piątek, 29 czerwca 2012

O północy w ...Warszawie...



Co z tego, że mamy XXI wiek i coraz lepsze technicznie cywilizacje, kiedy nie potrafimy dotrzeć do drugiego człowieka, a rozwój emocjonalny i duchowy większości ludzi pozostaje w epoce kamienia łupanego.
Woody Allen

Piątkowy wieczór, początek weekendu. To bez wątpienia idealna chwila na spotkanie z Woodym Allenem. Wreszcie, nareszcie obejrzałam najnowszy film tego reżysera "O północy w Paryżu". Produkcja ta została bardzo pozytywnie przyjęta przez krytykę. W filmie brak jest jednak tak dobrze znanych i charakterystycznych "mroczności" Allena. Sam powiedział, że w tym obrazie mroczne tematy pozostają mniej ważne.

Oglądając ten film widza nachodzi wiele myśli, w większości bardzo pozytywnych. To bardzo przyjemna bajka, trochę na pograniczu sennych marzeń. Przesłanie twórcy zostało podane na tacy i nie trzeba się długo zastanawiać, głębsza analiza jest zbędna. Po prostu mile spędzony wieczór.

Mnie zastanowiło jeszcze tylko, dlaczego Owen Wilson, według scenariusza mający grać pisarza Gila, tak naprawdę grał Woodego Allena. Stwierdzi to prawdopodobnie każdy, kto kiedyś obejrzał inny film, w którym sam reżyser wziął udział.

W "O północy w Paryżu" poruszony został temat, który pojawia się w rozmowach prawie każdego, kto ma za sobą trzydzieste urodziny - kiedyś było lepiej. W wypowiedziach zmienia się tylko, kiedy było to "kiedyś". Dla każdego jest to inny czas, bo przecież "wtedy" było łatwiej, "wcześnie" wszystko było jasne, "kiedyś" żyło się prościej.

Główny bohater, pisarz, zakochany w tym co już dawno minęło, spacerując nocami po ulicach Paryża, spotyka wielkich artystów lat dwudziestych. Ma okazję porozmawiać ze Scottem Fitzgeraldem, napić się i wysłuchać życiowych mądrości Ernesta Hemingwaya, oddać do przeczytania swój rękopis Gertrudzie Stein, i spojrzeć na jeszcze mokry od farby obraz Pabla Picasso. Ponadto Paryż w filmie jest niczym odrębna postać. Jest przedstawiony w taki sposób, że trzeba się powstrzymywać, aby nie zacząć pakować walizek i nie zaplanować wyprawy do stolicy Francji,
Julian Tuwim

Film trochę zaczarowany mnie również zaczarował. Kładę się spać i jeszcze chwilę się zastanawiam. A gdybym ja tak mogła, ale nie w Paryżu a w Warszawie. Wyjść o północy na miasto, czekać aż nadjedzie samochód, też stary, bo się przenoszę, taki powiedzmy Durant.  Wsiądę do tego pojazdu, a tam będzie już na mnie czekał młody mężczyzna o szczupłej twarzy i haczykowatym nosie.
- Witaj - powie a ja go poznam. To Julian Tuwim. Zapytam go, dokąd się wybieramy. On odrzeknie, że na Nowy Świat 57 i już będę wiedzieć gdzie jedziemy; do Kawiarni pod Picadorem.

W tamtym miejscu będą się unosić papierosowy dym i cicha muzyka. Zostanę przedstawiona Antoniemu Słonimskiemu, który właśnie skończył swoje Sonety. Przy stoliku będą siedzieć Jarosław Iwaszkiewicz i Jan Lechoń dyskutując o wolności i bezprogramowości. W mych marzeniach znalazłam się między poetami grupy Skamander. Gdzieś z boku zobaczę Stanisława Ignacego Witkiewicza, ale on nie będzie chciał ze mną rozmawiać zajęty przemyśleniami i używkami. Z pewnością spotkam też owiniętą w romantyczny szal Marię Pawlikowską Jasnorzewską, choć wtedy jeszcze tylko Pawlikowską.  
Maria Pawlikowska Jasnorzewska

Co, nie wszystko do końca się zgadza? Ach, tylko trochę, to przecież moja wyobraźnia, mój sen. Skoro już przeniosłam się na Nowy Świat 57, w rok w którym urodziła się moja babcia, mogę spotkać wiele znanych osób. Mogę zachłysnąć się tamtą atmosferą mieszaniny przygnębienia i walki o przyszłość.

