środa, 29 czerwca 2016

Następny do golenia

Na ścianie wisi kalendarz, na nadgarstku zegarek, telefon pokazuje, która godzina, nawet mikrofalówka w kuchni świeci zielonymi godzinami - czas płynie, ale tak naprawdę wcale tego nie czuję. Mijają dni, potem miesiące, lata i niby wiem, zrywam kartki kalendarza i zerkam na zegarek, ale tak naprawdę to tak jakby trochę obok mnie mijał. Minuty być może nie do końca wykorzystane, ale to też takie odległe. Wciąż słyszę, że czasu nie należy marnować, ale co to oznacza? Trzeba się z nim dobrze obchodzić, organizować, dzielić i do ostatniej sekundy wykorzystywać. Tego też nie rozumiem. Czasem zamykam się w bezczasie i słucham ptaków, lub zachwycam nad kiełkującymi listeczkami. Siedzę i czekam na nowe historie a one nie chcą przyjść, marnuję czas?  
W moim życiu to wydarzenia uświadamiają mi upływ czasu i nie myślę tu o urodzinach czy nowym roku. Regularność jest zbyt mało przekonywująca. Nie tak dawno po raz kolejny „poczułam”, jak wiele czasu gdzieś umknęło, a ja tego nawet nie zauważyłam.
Wydarzenia, które coś znaczą, które coś zmieniają. W moim życiu coś się działo przed wyjazdem do Holandii, a coś po. Coś wydarzyło się przed spotkaniem mojego męża, coś po.  Czas przed narodzinami dzieci i po. Potem coś się działo w czasie moich studiów, przed pierwszą książką i po jej wydaniu. Czas odmierzają znaczące wydarzenia  i nie zawsze nawet ma znaczenie, jak wiele dni upłynęło od tamtej chwili do tej. Dopiero jak ta kolejna następuje pojawia się świadomość przemijalności.
Rok szkolny dobiega końca. Nie jest zwykły, moja córka po raz ostatni przekroczy próg szkoły podstawowej. Idzie w ślady swego brata i oboje będą w szkole średniej. Czasem, gdy odwożę ją do szkoły, to też koniec, bo do szkoły średniej już mama nie odwozi, widzę jak mamy maluchów machają przy oknach najmłodszych grup. Ja też tak machałam, kiedyś dawno, gdy czas był inny, ten, który odszedł. Kończy się pewien okres w naszym życiu i zaczyna coś nowego.

Stoję w łazience i pomiędzy barkami dwóch wysokich mężczyzn zaglądam do lustra. Oni skoncentrowani a ja przejęta i chyba nie do końca w to wszystko wierzę. Oboje wysmarowani po uszy białym kremem i może nawet porównałabym go do bitej śmietany, lub brody świętego Mikołaja.  
Mój mąż tłumaczy naszemu synowi, jak się powinien golić i on się goli, powoli jeszcze niepewnie. Jak to się stało, że musi się już golić? Kiedy? Nie poczułam tego czasu a teraz czuję w jednej chwili te wszystkie lata, które upłynęły. Robię zdjęcie, na pamiątkę tej chwili i wychodzę. Wiem, że tylko ja namacalnie czuję upływ lat. Dla niego to całkiem nowa przygoda.
Idę do ogrodu, siadam na krześle. Wsłuchuję się w śpiew ptaków, czasu nie ma.

AS

środa, 9 marca 2016

Mamma Mia!

Z pewnością każdy z nas ma książki, do których wraca wielokrotnie. Filmy, które zostają z nami na zawsze i można je oglądać w całości, lub fragmentami wciąż i wciąż. Muzyka, która towarzyszy nam przez lata… a razem z tym wszystkim powracają uczucia. Czasem jednak one się zmieniają, tak jak zmienia się nasze życie. To co znamy, co czytaliśmy, widzieliśmy i słyszeliśmy tyle razy, nabiera nowego znaczenia. Dorasta z nami. Czasem tak jest…
Mama była już ta piosenka do płakania? Zosia weszła do pokoju ubrana w piżamę. Poczułam zapach pasty do zębów. Uśmiechnęłam się. Jeszcze nie, zaraz będzie, odpowiedziałam, czekam tylko na nią i też idę do łazienki i spać, już trochę późno. Zosia przyjęła tę wiadomość ze spokojem i usiadła na kanapie.
Wiesz co, odezwałam się po krótkim namyśle, podaj mi chusteczki, to się przygotuję.
Mogłabyś to kiedyś oglądać na spokojnie? Zapytała i podała to, o co ją prosiłam. Nie, raczej nie.
Oglądamy filmową wersję musicalu „Mamma Mia!”. Czasem trafiam na niego przerzucając programy telewizyjne. Może powinnam kupić DVD? Nie kupuję. Film co jakiś czas wraca na ekrany telewizorów.  Zawsze wtedy się zatrzymuję i zostaję prawie do końca. Lubię ten film z wielu powodów. Występują w nim moi ulubieni aktorzy, Colin Firth i Pierce Brosnan hmm…  Meryl Streep, chyba najlepsza amerykańska aktorka. Widoki greckiej wyspy zapierają dech w piersiach i aż chce się pakować walizki i wyruszać w poszukiwaniu słońca. No i oczywiście muzyka, pełna optymizmu i radości. To wszystko bardzo lubię, ale w filmie jest jeszcze coś, coś co za każdym razem wyciska łzy z moich oczu i za każdy razem staje się bardziej prawdziwe - ta jedna piosenka. Piosenka do płakania, jak mówi Zosia.
Córka jęknęła a na ekranie pojawiła się Meryl Streep w niebieskiej sukience.
“Schoolbag in hand, she leaves home in the early morning
Waving goodbye with an absent-minded smile”

