ma się serdecznie dość. Dom przypomina pole bitwy a pył można odnaleźć wszędzie, nawet w bębnie pralki automatycznej. Kiedy to się wreszcie skończy?!!
Mnie też już zaczyna nosić, chcę coś zmienić. Pewnie zbyt długo nie miałam bałaganu nie do ogarnięcia.
Przypomniał mi się nasz ostatni remont. Trzy tygodnie brodzenia w pyle, ale było warto. Do tej pracy zatrudniliśmy polskich specjalistów - wiadomo tańsi niż Holendrzy a robotę wykonają szybciej i często lepiej niż „tutejsi”. To byli bardzo sympatyczni młodzi ludzie z przyjacielskim nastawieniem do moich dzieci. To ważne, bo skoro spędzili w naszym domu trzy tygodnie, byli narażeni na plątanie się dwóch smyków między nogami a puszkami farby. Mnie też podobał się taki układ, bo precyzyjnie mogłam wyjaśnić, co chcę i jak to coś ma wyglądać. Jeśli coś wyszło nie tak, nie można było zwalić winy na trudności językowe. Ostatnio będąc w Polsce usłyszałam, że bardzo ciężko jest znaleźć tam dobrego specjalistę - budowlańca.
– Wszyscy są u was. Otrzymałam wyjaśnienie.
Któregoś dnia wdałam się w rozmowę z jednym z naszych budowlańców. Wymieniliśmy informacje skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Przyjemnie było powspominać. Powiedziałam, że studiuję w Holandii, on, że niedawno skończył studia w Polsce. W pierwszym momencie zdziwiłam się, bo należę do tej grupy ludzi, którzy uważają, że po studiach powinno się wykonywać inne zawody. Zrobiło mi się trochę nieswojo. Z lekką obawą zapytałam, jakie studia skończył.
– Filozofię. Odparł i odwrócił się plecami do mnie, zabierając się za malowanie kolejnej ściany.
To musiało być trudne. Sama świadomość, być może nie tak bardzo, ale brzmienie tych słów, usłyszenie własnego głosu wypowiadającego te słowa. Mnie też zrobiło się jakoś dziwnie. Nie chciałam pytać: dlaczego tak, dlaczego nie inaczej. Chyba nawet nie chciałam wiedzieć, dlaczego człowiek wykształcony musi zarabiać w taki sposób. Dlaczego nie siedzi i nie obmyśla jakiejś kolejnej teorii? Powinien w tytoniowym dymie i oparach alkoholu poszukiwać odpowiedzi na jakieś głęboko egzystencjalne pytania.
Widziałam, co robili ci młodzi ludzie u mnie w domu i w tym momencie zdałam sobie sprawę, że pewnie woleliby robić coś innego, gdzie indziej. To trochę jak w tej nowej piosence Iry: „chcieli, by co proste jest przyszło łatwo”. Wiem, że to nie jest pójście na łatwiznę. Na pewno nie jest. Nie może być! A co, jeśli to jest czasem jedyne wyjście. Czasem nie ma innego. Przecież czasem jest bardzo „ciężko łatwo żyć”.
AS

