czwartek, 23 września 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.3



Alienacje Pana Cogito

Pan mieszka w obcym państwie. "Obcym" to brzmi tak strasznie. Obcy to też cudzy, całkiem nie nasz i zupełnie nie na miejscu. Często czuje się tak człowiek, który znajduje się w innym, "cudzym" państwie. Wszystko tam dzieje się jakby samo i nas do niczego nie potrzebuje. Człowiek czuje się zupełnie niepotrzebny, taki dodatek, którego nikt nie zamawiał. Wie pan, rozmawiam czasem z przyjaciółmi z Polski. Rozmawiamy o realiach, ja bardziej słucham, ale często ogarnia mnie przerażenie, że dla wielu z nich nasza ojczyzna też jest obcym krajem. Dla nas obcość jest jakby bardziej realna i łatwiejsza do opisania, możemy ją zaklasyfikować do przedmiotów, smaków i zachowań. Ale co z ludźmi, którzy tego nie mogą. My przynajmniej możemy myśleć, że gdybyśmy byli gdzieś indziej byłoby inaczej, że jest nie tak, bo jesteśmy tu. Przeraża mnie myśl, że są ludzie, dla których "tam" i "tu" to, to samo miejsce. Oni nie mają gdzie uciekać... A może oni są w chwili, w której my już dawno byliśmy. Może ja przyglądam się historii odtwarzanej wciąż na nowo. Być może za jakiś czas oni też powiedzą - już dość! Spakują kilka rzeczy, to co ważne i wyjadą szukać lepszego miejsca, innego, cudzego...
Dla pana ta obcość też jest tak bardzo obca i zna pan wiele jej rodzajów. Czy odnajduje pan coś swojego, znajomego w tym świecie? Czy jest tu miejsce dla pana?

Pan Cogito trzyma w ramionach
Ciepłą amforę głowy


Przepraszam, że pytam, ale dlaczego mówi pan o sobie w trzeciej osobie. Raz mówi pan "ja" a potem "on". Czasem łatwiej o sobie powiedzieć "on", a czasem znów przyjemniej zasygnalizować istnienie "ja". Kim pan jest? Czy pan to Zbigniew Herbert, czy jednak pan Cogito to ktoś całkiem inny, całkiem odrębny? Wie pan co, czytałam, że jest pan dobrym znajomym Herberta? (Falkowski 2008: 333) Czy to prawda?
Trzyma pan jej głowę w ramionach, to takie czułe i takie ciepłe. Ona może być kimś znajomym. W miłości można odnaleźć dom. W miłości i w śmierci. Choć to drugie nie jest do końca pewne, bo stamtąd nikt nie powrócił aby to potwierdzić. Wiem pan:


'Umrzeć - zasnąć -
I na tym koniec. - Gdybyśmy wiedzieli,
Że raz zasnąwszy, zakończym na zawsze
Boleści serca i owe tysiączne
Właściwe naszej naturze wstrząśnienia,
Kres taki byłby celem na tej ziemi
Najpożądańszym. Umrzeć - zasnąć. - Zasnąć!
Może śnić? - w tym sęk cały, jakie bowiem
W tym śnie śmiertelnym marzenia przyjść mogą,
Kiedy zrzucimy z siebie więzy ciała,
To zastanawia nas: i toć to czyni
Tak długowieczną niedolę; bo któż by
Ścierpiał pogardę i zniewagi świata,
Krzywdy ciemiężcy, obelgi dumnego,
Lekceważonej miłości męczarnie,
Odwłokę prawa, butę władz i owe
Upokorzenia, które nieustannie
Cichej zasługi stają się udziałem,'
Hamlet W. Shakespeare scena 1 akt III



Reszta ciała jest ukryta
widzi ją tylko dotyk


Czasami dotykiem można zobaczyć o wiele więcej niż oczyma. To dotyk zmienia obraz w realność, zdjęcie w fizyczne doświadczenie. Dotyk może wypełnić, dodać informacje do tego, co już nam przekazały oczy. Delikatność skóry albo jej chropowatość, ciepło, które jest dowodem obecności. Ciężar ciała obok - ułudna pewność, że to na zawsze a przynajmniej na tę jedną chwilę...