źródło: amazon.com
Tak, oglądam to po raz któryś…
Dlaczego tak masz? Chce wiedzieć. Bo to prawda…
Bohaterka grana przez Meryl Streep pomaga swej córce przygotować się do wesela. Pomaga i śpiewa.
Patrzę na Zosię i myślę, jak szybko płyną te lata. Kiedyś była taka maleńka a teraz może być taka odległa. Przyglądam się jej, gdy się czesze, gdy maluje rzęsy i głośno zastanawia się, co na siebie włożyć. Uśmiecham się, ale tak by tego nie dostrzegła, gdy niczego nie znajduje mimo pełnej szafy. Patrzę, gdy czyta, ogląda, liczy. Powtarza na zajęcia, odrabia lekcje i sprawdza wiadomości na swoim telefonie.
Gdzieś w sercu pojawia się strach, że nie jestem w stanie uchwycić żadnej z tych chwil, że są niczym piórka, które porywa wiatr. Mogę patrzeć, ale i tak odlatują. Ona staje się samodzielna i już żyje obok, ze swoimi tajemnicami i prawdami, w których ja nie zawsze się mieszczę.
Dostrzec w niej ją a nie własne wady. Odrębność w najpiękniejszej postaci. Nie chcieć naprawiać czegoś, czego nie ma. Być i dbać.
Staram się podążać za nią i z nią, a czasem udaje mi się iść obok. Staram się zrozumieć mijające dni i planuję, co możemy zrobić razem. Na chwilę wchodzę w jej świat.
Złościmy się na siebie, ale jeszcze więcej śmiejemy. Przepraszamy się a czasem obiecuje, że będzie inaczej, ja czasem też. Przewraca oczyma i mogłabym przysiąc, że potrafię to usłyszeć. Podążam za nią a ona ucieka.
Wybieramy razem spodnie, swetry, cukierki i się na spacery. Chodzimy razem do kina, księgarni i na kawę. Mówimy, że „na kawę”, ale ona zawsze bierze to różowe mleko. Kiedyś będę piła z tobą cappuccino, mówi do mnie i robi mi zdjęcie swoją komórką.  Wybieramy buty, bilety, popcorn i książki. Czasem się kłócimy a potem układam jej włosy i znów jest dobrze. Złości się, gdy pójdę do sklepu bez niej i gdy nie pozwalam jej farbować włosów. A jeszcze bardziej złości się, gdy mówię, że sama powinna podjąć tak ważną decyzję. Powinnaś mi pozwolić a nie kazać decydować, mówi i widzę, jak zastanawia się nad tym, co powiedziała. Przypominają mi się sukienki, które kiedyś nosiła, potem zakładała je swoim misiom, teraz nawet misie odeszły w niepamięć.
Wiatr kołysze nas na wietrze. Ona tańczy, gdy na nią nie patrzę i śpiewa pod prysznicem. Śpiewa pięknie, ale tylko dla siebie. Gdy się dziwi tak zabawnie marszczy nos i nigdy nie kończy swoich rysunków. Zawsze wybiera różowe cukierki z paczek i ogórka z sałatki. Pomagam jej spakować plecak i zawsze macham na do widzenia. Jestem dla niej zawsze, ale tak by mogła złapać oddech.
A ja w każdej chwili potrafię ją rozśmieszyć i czasem ją to też denerwuje, bo chciałaby być zła a gdzieś na dnie oka już czai się uśmiech. Wtedy nie patrzy na mnie.
Tak często mówi, ale ty nic nie rozumiesz, i pewnie tak jest. Czasem chcę, aby było inaczej a jest właśnie tak i to dobrze. Ona uczy się dorosłości a ja akceptacji. Gdy jest zła, jest zła całą sobą, nie trochę, nie odrobinę, tylko w całości i tak niezaprzeczalnie na zawsze, na chwilę.
Ona nie wie, że chroni mnie przed tymi, którzy jęczą, że wszystko jest złe. Czasem zatrzymuje się i mówi, że lubi zapach powietrza tak całkiem rano, i głaszcze wszystkie napotkane koty, i wszystkie chce zabrać do domu.
Już tak dorosła, że wie, że nie na każde pytanie rodzice znają odpowiedź i jeszcze nie na tyle, by przestać wierzyć w szczęście bardzo ogromne.
Chwilami chciałabym, aby na zawsze pozostała mała, abym zawsze mogła ją chronić. Jednak miło jest patrzeć jak się zmienia, jak dorasta, jak dba o siebie sama. 
Ach już dość, chodź idziemy spać, mówi do mnie, ja wycieram łzy i myślę, że to przecież ja powinnam to powiedzieć. Wyłączam telewizor, do następnego razu.