Moje trzy grupy Holendrów

W naszym świecie wszytko gdzieś przynależy. Musi przynależeć, bo jeśli nie, to trochę jakby nie istniało. Są grupy, klasy, gatunki. Mamy wielkie zwierzęta, małe owady, samochody, języki, ciastka i grupy krwi. Wszystko gdzieś do czegoś jest przypisane. Ludzie też lubią przypisywać się do jakiejś konkretnej grupy. Mogą być religijne, narodowościowe, społeczne, klasowe i jeszcze wiele innych, właściwie im więcej tym lepiej. Jak ktoś nie czuje się związany z jakąś grupą, to też jest już w grupie - tych niezrzeszonych. Poza przynależnością do grupy, ludzie uwielbiają dzielić innych. Jeśli coś jest już podzielone, zawsze można obmyślić podgrupy, podgatunki i wiele innych pod… Wymyślanie takich grup jest lepsze od uogólniania.
Ja, w raczej niemożliwym do określenia momencie i trochę nieświadomie, też stworzyłam podział - podzieliłam Holendrów. Zrobiłam to na podstawie ich znajomości Polski i Polaków. Mogę chyba stwierdzić, że istnieją trzy grupy Holendrów.
Grupa pierwsza to niewiedzący – Holendrzy, którzy o naszym kraju nic nie wiedzą i się z tym nie kryją. Dawno temu, stworzony został konkretny a mimo to całkowicie sztuczny koniec świata. Żelazna kurtyna, zmieniła nieskończoność w coś bardzo konkretnego i świat skończył się tam gdzie kończą się Niemcy. Co prawda, co jakiś czas dochodzą wiadomości z „stamtąd” i wiadome jest, że tam jednak coś istnieje, ale co to jest dokładnie, jest już nieważne. Więc lepiej udawać, że nie ma nic.
- Ooo, jedziecie do Polski, hmmm, a przejeżdżacie przez Austrię?
- Ooo tak Polska – Walensa he?
- Aaaa, Polska …..hm, no tak.
Druga grupa to ściemniacze, to ci, którzy nic nie wiedzą, ale udają, że wiedzą.
- Polska, a tak, tak…. tam jest bardzo biednie.
- Ooo, Polska, moja sprzątaczka jest z Polski.
- Jak się tam jedzie, to na auto trzeba bardzo uważać.
- Ooo tak, Polska, tam jest bardzo zimno, prawda?
I chciałoby się jak pani Szymborska odpowiedzieć, że poeci mego kraju piszą w rękawicach. Nie twierdzę, że ich wcale nie zdejmują; jeżeli księżyc przygrzeje, to tak. Klasycy ryją soplem atramentu na przytupanych zaspach. Reszta, dekadenci, płaczą nad losem gwiazdkami ze śniegu. Kto chce się topić musi mieć siekierę do zrobienia przerębli. Jednak tak jak i ona odpowiadam - wcale nie i tylko uśmiecham się trochę smutniej. Na szczęście potem spotykam kogoś z grupy trzeciej.
Trzecia grupa to uświadomieni. To ci, którzy wiedzą. Wiedzą gdzie jest Polska, że Polacy nie piją na śniadanie wódki i że jest duże prawdopodobieństwo, że nie wszyscy Polacy jeżdżą kradzionymi samochodami. Wśród nich są tacy, którzy byli w Polsce na wakacjach, którzy wiedzą co to Zakopane, Wawel. Kto to Kopernik i że Maria Curie była też Skłodowską. Są tacy, którzy wiedzą co to bigos i kluski śląskie. Naprawdę są! Często są to ludzie, którzy w swej rodzinie mają Polaków, ale też tacy, którzy po prostu chcą wiedzieć. Swoje opinie opierają na podstawie tego, co sami widzieli i doświadczyli.
Niewiedza nie jest grzechem, choć jej brak może czasem irytować, chwilami nawet boleć.
Jesteśmy trochę inni, ale co z tego, to nam przecież nie przeszkadza. Zasadniczo człowiek nie sprzeciwia się grupom ani klasyfikacjom, obawia się tylko tego, że kilka cech, w szczególności tych bardzo negatywnych, stanie się pełną charakterystyką jego osoby.
Zawsze mogłoby być gorzej. Część rodziny męża pochodzi z Belfastu, dzięki czemu ludzie spodziewają się, że jeśli już nie należą do IRA i nie przechowują po łóżkiem materiałów wybuchowych, to przynajmniej znają kogoś takiego.
AS

