poniedziałek, 21 grudnia 2015

Nasz choinka strojnisia...

Jak co roku, tak i w tym, w miesiącach poprzedzających święta Bożego Narodzenia, zaczęłam zbierać zdjęcia choinek. Ach! Jak ja lubię te zaprojektowane i z pomysłem dopieszczone drzewka. Świąteczny dodatek do pokoju, wystrój wnętrza nie przypadkowy i tak doskonale pasujący do otoczenia. Najbardziej podobają mi się te jednokolorowe. Lubię, gdy wszystkie dekoracje są złote, albo białe, albo czerwone, albo filetowe... zbieram pomysły i zastanawiam się, jak w tym roku będzie wyglądać nasze drzewko. 

Mam tysiąc zdjęć i jeszcze więcej koncepcji. Zbieram, obmyślam a potem uśmiecham się sama do siebie, bo jeszcze zanim w pokoju stanie zielona panienka, wiem doskonale jak będzie. Tak samo, jak w ubiegłym roku i rok wcześniej. A będzie tak: wdrapię się na strych i zniosę do pokoju wszystkie pudła z ozdobami. W dużym pokoju choinka, nasza strojnisia, niecierpliwie będzie czekać na swój dizjnerski strój.  

Mam plan: wybiorę wszystkie złote bombki, lub białe, lub czerowne, lub fioletowe i jak będzie brakować to dokupię... Znów uśmiecham się do siebie, bo przecież wiem, jak będzie. Będzie tak: zniosę te pudła i wszystkie pootwieram i to będzie koniec dizajnu. W pierwszym pudle znajdę bombki, które kupiłam z mężem, kiedy mężem jeszcze nie był. Pożyczył wtedy choinkę od swojej mamy, sztuczną, ale najpiękniejszą, bo naszą pierwszą. Pojechaliśmy na zakupy, razem wybieraliśmy błyszczące kule. On je chciał dla mnie, bo to były pierwsze święta w moim życiu spędzane poza granicami Polski. Będę obracać w palcach delikatne bombki, wszystkie szklane, zdobione a z czasem troszkę już szczerbate. 

Potem znajdę bombki i ozdoby, które kupiłam, gdy urodził się nasz syn... to znaczy kupiłam, gdy byłam w ciąży, bo on urodził się chwilę przed świętami... chodziłam po sklepach kołysząc się z boku na bok i marzyłam o naszym maleństwie. Kupiłam wtedy ozdoby bardzo kolorowe, zapewniające o szczęsciu, radości i bajkowości. Rok później kupiłam w Ikei takie nietłukące się, bo bezpieczniej dla rocznego dziecka. Coś z tymi bombkami jest nie tak, bo zawsze muszę sparwdzać, czy faktycznie się nie stłuką, jeśli niby przypadkiem spadną na podłogę. Coż już rok temu sprawdzałam. No i spadają, nie tłuką się. 

A potem wyjmę te wszystkie bombki do pary, które zaczęłam kupować, gdy urodziła się nasza córka. Od tamtej chwili zawsze, wszystko x2. Ona również przyszła na świat w grudniu. Pierwszą Wigilię z nią świętowaliśmy, gdy miała 5 dni. Będę trzymać w dłoniach bałwanki, które w brzuszkach mają kuleczki i grzechoczą, gdy zawiesza się je na gałązkach. Pozawieszam krasnale, jabłuszka i gwiazdki. A potem znajdę ozdoby kupione w Polsce. I jeszcze te z drewna, które kupiłam, gdy urodził się syn mojego brata. A potem będą te ptaki z puszystymi ogonami, dostaliśmy je od moich rodziców, no i aniołki te otrzymywane od wyjątkowych osób. Każdego roku dostajemy aniołki, przez lata się nazbierało. Potem wyjmę ozdoby, które przysyła przyjaciółka – polskie rękodzieło, ozdoby robione na drutach. A chwilę póżniej wyjmę tego specjalnego aniołka, który jest tym którego straciłam na zawsze.I jeszcze bombki w kształcie książek, które kupiłam w roku wydania mojej pierwszej powieści. 
Na koniec w innym pudle znajdę przeróżne łańcuchy, kolorowe węże kupowane co roku inne, bo nasza córka akurat taki musiała w tamtej chwili mieć gorąco zapewniając, że bez wątpienia będzie pasował do reszty, a ja nigdy nie potrafię odmówić... No i jeszcze te łańcuchy robione z papieru. Też takie robiłam z mamą, teraz sklejam z moimi dziećmi. Nic do niczego nie pasuje a wszystko pasuje doskonale...

