środa, 26 września 2012

Dwadzieścia


XX-lecie Sceny Polskiej w Holandii!!!

          

                Dwadzieścia to liczba naturalna, tak powie matematyk, lecz co w niej naturalnego? Oznacza to, że jest okrągła, pełna, zapewne dopełniona, ale przecież tylko w tej chwili. Nawet liczba naturalna nie stoi w miejscu. To ta chwila o której śpiewał grajek. To pewna granica, która coś potwierdza, lub może właśnie zaprzecza. Zależnie od punktu widzenia, pozycji w której się na nią spojrzy. To chwila rozliczenia. Czyli dwadzieścia tylko przez chwilę, zaraz jest już odrobinę więcej.
                Nie niesie ze sobą zbyt wielu znaczeń. Nie wiąże tylu symboli, co jej młodsze siostry. Jest po prostu, bo mija więc być musi.  Mgławica Trójlistna Koniczyna na niebie otrzymała tę liczbę, ale co z tego, jeśli jest do niej aż tyle tysięcy lat świetlnych. To także liczba atomowa wapnia, magia niedostrzegalnych gołym okiem protonów, tego co jest widoczne tylko dla nielicznych. Jeszcze galaktyka i planetoida otrzymały ją w darze. Dużo liczby dwadzieścia jest na niebie.
                Nagle pojawia się pytanie dla niektórych najważniejsze: czy to dużo, czy mało? Tak naprawdę zbędne, bo jak w teorii jest to bardzo względne. Zrobiło się tak wiele, ale chce jeszcze więcej. Zawsze jest za mało, gdy się tworzy, za dużo, gdy się cierpi.
                W wieku lat dwudziestu podejmuje się życiowe decyzje, co teraz, co dalej, w którą stronę należy podążać. Tyle dróg a należy wybrać jedną i dodatkowo tę właściwą.  To liczba, jak każda inna, przed nią jest dziewiętnaście po niej dwadzieścia jeden. Jednak jakby więcej znaczy, tamte mijają mniej zauważalnie.
                Co dla mnie znaczy dwadzieścia? Gdy miałam dwadzieścia lat postanowiłam wyjechać z kraju.  Decyzja, która zaważyła na moim całym życiu. Wtedy wiedziałam tak mało. To był dopiero początek mojej drogi. Codziennie stawiane kroki oddalają od tamtej chwili.
                Przez dwadzieścia lat można tak dużo, bardzo trudno jest nie zrobić nic. W tym czasie można przeżyć całe życie lub je dopiero zaczynać. Jak w historii dziewczyny, która nie potrafiła już dalej i postanowiła na tym zakończyć nie budząc się nigdy więcej. Lub opowieści mężczyzny, który przeżył z piękną kobietą dwadzieścia lat i stwierdził, że kocha inną. To także opowiadanie pani, która po dwudziestoletniej rozpaczy spotyka szczęście o głęboko brązowych oczach. To moja gawęda: wyjeżdżam z Polski i zaczynam przygodę życia; dorosłość.  
                Przez dwadzieścia lat można marzyć sięgając po gwiazdy i bujać w obłokach, lub dostrzegać realia… albo jedno i drugie. Można stawać się coraz lepszym, rozwijać się i poznawać kierunki z których wieje wiatr lub staczać się w alkoholowe odmęty rozpaczy. Można pracować nad jedną książką, lub wydać ich dwadzieścia. Chcieć podbić świat lub już mieć go u swych słów. Można wyśpiewać, wymalować, opowiedzieć.  Przez dwadzieścia lat można pracować nad lekarstwem na śmiertelną chorobę, lub z tą chorobą walczyć. Przez ten czas można oszukiwać kogoś, albo samego siebie. Można wygrywać albo przegrywać, choć zazwyczaj naprzemiennie.
                Dwadzieścia lat temu Zosia Czerniejewicz wydała pierwszy numer "Sceny Polskiej". Również to można robić przez te lata. Można tworzyć, pokazywać i dbać o to co nasze; o kulturę, korzenie i pnącza. Widzę ją skoncentrowana nad kolejnym numerem kwartalnika, tak pochłoniętą i precyzyjną w chaosie, który tylko ona potrafi ogarnąć. Patrzę i myślę, przecież to się nie uda a udaje się za każdym razem. „Scena Polska” to Zosia, bez niej kwartalnik by nie istniał.  To już dwadzieścia lat, to dopiero dwadzieścia.
Gratuluję i życzę znacznie więcej. 
AS

Co dziś zjemy?