AS

wtorek, 2 lutego 2016

Kolorowe i roztańczone dni

Foto:Gosia Lubbers

Moja córka usiadła przede mną z bardzo poważną miną. Mamo, zaczęła, musimy iść na zakupy. Pomyślałam, że o cokolwiek chodzi, to nie może czekać. Potrzebny jest mi strój na karnawał. Zdziwiłam się bardzo, ponieważ dziewczynka siedząca naprzeciw właśnie skończyła jedenaście lat i po raz pierwszy zainteresowała się obchodami karnawału w Holandii. Nigdy wcześniej o tym nie rozmawiałyśmy a już z pewnością nigdy nie potrzebowała kostiumu. To będą ciekawe zakupy. Jednak w tej chwili zdałam sobie sprawę, że sama nie wiele wiem o tym, jak obchodzi się te wyjątkowe dni w Królestwie Niderlandów.  Nie pozostało mi nic innego, jak również się zainteresować.


W różnych miejscach na świecie karnawał obchodzony jest na swój charakterystyczny sposób. Zawsze jednak jest to święto nadziei, radości i tańca. Ja jednak chciałabym moje poszukiwania ograniczyć do kraju, w którym mieszkam. Jak te dni są obchodzone w Holandii? 

Dlaczego prośba córki tak bardzo mnie zdziwiła? Mieszkamy w prowincji Północna Holandia i tutaj karnawał obchodzony jest skromnie. Głównie w domach, lub tak jak teraz planuje moja córka w szkole. Wyjaśnienie tego faktu jest dość proste i łączy się z geografią tego kraju. Jest on przecięty na pół wielkimi rzekami, jeśli ktoś spojrzy na mapę zauważy, że w sercu Holandii spotyka się sześć wielkich europejskich rzek. Na północ od tej granicy osiedliła się ludność protestancka a na południu zamieszkali katolicy. Karnawał jest bardzo ściśle związany właśnie z tradycją katolicką i stąd na południu jest znacznie huczniej obchodzony. 

Karnawał rozpoczyna się w dniu Trzech Króli a kończy dzień przed Środą Popielcową. W czasie moich poszukiwań spotkałam się również z pojęciem „okresu karnawałowego”, który rozpoczyna się już jedenastego listopada o godzinie 11.11. Data ta i liczba są wyjątkowo ważne. Wybiera się wtedy Radę Jedenastu, która od tej chwili zajmuje się organizacją wszelkich atrakcji związanych z tym świętem. W niektórych miastach liczbę tę traktuje się do tego stopnia poważnie, że nawet motto tych dni musi składać się z jedenastu liter.

Mimo, że karnawał trwa długo, fatyczne obchody ograniczone są do trzech dni. W roku 2015 przypadają one na 15, 16 i 17 lutego.  Mówi się, że w Holandii znane są dwa rodzaje karnawału. Reński to ten obchodzony w Limburgii i we wschodniej części Północnej Brabancji oraz Burgundzki obchodzony w pozostałych częściach Północnej Brabancji oraz w katolickiej części Flandrii zwanej Zeeuws-Vlaanderen, oraz w dużej części Gelderland. Tak naprawdę tradycje związane z tym świętem są bardzo charakterystyczne dla poszczególnych miejsc, czasem nawet małych wiosek. I mimo, że pod pewnymi względami mogą się różnić obchodom tego święta zawsze towarzyszą parady, radosna zabawa oraz oczywiście kostiumy. Ulice są kolorowe i głośne. W czasie karnawału wybierany jest książę i to on otrzymuje klucze do miasta. Jest to niezwykle ważna osobistość, która w trakcie trwania obchodów odwiedza szkoły i spotyka się z „poddanymi”. Dla mieszkańców spotkanie z tą osobą jest powodem do dumy. W wielu miejscach ogłaszane są konkursy a zwycięzcy mają okazję osobiście spotkać karnawałowego księcia i np. zjeść z nim śniadanie. 
Foto: Gosia Lubbers
Już na samym początku ludzie z wytęsknieniem czekają, aby kupić bilety do teatru na tzw. Prince Swaree. To inscenizacja, na której można zobaczyć grupy, które wezmą udział w pochodzie karnawałowym. Jest to nie tylko możliwość poznania artystów, ale również wspaniała zabawa, ponieważ już wtedy można się pośmiać podczas przedstawień kabaretowych. Co bardzo charakterystyczne, ludzie śmieją się ze miejscowej władzy, z burmistrza, urzędników miejskich lub znanych w okolicy osób.Imprezy organizowane w dużych miastach, co roku przyciągają tłumy turystów, nie tylko z zagranicy, ale również Holendrzy mieszkający na północ od wielkich rzek, przyjeżdżają tu, aby wesoło spędzić te kilka dni.  Ulicami miast przejeżdżają kolorowo ozdobione platformy, którym towarzyszy głośna muzyka i różnego rodzaju zabawy. 