przygląda się śpiącej głowie
obcej a pełnej czułości


A jednak jest obca. Czyli, że nawet w kochanej osobie nie może pan odnaleźć przystani. Pan widzi wyraźnie granicę pomiędzy tym, co "ja" a co już tym "ja" nie jest. Dla pana bardzo ważne jest to co znane i co obce. Ciężko jest żyć nie zaznając, choć na chwilę, tej bliskości. Tego uczucia, że ktoś poza nami jest częścią nas.

jeszcze raz
stwierdza ze zdumieniem
że istnieje ktoś poza nim
nieprzenikniony
jak kamień


W jaki sposób ktoś poza panem mógłby stać się panu bliski? Zresztą chyba jest nie możliwe na dłużej być zjednoczonym z kimś. To są chwile, ale właśnie one są takie piękne. Jednak coś, co trwa dłużej, daje wytchnienie i spokój a to jest tak bardzo potrzebne.

o granicach
które otwierają się
tylko na moment


Otwierają się tylko na chwilę, ale podobnie jest w pana przypadku. Pan tylko na chwilę pozwala, by ktoś był blisko, by pana poznał.

potem morze wyrzuca
na skalisty brzeg


Bolesne jest, gdy te chwile się kończą. Przez to, że trwają tak krótko wydaje się, że są nieprawdziwe. Choć to, co się kończy, wcale nie musi być iluzją. Czasem ważniejsze jest, że te chwile były, że być może znów nadejdą. To wszystko jest tak strasznie skomplikowane!


o własnej krwi
Stamtąd pan przybył i właśnie taki pan jest. Bardzo trudno odejść od samego siebie.

obcym śnie
Tutaj się pan znalazł. Trzeba mieć własne sny, bez tego bardzo trudno przeżyć dzień a nocy już chyba nie można.

uzbrojony w swoją skórę

Z tym pan przybył. Ze sobą, z tym, co pan ma w sobie i wydaje się, że nie ma już nic więcej.

Pan Cogito oddala
śpiącą głowę
delikatnie
żeby nie zostawić
na policzku
odcisków palców


Nie chce zostawić pan odcisków palców. Odciski palców są dowodem obecności. Dowodem na to, że się było. Nawet, jeśli zatrze pan te dowody, nie zmieni to faktu, że pan tu był, jest. Pan jednak chciałby inaczej być, nie tak przeraźliwie oddzielony od niej. Nie tak okrutnie samotny.

i odchodzi
samotny
w wapno pościeli


Te rozmyślania jednak niczego nie zmieniły. Jest pan samotny i pańskie "ja" jest daleko od każdego innego. Kładzie się pan spać. Na chwilę zapomni pan o sobie i zapomni o samotności. Zasypia pan w bieli. Biel ta jednak nie przypomina chłodu poduszki, na którą składa się zatroskaną głowę. Pańska biel to wapno, a to już kojarzy się ze śmiercią. Z ostatecznością zasypaną wapnem, aby nie miała już wpływu na innych, by świat zewnętrzny nie mógł wpłynąć na to, co przykrywa. Aby nikt się nie dowiedział, aby nikt inny nie był chory.
AS