Obudzę się z tego rozmarzonego snu i odkryję, tak jak w zamyśle miał Woody Allen, że chwila dzisiejsza to najlepszy moment dla mnie.
Zapraszam do obejrzenia "O północy w Paryżu" Woodego Allena a później na wyprawę po zakamarkach wyobraźni, nie wiadomo gdzie traficie.
AS

czwartek, 7 czerwca 2012

Magiczne kulki


Trzeba mieć dużo cierpliwości, by się jej nauczyć.
You must first have a lot of patience to learn to have patience.
S.J. Lec

Większość Holendrów zna cukierki o zaczarowanej nazwie Toverballen (magiczne kulki). To niewielkie słodycze o potężnej mocy.  Potrafią rozpromienić buzię dziecka a mnie doprowadzić do szaleństwa. Nie, nie ma tu mowy o środkach odurzających. Po prostu cukierki... zaczarowane kulki. Wyglądają całkiem niewinnie, trochę jak duże, kolorowe  groszki.  Zabawa z nimi polega na tym, że należy trzymać je w ustach i ssać. Po chwili cukierek zmienia kolor. Przed momentem był niebieski, teraz jest różowy a za chwileczkę będzie zielony a może fioletowy, lub biały. Dzieci mają z nimi przednią zabawę. Mama, mama a teraz jest jaki, szczerzą ząbki z kuleczką między nimi. Przyglądam się i odpowiadam, by za chwilę znów wszystko się powtórzyło. Im cukierek mniejszy, tym szybciej zmienia się jego kolor. Dla najwytrwalszych na końcu nagroda, maleńki biały mordoklejek.

Też się staram, ale nie potrafię ich jeść, a przynajmniej nie według instrukcji. Te kulki są miękkie i muszę bardzo się koncentrować, by nie wgryźć się w ich wnętrze w jednej chwili. Nie mam czasu, by koncentrować się na cukierku, to dodatek do sytuacji nie sytuacja. Gdzie moja  cierpliwość? A tak, prawda, nie posiadam...

Na czym polega tajemnica dzieci?  Mają czas, czy może lepiej wiedzą jak z niego korzystać? Czy dzieci potrafią czekać? Może one potrafią wolniutko delektować się chwilą? Nie, wcale nie! Przecież Mikołaj za rzadko przychodzi. Urodziny od siebie odsunięte są aż o cały rok. Dzień bez komputera to wieczność.

Farbowana sacharoza przyprawia o ból głowy i mnoży pytania.
Przecież wszystko mija tak szybko. W życiu często prognozy są tak bardzo przelotne. Jutro może być już "po". Po co czekać?

Ja też chcę już, chcę teraz! Te cukierki doprowadzają mnie do obłędu. Pragnę je wyssać wolniutko warstwa po warstwie, chcę sprawdzać kolory i cieszyć się jak dzieci z każdego kolejnego smaku. Poczuć jak to jest. Odkrywać te życiowe prawdy zamknięte w cukrze. Nie potrafię, obsesyjnie wgryzam się do środka i po kilku sekundach nie mam już niczego w ustach... ale miałam, było moje. 

No i jeszcze inna mądrość; to, że nie potrafię czekać nie zawsze oznacza, że czekać nie muszę. 
AS

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Kieszeń

Ten trójkąt z materiału ukryty na naszych biodrach, osobisty i tak całkiem prywatny. Dwa niewielkie skrawki dzianiny połączone ze sobą a potrafią schować cały świat. 

Kieszenie rosną razem z nami i mimo, że wciąż większe, wydają się być coraz bardziej puste. 
Wkładam pranie do pralki, jakże to niepoetyczne zajęcie. Szybka kontrola; co pozostało w schowkach z bawełny. A jednak chwila na zastanowienie; jak bardzo  z wiekiem zmienia się zawartość kieszeni.

Córka, najmłodsza z nas, chowa w nich kolorowe piórka, zwiędłe stokrotki i szare kamienie.  Jest jeszcze złamana kredka i trzy rysiki. Niby nic, ale na pewno niezastąpione... tylko ja już tego nie rozumiem... być może. Jest wstążka, która zatrzymuje kolory prezentów i zapachy perfum. Te kwiaty mimo, że osłabły nadal kwitną w jej kieszeniach.  Kamienie wcale nie mniej szlachetne, bo najcenniejsze. Każdy ma swą opowieść i to w nich najważniejsze. Ona zna je wszystkie, są niczym odciski palców jej zabaw. Niebieskie piórko, jak westchnienie nieba, potrafi rozjaśnić najbardziej zachmurzony firmament.