W trakcie moich poszukiwań na temat niderlandzkiego karnawału nabrałam pewności, że w tym roku osobiście muszę to wszystko zobaczyć. Chcę być świadkiem tej zabawy i dla siebie i innych zaczarować nadchodzący rok, wyprosić u Wyższej Siły dobre plony. Jeszcze nie wiem, czy założę kostium, ale z pewnością z ciekawością będę przyglądać się, jak przebiorą się inni.Karnawał to niezwykle radosne święto, ale z jakimś cieniem wiszącym gdzieś na horyzoncie, świętuje się jakby odpychając ten cień od siebie. W jakimś sensie jest zapowiedzią Wielkiego Postu, wiemy, że on nadejdzie. Z pewnością świętowanie, czegoś co nastąpiło, jest inne niż w oczekiwaniu na coś. Ten czas to także prośba, zaklinanie i nadzieja na owocne plony. Kiedyś świętujący mieli na myśli żniwa, obecnie prosimy o pomyślny rok w domu, w pracy lub by to, co tworzymy zobaczyło światło dzienne. 

A co teraz? Teraz pójdziemy na zakupy w poszukiwaniu odpowiedniego kostiumu. Pytam córkę, za co chce się przebrać. Księżniczka to już nie dla ciebie, prawda? Mamo, jęczy z dezaprobatą, księżniczka? To nie te czasy! No to, za co się przebierzesz? Dopytuję się z ciekawością. Myślę, że za kota… albo psa. A ja zaczynam się zastanawiać, gdzie u licha znajdę taki kostium? Karnawałowym zwyczajem życzę, aby ten rok był dla Odwiedzających mojego bloga, niczym to święto: wesoły, rozśpiewany i pełen kolorów i aby każda praca przynosiła oczekiwane rezultaty.  

AS


PS
Tekst napisałam w ubiegłym roku, dlatego trochę dopisując: 

W roku 2016 dni Karnawału przypadają one 7, 8 i 9 lutego. 

Rok temu moja córka przebrała się za pandę :-) W tym roku temat zakupów stroju jeszcze się nie pojawił. 

środa, 13 stycznia 2016

To ja wybieram miejsce, na którym siądę...

Każdego roku o tej samej porze, czyli jakoś teraz, składamy sobie obietnice. Nowy rok jest już sam w sobie zapewnieniem zmian, tego, że damy radę więcej zdziałać. Mimo, że gdybyśmy nastawili uszu, usłyszelibyśmy, że każdy z 365 dni obiecuje to samo, i zawsze możemy zacząć od nowa, te styczniowe przemawiają do nas głośniej. Myślimy, zapisujemy lub nawet mówimy, co zrobimy i jak bardzo zmienimy nasze życie w rozpoczynającym się roku. A kilka tygodni później nadchodzi nasz osobisty blue monday i zdajemy sobie sprawę, że z naszych postanowień nici. Okazuje się, że jednak dieta jest za trudna a ciastka za smaczne, siłownia za daleko, za często pada deszcz, aby biegać a ostatni papieros jeszcze długo nie zostanie zapalony. 

Lata minęły się w jednej chwili, stary rok odszedł, nadszedł całkiem młody a ja siedzę przed komputerem i stwierdzam, że w sumie jest najwyższy czas, aby sobie poobiecywać. Nie wiem jeszcze dlaczego, ale z jakiegoś powodu chciałabym, aby ta lista obietnic była inna. W tym roku będę obiecywać sobie inaczej.

Przede wszystkim w noworocznych postanowieniach chcę zmienić czas z przyszłego nigdy nie wiadomo, czy kiedykolwiek dokonanego, na teraźniejszy już się dokonujący. Nie chcę obiecać sobie niczego, czego jeszcze nie zaczęłam robić. Czyli nic „od jutra”.