niedziela, 19 września 2010

Cząstka Australii


Rachel jest moją przyjaciółką od 9 lat. We wspomnieniach dzielimy wiele, jej ślub, nasze ciąże, maleńkie dzieci, które już wcale takie maleńkie nie są, książki, filmy. Kursy języka holenderskiego, wyprawy w nieznane, tycie i diety, długie godziny przy kawie, zrozumienie i łzy. Zmartwienia i radości, i jeszcze wiele nieponumerowanych dni.
Ona przywodzi mi zawsze na myśl „chatę roztańczoną, rozśpiewaną’, jej to nic nie mówi, nie ma nic wspólnego z Rachelą Wyspiańskiego. Ona nawet nie wie, że był ktoś taki jak Wyspiański. To nic, nie musi, ona pochodzi z Australii.
W Holandii znalazłyśmy się z tego samego powodu, stąd pochodzą nasi mężowie. Rachel ma pięknie urządzony dom. Na ścianach wiszą zdjęcia z widokami z jej rodzinnych stron, z twarzami ludzi, którzy mieszkają na końcu świata. Meble ozdabiają rzeźby wykonane ręką Aborygenów. Przyglądam się temu wszystkiemu i pytam, jak może mieszkać w tak zimnym i płaskim kraju, gdy jej dom to wodospady tak błękitne, że ma się wrażenie, że woda spada prosto z nieba, wspaniała roślinność, zielona i tak zupełnie inna, pustynie, kamienie tak wielkie, że to już prawie góry, kangury z maleństwami zawsze przy sercu i misie koala z dwoma kciukami na jednej łapce.
Gdy ja rozmawiam przez telefon z tatą, który jest w Polsce, tam jest ta sama chwila, taki sam księżyc, słońce jest w tym samym miejscu na niebie. Gdy ona dzwoni do swoich rodziców, tam słońce chowa się za horyzontem a dla niej dopiero zza niego się wyłania.
Siedzimy z kubkami kawy w dłoniach, wpatrujemy się jej bawiącego się trzyletniego syna. Rachel bardzo powoli mówi, że nie tęskni za ojczyzną, bardziej za rodziną i przyjaciółmi. Chyba dlatego tak bardzo ją lubię. Jest taka spokojna. Pytam ją jaka jest największa różnica między Holendrami i Australijczykami. Mówi, że w Holandii ludzie są tak bardzo zestresowani. Zastanawiam się jak wypadliby w tym porównaniu Polacy. Mówi, że święta Bożego Narodzenia w Holandii są takie dziwne. Ze zrozumieniem kiwam głową, ale zaraz łapię się na tym, że przecież nie może mieć na myśli tego, że tutaj brak śniegu. U nas Boże Narodzenie jest w środku letnich wakacji - dodaje -najczęściej spędzamy te święta w basenie, przy grilu. No tak jest inaczej...
Mieszkając w innym kraju trzeba przyjąć określoną postawę, kontynuuje. Można się całkowicie dostosować, zapomnieć kim się jest i być takim trochę "pseudo- tutejszym", można też postarać się wyciągnąć z obu krajów to, co najlepsze i stworzyć swoje miejsce. Nie zapominając kim się jest, pielęgnować korzenie, ale i korzystać z tego co jest tutaj. Można też uporczywie trwać tam będąc tutaj. Stać się jeszcze bardziej obcym.
W marcu odwiedziła mnie. Powiedziała, że ma dla mnie ważną wiadomość. Oznajmiła, że wraca. Postanowili z mężem, że przeprowadzą się do Australii. Rachel chce wrócić, za rok, muszą zakończyć sprawy tutaj a potem znów zaczną od początku, na końcu świata.
Pojawiły się pytania - a ty nie chciałabyś mieszkać w Polsce? Wykręcam się brakiem pracy dla męża, ale tak naprawdę zastanawiam się, a co by było gdyby... Chyba nie chcę odpowiadać na to pytanie. Jeszcze nie teraz...
AS

wtorek, 14 września 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.2



O dwu nogach Pana Cogito

Pan jest emigrantem. Widzi pan, ja też. Choć inaczej niż pan, ja tak bardziej z własnej woli i w innym czasie. Wyjechaliśmy z tego samego kraju a mimo to z dwóch całkiem różnych miejsc. Czas, który dzieli nasze wyjazdy zmienił punkt wyjścia. Pan uciekał, ja chyba też, pan przed innymi a ja trochę bardziej przed samą sobą. Jak sobie pan radzi z tym byciem "tu" i nie byciem "tam", gdzie kiedyś był pana dom? Czy zmienił on miejsce, czy jest pan bardziej tu czy może jednak tam? Może nie ma pana już nigdzie tylko już we wspomnieniach i tych słowach. Porusza się pan między tymi dwoma światami, które nie tylko geograficznie ale i w wymiarze czasu są gdzie indziej. Jak może… jak potrafi iść pan przed siebie? Przepraszam, ja tyle pytam, ale chyba w sama w tych pytaniach szukam odpowiedzi. Chyba zadając je panu zadaję je sobie sama.