wtorek, 15 grudnia 2009

Dzień, w którym kochałam Holendrów najbardziej


Kryształowa Matka Boża i antyczni herosi.
Dom płonął. Żółto-czerwone jęzory sięgnęły już dachu. Temperatura była tak wysoka, że szyby w sąsiednich domach pękały. Ogień to jakby stworzenie, istota pożerająca wszystko, co napotka na drodze. Nie czuje litości i będzie pędzić przed siebie tak długo, aż ktoś go nie powstrzyma.
Wszystko zaczęło się od jednej świeczki, która spadła ze stołu i wturlała się w zasłony. Ogień wspiął się po materiale do góry. Starsza pani, przerażona tym co się dzieje, zerwała zasłony dotkliwie parząc sobie dłonie. Nie myślała, pragnęła tylko jednego, by ten intruz opuścił jej dom. Otworzyła drzwi, chciała wyrzucić płonące zasłony na zewnątrz.
Wydawało się, że ogień tylko na to czekał, tlen dał mu siłę. Teraz mógł już opanować cały dom. Wspinając się po framugach okien, dostał się najpierw na pierwsze piętro a potem na strych. W końcu wdrapał się na dach. Płomienie, jak bardzo długie ramiona, zaczęły sięgać domów obok.
Jedną z tych „płonących dłoni” zobaczył mój mąż. Razem z dziećmi sprzątali strych, sprzątali i tańczyli w takt muzyki Santany. W pierwszej chwili trudno mu było zrozumieć co widzi. To było absurdalne. Tego przecież nigdy przed naszymi oknami nie było!! Złapał dzieci tak jak stały. Wybiegł z domu, wsadził je do auta i odjechał zostawiając miejsce dla aut straży pożarnej.
Po chwili zjawiła się sąsiadka z przeciwka. Zobaczyła nasze bose dzieciaczki i pobiegła do domu, po ciuchy swoich dzieci. Wróciła, ubrała je i siadła z nimi w samochodzie i starała się zająć ich uwagę opowiadając różne historyjki. W tym czasie mąż usiłował skontaktować się ze mną. Starał się też ustalić, co w domu jest na tyle ważne, by to teraz ratować.
Nagle, nie wiadomo skąd, zjawił się tłum ludzi. Młodzieńcy wpadli do naszego domu i wydawało się, że o wiele lepiej wiedzieli, co należy ratować. Dom wypełniał się dymem, okna pękały a oni wynosili nasze rzeczy. Ratowali obrazy, zdjęcia, stare zegary. Wynieśli mój komputer i tę starą szafkę z przedpokoju. Nigdy nie widziałam tych ludzi, ale wiem, że bardzo dużo ryzykowali, aby uratować to, co dla nas ważne.
Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, na parkingu przed domem stała sterta naszych skarbów. Na samej górze, jakby uspakajająco z obietnicą, że wszystko będzie dobrze, stała kryształowa Matka Boża. Moja córeczka dostała ją od babci i dziadka.
Nasi sąsiedzi podchodzili i obejmowali nas. Proponowali, coś ciepłego, nocleg, pomoc. Wtedy nie istniały granice, te płomienie połączyły nas. Strażacy pojawili się jeszcze przed moim przyjazdem. Widziałam ich, jak bez wahania podejmowali walkę z szalejącym ogniem. Tej nocy przypominali bardziej antycznych herosów i to oni uratowali nasz dom.
Ogień starał się dachem przedostać do nas, ale tam skończył swą wędrówkę. Nie straciliśmy wiele. Jedno, co na pewno mój mąż i dzieci straciły, to sympatię do Santany. Za każdym razem, gdy słyszą tę charakterystyczną gitarę, czują pożar za plecami. Wiele nocy nie mogliśmy przespać myśląc, a co by było gdyby. Nie było żadnego gdyby, na szczęście. Byli za to ludzie, którzy okazali nam niesamowicie wiele serca.
AS