Całkiem nie tak dawno na serwisach społecznościowych udostępniany był obrazek, który mimo swej prostoty (takie są chyba najlepsze) bardzo mnie zainspirował. Na ilustracji widoczny był autobus jadący po krętej drodze. Po jednej stronie spoglądając z okien pojazdu można było dostrzec tylko ciemną, kamienną, bardzo przygnębiającą ścianę a z drugiej roztaczał się jasny, kolorowy i pozytywnie nastrajający widok na dolinę. Jeśli dobrze pamiętam, napis głosił, że „to ty wibierasz miejsce na którym siedzisz”. Pomyślałam, że każdy z nas jedzie w takim lub bardzo podobnym autobusie i każda droga z jednej strony jest ponura, kamienna i ciemna, ale zawsze jest także ta druga strona, znacznie ładniejsza. Nie znaczy to oczywiście, że jeśli odwrócimy głowę, któraś ze stron zniknie, ale to my decydujemy na czym skoncentrujemy wzrok. A zatem pierwsze postanowienie na ten rok, już dziś: to ja wybieram miejsce, na którym siadam

Postanowienie nr dwa: koniec ze stresem... nie całkiem oczywiście, bo to wymagałoby prawdopodobnie transplantacji mózgu i dużej części mojej osobowości, ale już nie chcę denerwować się tym, na co nie mam najmniejszego wpływu. Ktoś pomyśli - łatwo powiedzieć. Pewnie, że łatwo, ale czasem warto choć na chwilę się zatrzymać i zastanowić, czy moje emocje poza tym, że niszczą moje wnętrze, mają wpływ na coś więcej. 

Kolejne ważne zamierzenie. Podejmuję decyzje, które są dobre dla mnie, nawet jeśli ktoś nie będzie się ze mną zgadzał. To jest bardzo trudne... chyba łatwiej przejść na dietę. Opinia innych o nas jest przecież bardzo ważna i jeśli ktoś stwierdzi, że go zdenerwowaliśmy i w ogóle jesteśmy do niczego, a poza tym to wielkie rozczarowanie i w ogóle dajmy sobie spokój – to boli. To trudne do przegryzienia, ale przecież, ktoś kto uważa, że powinnam podjąć inną decyzję, nie będzie żył za mnie. Ktoś może mieć inne zdanie na ten temat - niech ma.

Postanowienie chyba piąte, bo straciłam rachubę. Powiadają, że powinnam być wdzięczna za to co mam. Na szczęście, to nie jest takie trudne, tylko czasem, zapominam powiedzieć „dziękuję”. Dziś w radiu słyszałam (postanowienie w postanowieniu, będę słuchać więcej radia), że tak naprawdę jak jest dobrze, to nie mamy o czym opowiadać. „Jak się masz?” odpowiedź „dobrze”, no i koniec rozmowy. Jeśli jest źle... ach, ile wtedy można mówić, jak ciekawe konwersacje prowadzić. Dlatego właśnie będę wdzięczna i zaproponuję rozmowę na pozytywny temat. 

Jakiś czas temu w internecie natrafiłam na pewien tekst. Tytułu nie pamiętam, ale parafrazując brzmiał mniej więcej: „Co mnie drażni w Holandii”. Przeczytałam z ciekawością, bo przecież też tu mieszkam. Tekst był przepełniony punktami, podpunktami i podpunktami podpunktów. Wszystko znane i prawie każdy przykład oparty na różnicach między Polską a Holandią. Po przeczytaniu go doszłam do wniosku, że nie byłam świadoma tego ile rzeczy, spraw i zachowań mogłoby mnie tu irytować. Popatrzyłam i już wtedy postanowiłam, że jednak nie będzie mnie drażnić. Co najwyżej zastanowi, zafascynuje i być może od czasu do czasu pokręcę głową lub cicho mruknę coś do siebie. Każdy jest inny i niech inny pozostanie. We wszystkim i we wszystkich będę dostrzegać to co dobre... wiem, że czasem jest to trudne.  

Kolejne postanowienie. Będę mówić mniej a więcej słuchać. Każdy ma interesującą historię i zawsze mogę się czegoś nauczyć... nawet tego, że nie chcę być taka jak ktoś stojący przede mną. Właśnie wtedy, gdy słuchamy, uczymy się.

Będę miła dla siebie. To właściwie powinno być na pierwszym miejscu, każdej listy noworocznych postanowień. Przychylnie spojrzę na siebie w lustrze. Nie skrytykuję się za popełniony błąd. Uśmiechnę się do siebie i choć raz w ciągu dnia powiem sobie coś miłego. 

Chcę spędzać czas z ludźmi, którzy mnie inspirują, przy których staję się lepsza. Chcę wchodzić wyżej, bo przecież to co chce mnie ściągnąć już jest poniżej mnie.  

Pragnę poświęcać energię i uwagę temu, co uszczęśliwia moich bliskich i mnie, nawet jeśli są to drobiazgi. To bardzo ważne postanowienie. A w życiu jest tak wiele drobiazgów: zapisana po brzegi kartka papieru, zapach farby na płótnie lub kawy o poranku, szum liści, uśmiech dziecka, czy nawet krótka kolejka do kasy w sklepie. 