Lewa noga normalna
rzekłbyś optymistyczna
trochę przykrótka
chłopięca
w uśmiechach mięśni
z dobrze modelowaną łydką


To tak jakby chodziło się na dwóch różnych nogach. Nikt nie ma dwóch jednakowych "nóg", ale nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Zawsze można dopatrzeć się różnic. Jednak gdy się jest i "tu", i "tam" po trochu, ma się bardzo wyraźnie zaznaczone te różnice. Rozumiem… choć to czasem trochę niebezpieczne stwierdzenie, bo być może to jest tylko to, co ja czuję i tak naprawdę nic nie rozumiem. Może ja nie wiem, co ma pan na myśli. Czasem wydaje mi się, że gdy analizuje się wiersze nie powinno się pytać co autor miał na myśli. To tak strasznie pachnie szkołą podstawową. Powinno się pytać, co czuł poeta. To dopiero jest wyzwanie!
Poeci to dopiero mają dwie różne nogi. Dwie różne natury, które ze sobą walczą i żyją obok siebie i w sobie. Jedna natura przypomina dzieciństwo, tak było kiedyś, wtedy gdy się zawsze wierzyło, że jutro będzie lepiej. Gdy było się dzieckiem i jeszcze całkiem młodym człowiekiem… A może się mylę… bo przecież dzieciństwo i młodość kiedyś się kończą a tutaj nic się nie kończy. Tak przecież jest, metryka oszukuje nas, przekonując, że już jesteśmy dorośli, że to dziecko z "kiedyś" już nie istnieje, ale ono pozostaje w nas na zawsze. Potrafimy w sobie zachować trochę tego optymizmu z "kiedyś" i czasem, jak tak pięknie świeci słońce, właśnie ta część nas samych bierze górę i znów czujemy to co wtedy.
Jest jeszcze inna część natury człowieka. Jest jeszcze ta druga noga…

prawa
pożal się Boże -
chuda
z dwiema bliznami
jedną wzdłuż ścięgna Achillesa
drugą owalną
bladoróżową
sromotną pamiątką ucieczki


Czy to oznacza, że został pan pokonany? Tak jak Achilles, ale musi pan żyć nadal. On trafiony mógł umrzeć, jego słabość była ostatnią chwilą w jego życiu. Pan jednak musi nadal żyć, nawet będąc trafionym w to miejsce. Jednak, czy to właśnie nie czyni pana jeszcze większym herosem. Przecież, gdy żyje się po otrzymaniu ostatecznego ciosu, to dopiero jest oznaka siły. A może przemawia przeze mnie naiwność, bo gdy żyje się po ostatecznym ciosie, to być może już tylko egzystencja a nie życie.
Gdy się jest młodym, wydaje się, że można pokonać wszystko. Nic nas nie zdoła powstrzymać! Straszny jest ten dzień, gdy odkrywa się, że jednak są słabości nie do pokonania… Wcale nie - tych, których się nie jest w stanie w tym momencie pokonać. Zresztą, wtedy też do końca nie wiadomo, czego warto bać się a czego bać się wcale nie trzeba. Znów moja naiwność?
Bo widzi pan, ja czasem przystaję, aby na chwile unieść prawą nogę i udawać, że jej nie ma, przez tę chwilę chcę wierzyć, że nie ma blizn. Pan pewnie myśli, że tak nie można, że to trochę nieodpowiedzialne. Pan wie, że długo nie da się stać na jednej nodze.
A ta druga pańska blizna, ta owalna, to ucieczka. Przed czym pan uciekł? Nie chce pan mówić. Pozostała blizna, dowód na to, że w jakimś sensie nadal się ucieka. Wstydzi się pan tego, bo to dowód strachu? Przecież każdy czasem się boi. A może była to heroiczna akcja, choć heroiczne ratuje się życie innych, nie swoje.
Blizny to atrybut żołnierza, rycerza. Czasem jednak, aby uciec, trzeba wykazać się większą odwagą niż gdy się pozostaje. Może to być jedyny przejaw akcji, dowód sprzeciwu. Każdy przed czymś ucieka. Może to nie wojna, ani ustrój polityczny, a może to niespełnione pragnienia albo nieudany związek, może to sytuacja ekonomiczna a może coś jeszcze całkiem innego.
Myśli pan, że każdy człowiek ma takie dwie nogi, czy to cecha emigranta? Czy jeśli emigranta, to każdy tak czuje, czy tylko część z nas?

lewa
skłonna do podskoków
taneczna
zbyt kochająca życie
żeby się narażać


Ta lekkość to po prostu nie przejmowanie się niczym - lekkoduszność. Pan tego nie lubi, czasem trzeba się narażać. Jednak czasem trzeba, choćby przez moment, zatańczyć.