Rozmowa o powrocie


Rozmawiałam dziś z mamą kolegi mojego syna. Ta pani wiele lat spędziła za granicą. Teraz postanowiła wrócić do Holandii. Pytałam dlaczego. Odpowiedziała mi, że nie potrafiła wyobrazić sobie siebie starzejącej się tam. Zastanowiłam się nad tym, czy ja mogę zobaczyć siebie starą w Holandii. Chyba już mogę, ale dlaczego? A może wcale nie mogę, bo jeszcze nie dotarłam do miejsca, gdy człowiek zastanawia sie nad sobą jako babcią. Jak to jest ze mną? Czym różnię się od niej? Czym różni się moja sytuacja od tej, w której ona żyje?
Rozmawiałyśmy dalej. Kobieta zdziwiła się, gdy powiedziałam jej, że mój dom jest właśnie tutaj. Z jednej strony poczułam sie winna, czyżbym zdradziła swój kraj? Zastanowiłam się, dlaczego ona tak bardzo mi się dziwi. Może w tym, co powiedziałam, jest coś niewłaściwego? Słuchałam, co mówiła, a im dłużej rozmawiałyśmy, tym bardziej zastanawiałam się nad tym, co ja czuję, co ja przeżywam i gdzie ja tak naprawdę jestem.
Kobiecie po policzkach ciekły łzy, bo tutaj też nie potrafi się odnaleźć. Najprostsze sprawy sprawiają jej kłopot, a to przecież jej ojczyzna. Ludzie stali się jacyś inni, w sklepach jest coś innego, ruch na ulicach i te rowery… Ona bardzo się dziwiła moim słowom, bo pragnęła wierzyć, że jednak to, czego szukała znajdzie w Kraju Tulipanów. Nagle okazało się, że tam tego nie było, ale i tu nie można tego odnaleźć. Jeśli ja mogłam zabrać z Polski to, co ważne, a ona tego tu nie potrafi odnaleźć, to co dalej?
Zabawne, człowiek wyjeżdża i myśli, że „jakby co” to wróci, bo to przecież ojczyzna. Jednak mieszkanie gdzieś tam zmienia. Człowiek się zmienia i w jakiś sposób kraj, z którego się wyjechało, też się zmienia. Tak naprawdę, nie ma powrotu. To tak jak z tą Heraklitową rzeką, do której nie można wejść dwa razy. Niby stoi się w tym miejscu co kilka lat wcześniej, ale wszystko jest jakieś trochę inne. Tej kobiecie jest ciężko, bo ona tego nie rozumie, ona nie potrafi mnie zrozumieć, bo nie doszła do tego miejsca, gdzie ja jestem.
Ja wiem, że tutaj na zawsze pozostanę obca, nawet jeśli Królowa podpisała dokument stwierdzający, że jestem Holenderką. Ja się nią nigdy nie stanę. Zawsze będę musiała udowadniać, że nie jestem gorsza, tylko dlatego, że pochodzę stamtąd. Tam też nie będę się już czuć tak jak kiedyś. Wiem, że ona to czuje, dlatego te łzy. Spodziewała się, że wróci do tego, co zostawiła jedenaście lat temu. Ja już wiem, że dom i ojczyzna to nie miejsce na mapie, to nie dom przy jakiejś ulicy. To coś, co się tworzy samemu.
Człowiek zawsze tęskni za tym, czego nie ma, za cieplejszym klimatem, za tamtym miastem, za kiełbasą, za lepszą sytuacją ekonomiczną, za rodziną, za Grechutą, przyjaciółmi, za chlebem i za sprzedawczynią, która wie, co to ogórki kiszone. Tęsknić się będzie zawsze i nic tej melancholii nie zmieni. Łatwo jest narzekać, łatwo jest myśleć, że tam jest lepiej. Naprawdę trudno jest stworzyć swój własny świat, odgrodzić się od ludzi, którzy myślą, że mnie znają, choć nigdy mnie nie poznali. Jest bardzo trudno i to się nigdy nie kończy. Codziennie trzeba nad tym pracować, ale jeśli tylko się zacznie, to jest trochę łatwiej. Jeśli tylko potrafię zobaczyć, że moja droga jest właśnie tu, jest lepiej… trochę lepiej.
AS