Będę łapać marzenia w siatkę jak motyle. Nawet te motyle, które mieszkają w żołądku. Pozytywnie rozchmurzę moje myśli. Będę chodzić boso i zapiszę historie, które na mnie czekają. 


Nie wiem ile już razy słyszałam, że należy spodziewać się najgorszego, bo gdy przyjdzie będziemy gotowi a jeśli nie to będzie miła niespodzianka. Nie! Zdecydowanie nie! 

Tego też życzę wszystkim Odwiedzającym mojego bloga.
Spodziewajmy się najlepszego
Jeśli nie wiemy „jak będzie” myślmy, że będzie dobrze. Przecież bez względu na to, jak bardzo pochmurną twarz ma ten dzień, nieco wyżej świeci słońce.
AS

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Nasz choinka strojnisia...

Jak co roku, tak i w tym, w miesiącach poprzedzających święta Bożego Narodzenia, zaczęłam zbierać zdjęcia choinek. Ach! Jak ja lubię te zaprojektowane i z pomysłem dopieszczone drzewka. Świąteczny dodatek do pokoju, wystrój wnętrza nie przypadkowy i tak doskonale pasujący do otoczenia. Najbardziej podobają mi się te jednokolorowe. Lubię, gdy wszystkie dekoracje są złote, albo białe, albo czerwone, albo filetowe... zbieram pomysły i zastanawiam się, jak w tym roku będzie wyglądać nasze drzewko. 

Mam tysiąc zdjęć i jeszcze więcej koncepcji. Zbieram, obmyślam a potem uśmiecham się sama do siebie, bo jeszcze zanim w pokoju stanie zielona panienka, wiem doskonale jak będzie. Tak samo, jak w ubiegłym roku i rok wcześniej. A będzie tak: wdrapię się na strych i zniosę do pokoju wszystkie pudła z ozdobami. W dużym pokoju choinka, nasza strojnisia, niecierpliwie będzie czekać na swój dizjnerski strój.  

Mam plan: wybiorę wszystkie złote bombki, lub białe, lub czerowne, lub fioletowe i jak będzie brakować to dokupię... Znów uśmiecham się do siebie, bo przecież wiem, jak będzie. Będzie tak: zniosę te pudła i wszystkie pootwieram i to będzie koniec dizajnu. W pierwszym pudle znajdę bombki, które kupiłam z mężem, kiedy mężem jeszcze nie był. Pożyczył wtedy choinkę od swojej mamy, sztuczną, ale najpiękniejszą, bo naszą pierwszą. Pojechaliśmy na zakupy, razem wybieraliśmy błyszczące kule. On je chciał dla mnie, bo to były pierwsze święta w moim życiu spędzane poza granicami Polski. Będę obracać w palcach delikatne bombki, wszystkie szklane, zdobione a z czasem troszkę już szczerbate. 

Potem znajdę bombki i ozdoby, które kupiłam, gdy urodził się nasz syn... to znaczy kupiłam, gdy byłam w ciąży, bo on urodził się chwilę przed świętami... chodziłam po sklepach kołysząc się z boku na bok i marzyłam o naszym maleństwie. Kupiłam wtedy ozdoby bardzo kolorowe, zapewniające o szczęsciu, radości i bajkowości. Rok później kupiłam w Ikei takie nietłukące się, bo bezpieczniej dla rocznego dziecka. Coś z tymi bombkami jest nie tak, bo zawsze muszę sparwdzać, czy faktycznie się nie stłuką, jeśli niby przypadkiem spadną na podłogę. Coż już rok temu sprawdzałam. No i spadają, nie tłuką się. 

A potem wyjmę te wszystkie bombki do pary, które zaczęłam kupować, gdy urodziła się nasza córka. Od tamtej chwili zawsze, wszystko x2. Ona również przyszła na świat w grudniu. Pierwszą Wigilię z nią świętowaliśmy, gdy miała 5 dni. Będę trzymać w dłoniach bałwanki, które w brzuszkach mają kuleczki i grzechoczą, gdy zawiesza się je na gałązkach. Pozawieszam krasnale, jabłuszka i gwiazdki. A potem znajdę ozdoby kupione w Polsce. I jeszcze te z drewna, które kupiłam, gdy urodził się syn mojego brata. A potem będą te ptaki z puszystymi ogonami, dostaliśmy je od moich rodziców, no i aniołki te otrzymywane od wyjątkowych osób. Każdego roku dostajemy aniołki, przez lata się nazbierało. Potem wyjmę ozdoby, które przysyła przyjaciółka – polskie rękodzieło, ozdoby robione na drutach. A chwilę póżniej wyjmę tego specjalnego aniołka, który jest tym którego straciłam na zawsze.I jeszcze bombki w kształcie książek, które kupiłam w roku wydania mojej pierwszej powieści. 
Na koniec w innym pudle znajdę przeróżne łańcuchy, kolorowe węże kupowane co roku inne, bo nasza córka akurat taki musiała w tamtej chwili mieć gorąco zapewniając, że bez wątpienia będzie pasował do reszty, a ja nigdy nie potrafię odmówić... No i jeszcze te łańcuchy robione z papieru. Też takie robiłam z mamą, teraz sklejam z moimi dziećmi. Nic do niczego nie pasuje a wszystko pasuje doskonale...