              Dla http://www.lejdizmagazine.com/

              Będąc w Polsce nie sposób nie zauważyć, że jak grzyby po deszczu wyrastają restauracje reklamujące się tradycyjnymi polskimi potrawami. Menu takiej restauracji może być bardzo długie i prawdopodobnie znajdują się na nim przeróżne potrawy. W Holandii na próżno szukać podobnych miejsc. Coś takiego, jak tradycyjna kuchnia holenderska właściwie nie istnieje. Oczywiście są holenderskie potrawy, ale jest ich tak niewiele, że nikt na tej bazie nie otwierałby restauracji.  Holendrzy lubią dobrze zjeść, ale zazwyczaj sięgają po potrawy kuchni innych narodów.
                Dlaczego o tym piszę? Chcę dziś zaprosić czytelniczki Lejdiz, na coś dobrego, na coś holenderskiego.
                Jeśli ktoś zapytałby Holendra, co jest tradycyjnym obiadem w ich kraju, bez wątpienia poda jedną z dwóch odpowiedzi; stamppot lub hutspot. Co to jest? Aby przygotować pierwszą potrawę należy mieć w domu ziemniaki, cykorię endywię oraz podpieczone kawałki boczku. Ugotowane ziemniaki ugnieść razem z cykorią i wymieszać z boczkiem. Danie podaje się razem z gotowaną kiełbasą lub klopsem z mielonego mięsa. W Holandii jest wiele odmian tej potrawy i z ugotowanymi ziemniakami można wymieszać prawie wszystko. Również na ich bazie jest przygotowywany hutspot. Tym razem mieszamy z nimi ugotowaną marchewkę i cebulę. Słodycz tych warzyw nigdy nie potrafiła mnie do siebie przekonać.
                Mimo, że wyżej wymienione potrawy nie reprezentują się "wyjściowo", o tym, co można zjeść w Królestwie Niderlandów, można by długo pisać. Nie jest to zaproszenie na obiad, raczej na różnego rodzaju przekąski. Wspomnę tylko o kilku, które każdy przyjeżdżający koniecznie musi spróbować a bez których prawdopodobnie żaden Holender nie wyobraża sobie życia.
                No bo, jak zaprosić kogoś na kawę nie mając stroopwafels? Dwóch okrągłych wafli z masą z syropu, masła i cukru pomiędzy nimi. Ciastka te,  jak wszystko, co najsmaczniejsze, początek mają w „resztkach”. Pierwsze zostały zrobione w dziewiętnastym wieku w Goudzie z resztek wcześniej pieczonych wafli. Były bardzo tanie i dlatego szybko zyskały nazwę Ciastek Ubogich. Z czasem stały się najpopularniejszym dodatkiem do kawy w Holandii. Są tak uwielbiane, że teraz można w torebkach kupić właśnie ich resztki.  
                Jest słodko, a będzie jeszcze bardziej. Poffertjes, to rodzaj maleńkich naleśników. Są one jednak grubsze i słodsze od tych nam znanych. Najczęściej podawane są w restauracyjkach, budowanych na placach tylko na czas ciepłych miesięcy. Oczywiście gotowe można także kupić w każdym supermarkecie i odgrzać w domu, ale te restauracyjki mają swój urok, który również warto „skosztować”. Jeśli ktoś zakocha się w poffertjes i będzie chciał przygotować je w domu nie ma z tym kłopotu, ale niezbędna jest do ich zrobienia specjalna patelnia.
                Może potem zjemy coś słonego -  haring czyli śledzie a precyzując: matjasy. Tradycja, kultura i pietyzm, to właśnie kojarzy mi się z tą rybą. Spożywa się bardzo młode osobniki, nim jeszcze osiągnąć zdolność rozmnażania i dlatego dawniej ten rodzaj śledzia nazywany był rybą dziewiczą. Można ją kupić na każdym kramie rybnym na targu lub w sklepie. Posypane cebulą z kawałkiem słodko-kwaśnego ogórka reprezentują się wybornie. Podawane są na trzy sposoby; w bułce, w kawałkach i ten najbardziej zadziwiający obcokrajowców w całości, czyli „za ogon”.  A co znaczy „za ogon”? W tym jest właśnie cały urok holenderskiego śledzia. Mimo, że mieszkam w Holandii już ponad trzynaście lat, nadal spoglądam z fascynacją na ten sposób spożywania ryby. Serwuje się ją w jednym kawałku na papierowym talerzu, oczyszczoną i wypatroszoną, z niejadalnych części pozostaje tylko ogon. Konsument łapie rybę za ogonek i wiszącą w powietrzu obgryza.
                Równie ciekawy jest też sposób podawania frytek w Królestwie Niderlandów. Można je zjeść z keczupem i ze słynnym z filmu „Pulp Fiction” majonezem. Jednak najbardziej niezwykłe jest podawanie ich z sosem orzechowym. Sos ten przybył do Holandii z Indonezji i szybko stał się jednym z przysmaków w tym kraju.
                Na koniec chciałabym podać jeszcze moją ulubioną kulinarną tradycję. Beschuit met muisjes, słodka tradycja, pełna radości i nadziei. To okrągłe suchary posmarowane masłem i posypane drobniutkimi nasionkami anyżu obleczonymi w cukrową polewę. Z polewy wystają ogonki, stąd nazwa muisjes - myszki. Można je kupić w dwóch kolorach różowym lub błękitnym. Gdy w supermarkecie w kolejce do kasy stoi przede mną młody mężczyzna i wykłada na taśmę trzy paczki sucharów, kostkę masła i dwa opakowania anyżowych myszek różowego koloru to wiem, że właśnie został ojcem. Urodziła mu się dziewczynka. Sucharami z myszkami częstuje się gości odwiedzających umęczoną po porodzie mamę i maleństwo lub podaje kolegom powiadamiając w ten sposób o powiększeniu rodziny.
                Cóż mi pozostało, poza powtórzeniem za pewnym misiem: 
                Mam w spiżarni dwanaście garnczków, które wołają mnie już od godziny.
                Smacznego!
AS