prawa
szlachetnie sztywna
drwiąca z niebezpieczeństwa


Drwi pan z niebezpieczeństwa, bo już pan wie, czego się bać a czego bać się nie należy, mimo tego te strachy mieszkają gdzieś w panu.
Kim jest pan bardziej? Która noga jest silniejsza. Bo przecież to nie nogi, to coś co mieszka w naszej duszy, w sercu w umyśle. To nierozerwalne połączenie tego wszystkiego by potrafić czuć i myśleć, by potrafić patrzeć na świat w różny sposób.

tak oto
na obu nogach
lewej którą przyrównać można do Sancho Pansa
i prawej
przypominającej błędnego rycerza
idzie
Pan Cogito
przez świat
zataczając się lekko


Obydwie, pan idzie na obu nogach! Obie natury mieszają się w panu. Czasem myślę, że ja też tak trochę się chwieję, ale chyba jeszcze nie nauczyłam się na tych dwóch nogach chodzić. To przyjdzie z czasem. Ja nigdy nie musiałam uciekać przed wojną, czy straszliwym systemem, ale też uciekałam. Nie do końca jestem przekonana, czy te ucieczki zostawiły blizny, czasem może tylko wstyd, że nie było się odważniejszym, że nie zrobiło się czegoś, że nie powiedziało... wstyd to też blizna.
AS

sobota, 11 września 2010

Ze sterty papierów...


Ktoś podarował mi wyblakłą kartkę z opowieścią o starym Indianinie i jego wnuku. Opowieść ta musiała być już wielokrotnie kopiowana, bo litery się rozmazały, ale i tak można z łatwością odczytać przesłanie. Pozwolę je sobie tu przytoczyć.
Stary Indianin daje wnukowi lekcję życia,
W moim wnętrzu trwa walka - zwrócił się do młodego - to straszna walka między dwoma wilkami. Jeden z nich jest zły - stworzyła go wściekłość, zazdrość, buta, poczucie winy, chciwość, uraza, kłamstwa, pycha, poczucie wyższości i ego. Ten drugi wilk stworzony jest z radości, spokoju, miłości, nadziei, skromności, przebaczenia i zrozumienia. W twoim wnętrzu trwa ta sama walka i tak jest we wnętrzu każdego człowieka.
Wnuk przez chwilę się zastanawiał a potem zapytał starego Indianina. Który z tych wilków wygra tę walkę?
Stary uśmiechnął się i odpowiedział:

Ten, którego będziesz karmił. 
AS

piątek, 10 września 2010

Moje alienacje



Wakacje. Jeszcze kilka lat temu, był to powrót. Powrót do korzeni, powrót do tego co się zna. Nagle po dekadzie spędzonej w Holandii, wakacje w Polsce stały się wyjazdem w nieznane. Wdycham powietrze tak bardzo mi znane i orientuję się, że przyzwyczaiłam się już do czegoś innego. Przyzwyczaiłam się? Czyż to nie straszne?! Czyżbym stała się... no właśnie kim?! Nagle zdałam sobie sprawę, że przyjechałam z wizytą.
Nagle zaskoczyły mnie całkiem zwykłe rzeczy, coś co kiedyś znałam a teraz wydało mi się dziwne. Taki odruch bezwarunkowy, ale jednak wykonany przez moje ciało. Przygniotły mnie całkiem zwykłe pytania, na które nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Zaczęło mnie gnębić uczucie, że wyjeżdżając za granicę zrobiłam coś złego. Wracając trzeba stanąć na wysokości zadania. Trzeba przepraszać, myślą, mową i uczynkiem.
Nagle tak całkiem namacalnie tam też stałam się obca, obca wśród ludzi, których kiedyś znałam. Rozmowy ograniczyły się do tego - co słychać i jaką pogodę macie w Holandii? Bezpieczne pytania i odpowiedzi nie wymagające wysiłku. Tak jest wygodnie.
Czyżbym już tak długo była w Holandii, że życie w Polsce stało się dla mnie dziwne?
Kiedyś ktoś życzył mi, abym wyrobiła w sobie dystans do otoczenia. Nie chcę dystansu, chcę być blisko, chcę czuć. Zabawne, że życzenia płynęły z Polski. Nagle zobaczyłam, że to właśnie tamten świat nabrał dystansu do mnie.
Rozmawiam z dziećmi po polsku i niby jest normalnie, swojsko. One jednak między sobą mówią po holendersku i już jest inaczej. Już widać - oni nie stąd. My nie stąd!
W głowie zaczynają pojawiać się myśli - a może tak całkiem po prostu być obcym? Być może to już stało się częścią mnie, taka jestem i koniec. Tak jak kolor oczu albo budowa ciała. Już tego nie zmienię. Dlaczego być częścią grupy, jeśli trzeba być kimś innym? Przynajmniej mam odniesienie do poczucia własnego wyobcowania. Potrafię "zmaterializować" to uczucie właśnie dzięki kilometrom, które dzielą dwa państwa. Tak wiele osób jest obcym we w ojczyźnie, we własnym domu.
Odkrycie tych wakacji - nie ma już powrotu do miejsc. Miejsc już nie ma, minęły tak jak czas, minęły razem z tym czasem, którego też już nie ma. Pozostały wizyty.
Wróciliśmy do domu, do Holandii i znów to samo. Dzieci mówią między sobą po holendersku i jest tak normalnie, tak swojsko. Do mnie mówią po polsku, mijająca nas pani spogląda na nas z zainteresowaniem - oni nie są stąd...
AS