I ubierzemy nasze drzewko w to wszystko, bo to wspomniena, zapis ważnych chwil z naszego życia. To iglasta historia, niczym album ze zdjęciami. Niedopasowane a takie kompletne. To będzie mój dizajn, mnóstwo kolorów a w każdej z ozdób miłość, ciepło, przyjaźń i troska. Nasza choinka nie będzie tylko świątecznym dodatkiem do pokoju, wystrojem wnętrza, będzie symbolem życia, odradzania się i trwałości.

Wszystkim odwiedzjącym mojego bloga życzę zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia. Aby ten czas spędzony  był w gronie nabliższych i aby nasze serca wypełnione były spokojnem i radością.
AS

środa, 22 lipca 2015

Wakacje w Polsce to takie mini powroty



Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka dni i zaczną się wakacje. U mnie, w tym roku trochę inaczej, trochę na raty. Nasz syn kończy pierwszą klasę szkoły średniej, a córka jest w podstawówce, więc jego wakacje zaczynają się wcześniej. On już zachłyśnie się wolnością, ona jeszcze kilka dni będzie musiała narzekać, że to niesprawiedliwe.  

Jeszcze chwila... Wakacje to odpoczynek, choć w moim przypadku to również możliwość skoncentrowania się na kolejnej książce, bez ciągłego patrzenia na zegarek. 

Najgorzej mi się pisze, gdy wiem, że jeszcze tylko pół godziny i muszę gdzieś pędzić. Teraz będę mogła tworzyć ze spokojem. Wkrótce skończę pisać trzecią część Jangblizji i ten czas jest tak cudownie ekscytujący. 

Plany wakacyjne zrobiłam już dawno. Na początku roku, gdy długie ponure dni zaczynają doskwierać, najlepszą terapią jest przeszukiwanie internetu w celu rezerwacji miejsca, w którym spędzi się urlop. To tak, jakby już się tam było w styczniu. Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że plany wakacyjne dla nas mieszkających poza granicami Polski piszą się same. Gdzie jedziemy? Oczywiście to jasne - do Polski. 

Zastanawiam się, czy nasze wakacje to nie są takie mini powroty. Chęć, choć przez chwilę, choć jeszcze raz, włożenia stóp do tej samej wody... udać, że to możliwe. Poczuć, że wszystko dookoła jest zrozumiałe i takie znane. Znów naładować baterie. Pojechać, wrócić, zobaczyć, poczuć, wrócić... 

Kilka dni temu córka opowiadała, że w szkole nauczycielka zapytała, gdzie dzieci pojadą na wakacje. Uczniowie mówili o Hiszpanii, Szwecji i Bali a ona oświadczyła, że jedzie do Polski. Oni uważają, że to nuda, ale ja się cieszę, nie znają się - powiedziała do mnie cicho. 

Wyjazd do Polski to przede wszystkim kontakt z językiem - rozmowy na ulicach, zakupy i wizyty w księgarniach, muzea, kina... Ach! Język, który daję moim dzieciom, razem z moimi korzeniami. To tak ważne skąd jestem i skąd w mojej części są oni. Nie mogę ich przekonywać, muszę pokazać. Tylko pokazując mogę coś dać. Nie tak dawno byłam na spotkaniu, na którym ktoś tłumaczył, w jaki sposób i używając, jakich argumentów możemy 
przekonywać nasze dzieci, że język polski jest ważny. Ja nie przekonuje, przekonywanie dzieci nie odnosi oczekiwanych skutków. Ja pokazuję, pozwalam im zobaczyć i poczuć a one same odkrywają wagę ich dwujęzyczności i to jest piękne.  

Oni nie wiedzą, że ja wakacje spędzam zawsze z jednym przymkniętym okiem, by nie wszystko widzieć, choć widzę, by nie słyszeć, choć słyszę i mogę do woli idealizować tamto miejsce, do granic możliwości. Nieuczciwe? Być może, ale tylko przed samą sobą. Choć z drugiej strony - przecież spojrzenie na to samo w promieniach wschodzącego słońca jest inne niż o zachodzie a jednak oba spojrzenia są równie prawdziwe. To, na co się patrzy, tak naprawdę też się nie zmienia. 