Samodzielność


Być samodzielnym w innym kraju. Hmm… samodzielność to okropne słowo! No nie, tak naprawdę to słowo wcale nie jest takie straszne, tyle, że treść i to, co ze sobą niesie, jest czasem trudne do rozgryzienia. Czasem być może trochę trudniejsze, gdy jest się w kraju, gdzie wszystko działa trochę na wspak.
Chyba najpierw trzeba ustalić, czym jest właściwie ta samodzielność? Ja zawsze mam z tym kłopoty, przynajmniej jeśli chodzi o mnie samą. Gdzie przebiega granica między samodzielnością a pewnością siebie? Właściwie są chwile, że oba te pojęcia stają się nieostre i nie potrafię dostrzec między nimi różnicy.
Czasem, gdy nie jestem pewna tego, co chcę zrobić, wydaje mi się, że coś jest nie tak z moją samodzielnością, a to przecież błąd! Tak naprawdę chyba właśnie w tych zwątpieniach jest jej najwięcej, w zastanawianiu się, w rozmowach ze sobą samym i w szukaniu rozwiązania tego najlepszego. Potem gdy wreszcie coś postanawiam pojawia się zadowolenie z siebie. Czy jestem tak naprawdę samodzielna? Pewnie, że tak!
Zastanawiam się nad tym, jak to było z tą moją samodzielnością. Właściwie był to proces tak naturalny, że nawet nie zauważyłam, kiedy to się stało. Spakowałam się, wyjechałam do Holandii i stałam się samodzielna. Chyba właśnie wtedy to się stało. Choć tak do końca nie jestem o tym przekonana. Moje kłopoty z samodzielnością to walka o prawo do niej. Teraz o wiele gorzej znoszę to, gdy ktoś mi ją ogranicza lub odbiera.
Samodzielność ma dla mnie też całkiem inne oblicze. Muszę nauczyć moje dzieci, jak być samodzielnym, i to jest piekielnie trudne, szczególnie w kraju, gdzie do wszystkiego podchodzi się tak z zimną krwią, że czasem temperatura spada poniżej zera. Muszę wiedzieć, kiedy pozwolić im bawić się samodzielnie w piaskownicy, kiedy mogą zacząć chodzić do domów innych dzieci. Oczywiście wiem, że one to wszystko potrafią znacznie wcześniej, niż ja jestem w stanie im to przyznać. Im i sobie samej. Tego boję się najbardziej, że to ja mogę stać na drodze do ich samodzielności.

U logopedy

Dziś znów byłam u logopedy. Mój synek musi tam chodzić. Nie lubię tych wizyt. Ponoć są potrzebne, ale ja mam czasem wątpliwości. To trwa już długo, a ja nie słyszę słów zadowolenia. Mój mały stara się jak może i nadrabia zaległości.
Najgorsze, że zawsze, gdy tam jestem, czuję się trochę jak głupek. Nie umiem dojść do tego, czy pani logopeda uważa mnie za głupka, czy to ja sobie tylko wmawiam. Niewiedza ta nie zmienia faktu, że nie lubię tam chodzić.
Dziś ćwiczono wymowę „ui” i „au”. Dla mojego malucha jest to odrobinę skomplikowane, ale sobie radzi. Dla mnie natomiast prawie niewykonalne… niewymowne. Było auto i tuin, uil i dużo innych słów. W pewnym momencie, gdy już czas zajęć dobiegał końca, pani logopeda zwróciła się do mojego syna i powiedziała: – Musisz to ćwiczyć w domu, ale rób to z tatą, bo mama nie jest w tym najlepsza.
Zamurowało mnie. Moja reakcja ograniczyła się do bezdechu. Logopeda nie powiedziała niczego, co by było niezgodne z prawdą. Nie zareagowałam, no bo zresztą co miałam zrobić. Ja i tak zazwyczaj reaguję z opóźnieniem. Choć teraz, nawet z opóźnieniem, nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Nie chcę, aby dyskredytowała mnie przed moim dzieckiem. Nie chcę, aby mu wytykała to, czego nie potrafi jego mama. Ono to i tak wie, zdaje sobie sprawę, że w języku niderlandzkim jestem słabsza. Wie za to, że jestem dobra w innym języku. I to się liczy! Może gdybym zareagowała, syn wiedziałby, że to mnie zabolało? Tak było, minęło i jakoś to będzie. Do następnego wtorku, gdy znów pójdziemy na wizytę…
Ja potrafię powiedzieć – chrząszcz brzmi w trzcinie!Widzę. Zabolało mnie…
AS