środa, 8 września 2010

Na kawę z Panem Cogito cz.1



'Szukam teraz jakiejś własnej, urojonej formuły klasyczności,
Poezji, która miałaby jakieś szanse przetrwania'
Z. Herbert
Z listu do Jerzego Zawieyskiego


Kawiarnia
Jest taka mała kawiarenka na skrzyżowaniu ulic w pewnym mieście... Właściwie to i to miasto nie jest takie ważne, ani ulice. Pewnie mogą być wszędzie, albo całkiem być może, nie ma ich nigdzie. Co jest natomiast ważne, to dym wyginający się ponad głowami i ta jedna osoba, która istnieje tak bardzo tu przede mną i chyba jeszcze bardziej gdzieś w środku mnie. Co ważne to te słowa, które mają coś z magii, bo przenoszą gdzieś w głąb emocji a może właśnie te emocje odkrywają. Tak jakby te słowa wiedziały więcej, wiedziały więcej o mnie i potrafiły lepiej opisać to co czuję. A może po prostu ja potrafię odnaleźć coś z siebie w tych linijkach zapisanych czarnym piórem? Tak jakby to tu i tam, teraz i wtedy było połączone tymi właściwymi słowami.
Ja jestem gadułą, paplam starając się w tej powodzi słów odnaleźć to co ważne. On rzeźbi uczucia w słowach a może słowa w uczuciach. W kilku wersach potrafi wyrazić TO i nie trzeba już nic więcej. Czasem nawet bardziej się czuje to, o czym on mówi niż rozumie.

Pan Cogito czyta gazetę

Pan Cogito siedzi obok mnie, nie naprzeciw a obok. Gdyby siedział naprzeciw musiałby przyglądać się mnie a on chce patrzeć na ulicę. Chce przyglądać się ludziom, którzy mijają okno przy którym stoi, na tę chwilę, całkiem nasz stolik. Przez chwilę może mi się wydawać, że patrzymy w tym samym kierunku, że siedzimy w tym samym miejscu. Cóż za bałwochwalcze stwierdzenie! Zapewne chce mnie czegoś nauczyć.
Ogarnia mnie strach. Taka okazja, takie spotkanie, a ja doskonale wiem, że nie uda mi się zapytać o wszystko co ważne. Przecież jutro zaglądając do tych notatek znów coś odkryję, znów w tych znanych słowach przeczytam coś po raz pierwszy.
Wyciąga papierosa i nie spiesząc się zapala go. Po chwili stuka palcem w gazetę, która leży na stoliku:

Na pierwszej stronie
meldunki o zabiciu 120 żołnierzy


Tak widziałam, też czytałam. Takie artykuły pojawiają się tak regularnie, że już nawet nie zwraca się uwagi na to, jaka to wojna, kto z kim, ani o co poszło. Tak, o powodach nie myśli się wcale. Czasem tylko, gdy to żołnierz z naszej ojczyzny, człowiek na chwilę się zatrzyma i być może trochę powspółczuje. Jednak to musi być jeden żołnierz, no góra dwóch, ale 120 to za dużo. Czy to pańska wojna? Czy artykuł wspomina o wojnie w pana ojczyźnie?