Mój Amsterdam



Dla http://www.lejdizmagazine.com/

O czym nadmienić w artykule o Amsterdamie, jeśli to miasto, to tak wiele? To spacery, bary i kawiarenki, to nocne życie, kanały, sklepy i targi, to muzea, muzea i jeszcze raz muzea. To parki, uniwersytety, ogród zoologiczny, kościoły, święty Mikołaj (patron miasta) i architektura. To uliczki, prostytutki i marihuana, to tramwaje, uliczni artyści, księgarnie i rowery. To oczywiście Rembrandt i Van Gogh. To ser, drewniaki i tulipany. Co wybrać, o czym wspomnieć?
Znacie piosenkę Jacquesa Brela pt. „Amsterdam” w wykonaniu Katarzyny Groniec? Może zacznę właśnie od tego?


Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam 
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią. 
Jak daleki śpi fiord nim szum fal zbudzi go.

Amsterdam jest stolicą Królestwa Niderlandów,  dość nietypową na tle innych stolic Europy. Nie ma w niej żadnych ważnych instytucji państwowych. Brak tu ambasad, nie ma siedziby parlamentu i nie mieszka tutaj królowa. To wszystko można znaleźć w Hadze. W stolicy mieszka za to historia.  
Jak dostać się do Amsterdamu będąc już w Holandii? Najlepszym środkiem transportu jest pociąg. Można oczywiście pojechać samochodem, ale nieprzywykły do tego miejsca kierowca, prawdopodobnie się wystraszy. Najpierw ruchu ulicznego a później opłaty parkingowej. W ciągu  godziny z każdego miasta odchodzi w kierunku stolicy przynajmniej kilka pociągów.
                W Holandii z transportu kolejowego korzysta się podobnie jak w Polsce z autobusów. To trochę dziwne, bo zmieniając środek transportu, musiałam też całkowicie zmienić (dla mnie uwspółcześnić) uczucia z nim związane. Gdy mieszkałam w Polsce, podróż pociągiem kojarzyła mi się z wakacjami, z wypoczynkiem, z czasem spędzonym wśród rodziny. Tutaj pociąg to codzienny sposób przemieszczania się. Do pracy, do szkoły czy, jak w moim przypadku, na uniwersytet. Wiele osób korzysta z tego środka transportu. W godzinach, gdy na autostradach tworzą się gigantyczne korki, również pociągi wypełniają się po brzegi ludźmi – Holandia zaczyna się przemieszczać.

Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb 
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp 
Obnażają swe kły chcące wgryźć się w tę noc 
W białe podbrzusza ryb, w tłusty księżyc i w los 

 O Amsterdamie można pisać bez końca. Każda ulica, każdy budek ma swą historię. Miesza się ona ze sztuką i razem są widoczne na każdym kroku; stare kamieniczki, kościoły, pomniki. To właśnie tutaj powstał prawdopodobnie najczęściej czytany pamiętnik, zapisany ręką Anny Frank. Kryjówkę dziewczynki można odwiedzić i na chwilę zadumać się nad tragicznymi losami Żydów w czasie II Wojny Światowej.
Amsterdam gościowi pokazuje również swoje drugie oblicze. Coffeeshopy zapachem marihuany same odnajdują odwiedzającego. Rozebrane kobiety w oknach z czerwonymi latarenkami, machają zachęcająco w stronę męskich przechodniów, spojrzeniem obiecując niezapomniane chwile.

Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam 
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam 
Pań tych zdrowie co noc, piją grudzień czy maj 
Które za złota trzos otwierają im raj. 

                Mimo, że jest to największe miasto w Holandii bardzo trudno jest się w nim zgubić. Od strony Dworca Centralnego na południe rozchodzą się koncentrycznie kanały i uliczki. Będąc w stolicy koniecznie trzeba przepłynąć się jednym ze stateczków z przeszklonym dachem i posłuchać opowieści o mieście. Dzięki tej wyprawie można się dowiedzieć, że dworzec zbudowany jest na trzech stworzonych przez człowieka wyspach i w sumie stoi na kilku tysiącach pali. Można usłyszeć, że w starej części Amsterdamu nie ma dwóch identycznych budynków i jeszcze wiele więcej. To dobry początek. Później można przejść się uliczkami. Plan miasta przypomina rozłożony wachlarz.  
Amsterdam zawsze jest zastawiony rowerami. Czasem, aby przejść obok jakiegoś budynku, trzeba zejść na ulicę, bo tak wiele rowerów stoi na chodniku. Wtedy człowiek naraża się na czołowe zderzenie z jednym z poruszających się dwukołowców. Tutaj rower to stały element krajobrazu, czy to ustawiony przed budynkiem, czy w ruchu, czy też zatopiony w jednym ze stu sześćdziesięciu kanałów. Rower jest widoczny wszędzie.
Stolica Holandii to bardzo specyficzne i wyjątkowe miasto. Tutaj chyba każdy jest przyjezdnym, ale i każdy jest tutejszym. Nie można być w tym mieście i nie poczuć z nim jakiejś więzi. To, co piszą o nim, to wszystko prawda i jeszcze wiele więcej. Wydaje mi się, że niezwykłość Amsterdamu polega też na tym, że to miejsce przyjmuje wszystkich i nie wymaga od nich zmian. Wystarczy przystanąć na jednej z ulic i spojrzeć na stojące przy niej budynki. Wiele z nich lekko się pochyla – wyglądają, jakby prowadziły ze sobą cichą rozmowę. Przyglądając się im, można zauważyć, że faktycznie każdy jest inny. Stoją bardzo blisko, przytulając się do siebie. Przypominają podróżnych z różnych stron świata, którzy akurat w tym miejscu zatrzymali się i postanowili pozostać. Dla mnie to miasto jest symbolem tolerancji i miejsca dla każdego, bez względu na nastrój, wykształcenie, zainteresowanie i światopogląd. Jestem przekonana, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Co ja znalazłam?
Kiedyś bałam się tam jeździć, przerażała mnie ta różnorodność i poczucie chaosu na ulicach. Teraz właśnie to mnie przyciąga. Znalazłam tam odwagę, by być, by robić to, co chcę – dla siebie i dla najbliższych. Amsterdam przyjął mnie jak „swego” i chyba to mnie w nim zauroczyło, ta akceptacja całości. Pierwsze przyjazne uczucie do tego miasta rozbudziły we mnie książki Simona de Waal. Kryminały tego holenderskiego autora prowadziły mnie po zakamarkach stolicy, a ja podążałam za nimi. Wyśmienicie bawiłam się szukając miejsc zbrodni. Kanałów w których znajdowane były zwłoki na stronach książek. Później, w wyprawie ze Zbigniewem Herbertem, odkryłam jeszcze inny Amsterdam. Amsterdam malowany słowem polskiego poety i pędzlem holenderskich malarzy – cudowna mieszanka. W ten sposób to miasto stało się także częścią mojego życia.

Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł 
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk 
Akordeon też już wydał ostatni dech 
I znów obrus, tłuszcz, czkawka i śmiech 

AS