Syn trochę starszy, ale kieszenie nadal ma pełne piasku. Nie buduje już zamków, tylko groty  i podkopy do innego świata. Przedostaje się nimi do tylko jemu znanej krainy elfów i smoków. Jest jeszcze cukierek, jak prowiant na później, ale zapomniany, lub może w czasie ostatniej wyprawy niepotrzebny. Znalazłam też gumkę do zmazywanie jeszcze całkiem małych błędów. Patrzę na jego spodnie za każdym razem o rozmiar starsze.

Ja; pomadka do malowania uśmiechów i chusteczka, gdy pomadka nie zadziała. Biała tabletka na ból głowy, kiedy wszystkiego jest już za dużo; czyni cuda. Obok niej lusterko, które nie chce kłamać, lecz za każdym razem pokazuje coś innego. Pognieciona lista zakupów, trochę nieaktualna; zawsze prawie taka sama. Ołówek, ale nie ze szkicownika tylko z IKEI. Proste przedmioty, wcale nieprozaicznego życia.

Mąż; nic, pusta kieszeń, bo pamięta, aby wyjąć klucze i telefon. Została tylko moneta do wózka w supermarkecie.

Tak jakbyśmy mieli dziurawe kieszenie, z których wypadły już piórka, kwiaty, wysypał się piasek. Kieszenie dzieci pozwalają na marzenia. 

Nie, nie ma smutku, jest postanowienie: jutro schowam do nich kamyk, szkiełko, te krople deszczu, który nie przestaje padać i jeszcze coś więcej... 
Zobaczymy co się stanie...
AS

piątek, 1 czerwca 2012

Hannie...

Wzruszające, utulające, poruszające wiersze Hannie van der Lecq...






Krajobraz



Twoje ciało to krajobraz 

w którym mogę się zagubić. 
Tajemnica twojej skóry 
zwodzi mnie w bezkresną dal, 
w której się zatracam.
Pejzaż znany mi tak dobrze, 
zmienia się z pieszczotą rąk. 
W letnim słońcu żywioł światła
zwodzi nas. 
Kusząc mnie do dalszej drogi 
póki nie odnajdę miejsca, ciepła, 

w którym znaleźć spokój mogę.

TłumAneta Noworyta dla
©Common Language


W niedzielę rano


Echa dźwięczą wśród murów
na cichej niedzielnej ulicy
gdzie czarna, milcząca piechota
posłusznie brnie do kaplicy

Dźwięk pustych kroków ciągnie
za sobą smutny ślad
co zwolna mnie rozbudzając
do mego ucha wpadł.

Mój miły chce uczcić niedzielę
i pyta mnie szeptem przy uchu
a gdy nas miłość już złączy
ulica milknie  bez słuchu.

Tłum: ©Common Language


Już nikt


Robótka na drutach,  przerwana nagle
leży w oczekiwaniu na  kolanach,
jej  stara  dłoń  ściska
kopertę z  szarą  obwódką
z  zawiadomieniem  o  śmierci.

Cicho szepcze:
Teraz  nie ma już  nikogo
kto  by  do mnie  mówił  Geertje....

Tłum:   Urszula Woroniecka dla
©Common Language

Cisza


Dom stał się milczącą
dekoracją, w której czekam
na znaki jak: klucz
w zamku, lub gazeta
szeleszcząca przy przeglądaniu.
Widzę jak stoją twoje pantofle
i w głębi duszy wiem
z czym moje ciało nie może się pogodzić

To ta cisza, jak nóż wsadzona
między wtedy i teraz,
Nie słychać kroków w korytarzu,
stukania młotkiem w komórce,
nikt nie uchyla pokrywki
garnka.

W godzinie powrotu do domu
jedzenie marnieje na ogniu
a gdy zapadnie wieczór
tykanie zegara odlicza
sekundy pustki

Tłum: ©Common Language


Zimową porą

 
Ogień, co palił się w naszych sercach
nie stopi śniegów
leżących na polach i dachach.
Ja wiem o tobie, tam w ziemi zmrożonej
złamane zostało przymierze nam drogie.
Pójdź do mnie tą późną porą;
Śnieg przyszykował nam jedno posłanie.
Dziś w nocy będziemy
pod jedną spać kołdrą, kochanie.

Tłum: Aneta Noworyta dla
©Common Language