Wakacje w Polsce to też trochę jak podróż w czasie, znów przez chwilę czuję się jak przed wyjazdem, mimo, że minęło już tak wiele lat. Potem widzę, że to już nie to samo, ale to nic, ponieważ teraz mogę również spojrzeć na tamte miejsca w inny sposób. Dzięki perspektywie wiem, że tam też deszcz może padać dla przyjemności. Czasem tylko przygnębiają spotkania z dawnym smutkiem w nowej sukience, ale szybko przeganiam uśmiechem te myśli. 

Wyjeżdżając należy oczywiście spakować torby, walizki, plecaki. Zawsze zabieram mniej, bo więcej przywiozę. Później każda rzecz przywieziona z Polski ma większą wartość. 

Pomyślałam, że pisząc ten tekst zapytam męża i dzieci, dlaczego lubią wyjazdy do Polski.  Posypały się odpowiedz: bo pączki i lody o wszystkich smakach. I jest jeszcze ciepło w lecie a w zimie śnieg pada. W Polsce jest prawdziwa zima, nie taka udawana jak tutaj. 

Interesujące, że teraz, u progu letnich wakacji pomyśleli o śniegu. 
No i jeszcze ryby i pifo, mówi mąż ostatnie słowo wypowiadając po polsku. Po chwili dodaje - no i Festiwal Słowian i Wikingów. Wizyty na wyspie Wolin stały się już naszą tradycją. 

Ale jeszcze drzewa i góry i morze, wcale nie takie samo - przekrzykują się dzieci - i wspomniane, bo byliśmy tam kiedyś tacy mali - poważnie dodaje córka. Ach i sklepy, mama i nie zapomnij, że jeszcze spotkania z rodziną, to też jest bardzo ważne. Uśmiecham się szeroko.  

Dzwonek do drzwi. Otwieram, a w nich stoi mój szwagier. Wiesz co, mówi po niderlandzku, tak fajnie opowiadaliście o wakacjach w Polsce, że postanowiłem, pojechać tam z dziećmi w tym roku. Pomożesz mi znaleźć jakieś ładne miejsce?  

Wszystkim odwiedzających mojego bloga życzę udanych wakacji, gdziekolwiek w tym roku się znajdą, pełnych radości i odpoczynku oraz ciepłych powrotów.

wtorek, 7 lipca 2015

Kofeinowa śmierć.

Lubię te chwile, gdy zasiadam do komputera, by spisać kolejne losy moich bohaterów.
To trochę tak, jakbym opisywała równocześnie coś, co się wydarzyło i co się dopiero wydarzy. Historia jest już w mojej głowie a za chwilę pojawi się na monitorze. Książka z wolna powstaje. Bohaterzy żyją we mnie tak dokładnie, wyraźnie, że czasem przyprawiają o ataki schizofrenii. Trzeba zapisać, bo jeszcze zapomnę, co im się dziś przydarzyło. Bliscy i dalecy, bo ich wymyśliłam, ale już żyją swoim życiem.
Obok komputera, jak zawsze, stawiam kubek gorącej kawy. Na ekranie za czarnymi znaczkami pojawiają się widoki, emocje i twarze. Rozpoczęłam wędrówkę po ziemiach innego świata. Historia nabiera tempa, palce tańczą na klawiaturze.
Po chwili uniosłam kubek. Mimochodem rzuciłam okiem na mlecznobrązowawy płyn. Na jego powierzchni unosiła się mucha. Pozornie nic nieznaczące wydarzenie zatrzymało mnie na chwilę. Dramat niezaważony a przecież rozegrał się tuż obok. Tragedia; samobójstwo przez przypadek z nutką mleka w tle. Odejście pachnące kawą i inspiracją. 
Pierwsza pomoc nie zdała się na nic. Łyżeczka ratująca przybyła zbyt późno, bo nawet na niej tchu złapać się już nie udało. Pierwsza pomoc okazała się nieprzydatna, bo nie mam takiej mocy lub może niemocy. 
Śmierć w kofeinie - piana uniosła owada niczym na chmurze. Lot, w nieznanym dla mnie kierunku, już się zakończył. Śmierć, taki sobie przypadek, prawie niezauważona, w tej jednej chwili mogłaby być zapomniana. Nie jest pierwsza i nie będzie ostatnia. Mucha jak orzeł, jak anioł rozłożyła skrzydła. Czy to sen nieprzespany, czy zaspanie na zawsze? Jestem tu, świadek zakończonego cierpienia a może to tylko moja wyobraźnia. 
Chwila zamyślenia, nad tym jak wiele takich much, bo nie tu, bo daleko, bo nie istotne. Zgon w zupełnej ciszy, choć czasem ktoś o tym poinformuje a potem znów cisza. Zatrzymał mnie na chwilę; zastanowił, zachwycił, zasmucił. Czy zapisanie tego, nadaje wydarzeniu sens?

AS