wojna trwała długo
można się przyzwyczaić


Tak naprawdę wszystkie wojny trwają długo, jeśli są krótkie to tylko dla tych, którzy w nich nie biorą udziału. Zresztą to i tak nie jest ważne, bo i tak zaraz wybucha jakaś nowa i znowu giną ludzie.

tuż obok doniesienie
o sensacyjnej zbrodni
z portretem mordercy


O tak, to już o wiele ciekawsze i jeszcze to zdjęcie. Jakby bardziej chwyta za serce i jeszcze wydarzyło się bliżej, choć właściwie dla nas to i tak daleko, bo przecież nie tutaj. Portret mordercy. Taki całkiem zwykły człowiek i taki smutny.

oko Pana Cogito
przesuwa się obojętnie
po żołnierskiej hekatombie
aby zagłębić się z lubością
w opis codziennej makabry


Przygląda się pan temu z obojętnością, bo to takie codzienne. Takich wiadomości widział już pan tak wiele, że to pana zupełnie nie interesuje. Przecież wiadomo, że jutro albo pojutrze, znów pojawi się taka informacja. Być może zginie trzech mniej albo czterech więcej. Być może stanie się to w innym państwie i ci młodzi żołnierze będą walczyć o jakąś inną równie odległą dla nas sprawę. Może ta codzienna makabra jest ważniejsza i bardziej oddziałuje na pana wyobraźnię. Jednak czy o tym, co tu się stało, będziemy pamiętać dłużej? Czy tak naprawdę ten morderca jest dla nas ważniejszy? A tak w ogóle - to co się stało?

trzydziestoletni robotnik rolny
pod wpływem nerwowej depresji
zabił swą żonę
i dwoje małych dzieci

podano dokładnie
przebieg morderstwa
położenie ciał
i inne szczegóły


Prawie jak w filmie, można sobie z łatwością wyobrazić co się stało i postaci wydają się jakby bardziej realne. To, czego nie podali, możemy sobie swobodnie dopowiedzieć. Pewnie tam dalej opisali jak to zrobił i że sąsiedzi zawsze uważali go za takiego spokojnego człowieka. Albo może odwrotnie, okaże się, że już wcześniej były doniesienia, że z nim coś nie tak, a nikt nie reagował, a teraz jest już za późno. Dobrze nam idzie prawda, zbrodnia nabiera realności, prawie widzimy co się stało. Nawet to, o czym nie wspomnieli, zobaczymy bo potrafimy, dorobić kolor oczu, długość włosów a nawet porozstawiać meble po wyimaginowanym domu mordercy i ofiary. .

120 poległych
daremnie szukać na mapie
zbyt wielka odległość
pokrywa ich jak dżungla


120, ale gdzie, tak daleko – czyli trochę jakby bez znaczenia. Bez danych, które wyznaczają granice poznanych przez nas miejsc. Nie mogę sobie tego wyobrazić, a pan? Nie wyobrażę sobie 120 par oczu, nie dam rady zobaczyć koloru włosów. Gdyby był jeden albo przynajmniej dwunastu, ale 120. Jacy byli, kim byli? Za dużo pracy dla wyobraźni a jeśli tak dużo pracy, to może dajmy sobie spokój. Po prostu gdzieś tam, ktoś tam, to chyba za dużo… za daleko… za nieznajomo… .

nie przemawiają do wyobraźni
jest ich za dużo
cyfra zero na końcu
przemienia ich w abstrakcję

temat do rozmyślania:
arytmetyka współczucia


A tak naprawdę proszę pana, to komu my współczujemy? Nie tym żołnierzom, bo za dużo i za daleko. Jednak czy współczujemy tej kobiecie, może dzieciom? A może temu mordercy, który pewnie wyjdzie z depresji, ale już nie będzie miał po co żyć. Czy współczujemy jemu? Może w tej arytmetyce współczucia wcale nie ma już na nie miejsca. Może gdyby to się stało za ścianą, tuż obok, albo zaraz przed nami, ale to wszystko to tylko informacje o ludziach i miejscach zupełnie nam obcych. Tak naprawdę to my nikomu nie współczujemy!
AS