Polszczyzna - ojczyzna


Polszczyzna to również ojczyzna. Język polski to język, w którym myślę, marzę i śnię. Ojczyzna to Polska, kraj, który opuściłam ponad osiem lat temu. Zabrałam ze sobą całe mnóstwo rzeczy. To, co wtedy wydawało mi się ważne. Wciąż coś ze sobą zabieram. Mam polskie książki, fotografie, obrazy, wydmuszki na Wielkanoc i bombki na Boże Narodzenie.W moim domu mieszają się wspomnienia z drobinami holenderskiej kultury. Co jakiś czas przemknie się też gdzieś gnom, bo tak jak moje polskie korzenie są obecne u nas w domu, tak i korzenie mojego męża ukazują się w jakiejś irlandzkiej, czterolistnej koniczynie i w garńcu złota zakopanym na końcu tęczy.
Z Polski zabrałam wspomnienia i tradycje a także polski temperament i wrażliwość. Zabrałam też coś co nie jest rzeczą, jest natomiast czymś, bez czego nie mogę żyć. Mój język. Jest on czymś, co mimo, że rzeczą, nie jest ma siłę wielu przedmiotów. To słowa w tym języku ranią najbardziej i to ta mowa potrafi mnie najgłębiej wzruszyć. „Mąż” wydaje się poważniejszy niż man, „syn”, „córka” czulsze niż zoon, dochter, a „motyl” jest jakby lżejszy i wyżej frunie niż vlinder.
Teraz już wiem, że ojczyzna to raczej nie kraj na mapie, a znacznie bardziej w sercu. Moja ojczyzna jest we mnie. Teraz nie potrafię już do końca odnaleźć się w Polsce, bo to, co najcenniejsze, zabrałam z Polski ze sobą. Stworzyłam sobie moją małą ojczyznę gdzieś daleko.
Teraz już wiem, że dzięki mojemu językowi mam coś, co zawsze będzie mnie łączyć z tym co najlepsze w Polsce. Jednak to, co najważniejsze to „mama oć tu!” w ustach moich dzieci i „wytaj kfatuszek” w telefonie od męża.
AS

Obawy i tęsknoty


Popatrzyłam na górę prasowania i stwierdziłam, że dłużej już nie uda mi się tego odkładać. W szafach świecą pustki, a wszystko pogniecione jest w koszach. Trzeba się za to zabrać. Rozstawiłam deskę na środku pokoju, tak aby widzieć telewizor. Tej góry nie dam rady pokonać bez fajnego filmu. Włączyłam Canal+, zaraz miał się zacząć „Pan Tadeusz”. Nie, to nie jest film do prasowania. Do tej czynności muszę mieć jakiś głupi film, sensacje albo romans. Najlepiej coś co już widziałam, bo akcja nie może wpłynąć na rozliczne poparzenia rąk. Nie przełączyłam. Film się zaczął, a mnie zaczęło się robić jakoś dziwnie.

Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,
W całej przeszłości i w całej przyszłości
Jedna już tylko jest kraina taka,
W której jest trochę szczęścia dla Polaka,
Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie…
(Epilog, wers nr. 64-69)

Czułam, jak łzy płyną mi po policzkach. Tyle razy czytałam ten tekst, ten film też widziałam kiedyś dawno. Teraz jednak te słowa jakoś inaczej zabrzmiały w moich uszach. Wiem, zmieniła się perspektywa i dlatego to wszystko stało się inne. W tym tekście ukryte są obawy i tęsknoty wielu, ale w tym momencie poczułam, że to ja, że to o mnie. Nagle gdzieś tam dostrzegłam siebie.
To była dziwna chwila. Patrzyłam i słuchałam. Obrazy, muzyka i słowa, reszta była jakoś mniej ważna. Już nie drażnił dobór aktorów ani przemawiające przez nich uczucie sztuczności, jakiejś nieprawdy. Przypomniały mi się wakacje wśród takich właśnie lasów brzozowych. Przypomniały mi się jagody i szum Łękawki. Przypomniały mi się oscypki i domowy ser z Katowic, grzyby na blasze i te żółte kwiaty, które były wyższe ode mnie. Pokrzywy, wróble i lodowata woda ze studni, tak czysta jakby jej wcale nie było. Już nie mogłam prasować, ryczałam. Stałam z żelazkiem w dłoni i najnormalniej w świecie ryczałam.
– Mama co jest? – wyrwało mnie ze wspomnień i łez.
– A nic… nic. O co chodzi?
– Mogę film dla dzieci? – spytał mój synek chyba wciąż nie wierząc, że może być wszystko w porządku, skoro mam taki wyraz twarzy. Spojrzałam jeszcze raz na Zamek Sopliców.
– Pewnie – powiedziałam i za chwilę na ekranie pojawiły się postacie z kreskówek. Westchnęłam jeszcze raz i zabrałam się za prasowanie.
AS