I ubierzemy nasze drzewko w to wszystko, bo to wspomniena, zapis ważnych chwil z naszego życia. To iglasta historia, niczym album ze zdjęciami. Niedopasowane a takie kompletne. To będzie mój dizajn, mnóstwo kolorów a w każdej z ozdób miłość, ciepło, przyjaźń i troska. Nasza choinka nie będzie tylko świątecznym dodatkiem do pokoju, wystrojem wnętrza, będzie symbolem życia, odradzania się i trwałości.

Wszystkim odwiedzjącym mojego bloga życzę zdrowych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia. Aby ten czas spędzony  był w gronie nabliższych i aby nasze serca wypełnione były spokojnem i radością.
AS

środa, 22 lipca 2015

Wakacje w Polsce to takie mini powroty



Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka dni i zaczną się wakacje. U mnie, w tym roku trochę inaczej, trochę na raty. Nasz syn kończy pierwszą klasę szkoły średniej, a córka jest w podstawówce, więc jego wakacje zaczynają się wcześniej. On już zachłyśnie się wolnością, ona jeszcze kilka dni będzie musiała narzekać, że to niesprawiedliwe.  

Jeszcze chwila... Wakacje to odpoczynek, choć w moim przypadku to również możliwość skoncentrowania się na kolejnej książce, bez ciągłego patrzenia na zegarek. 

Najgorzej mi się pisze, gdy wiem, że jeszcze tylko pół godziny i muszę gdzieś pędzić. Teraz będę mogła tworzyć ze spokojem. Wkrótce skończę pisać trzecią część Jangblizji i ten czas jest tak cudownie ekscytujący. 

Plany wakacyjne zrobiłam już dawno. Na początku roku, gdy długie ponure dni zaczynają doskwierać, najlepszą terapią jest przeszukiwanie internetu w celu rezerwacji miejsca, w którym spędzi się urlop. To tak, jakby już się tam było w styczniu. Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że plany wakacyjne dla nas mieszkających poza granicami Polski piszą się same. Gdzie jedziemy? Oczywiście to jasne - do Polski. 

Zastanawiam się, czy nasze wakacje to nie są takie mini powroty. Chęć, choć przez chwilę, choć jeszcze raz, włożenia stóp do tej samej wody... udać, że to możliwe. Poczuć, że wszystko dookoła jest zrozumiałe i takie znane. Znów naładować baterie. Pojechać, wrócić, zobaczyć, poczuć, wrócić... 

Kilka dni temu córka opowiadała, że w szkole nauczycielka zapytała, gdzie dzieci pojadą na wakacje. Uczniowie mówili o Hiszpanii, Szwecji i Bali a ona oświadczyła, że jedzie do Polski. Oni uważają, że to nuda, ale ja się cieszę, nie znają się - powiedziała do mnie cicho. 

Wyjazd do Polski to przede wszystkim kontakt z językiem - rozmowy na ulicach, zakupy i wizyty w księgarniach, muzea, kina... Ach! Język, który daję moim dzieciom, razem z moimi korzeniami. To tak ważne skąd jestem i skąd w mojej części są oni. Nie mogę ich przekonywać, muszę pokazać. Tylko pokazując mogę coś dać. Nie tak dawno byłam na spotkaniu, na którym ktoś tłumaczył, w jaki sposób i używając, jakich argumentów możemy 
przekonywać nasze dzieci, że język polski jest ważny. Ja nie przekonuje, przekonywanie dzieci nie odnosi oczekiwanych skutków. Ja pokazuję, pozwalam im zobaczyć i poczuć a one same odkrywają wagę ich dwujęzyczności i to jest piękne.  

Oni nie wiedzą, że ja wakacje spędzam zawsze z jednym przymkniętym okiem, by nie wszystko widzieć, choć widzę, by nie słyszeć, choć słyszę i mogę do woli idealizować tamto miejsce, do granic możliwości. Nieuczciwe? Być może, ale tylko przed samą sobą. Choć z drugiej strony - przecież spojrzenie na to samo w promieniach wschodzącego słońca jest inne niż o zachodzie a jednak oba spojrzenia są równie prawdziwe. To, na co się patrzy, tak naprawdę też się nie zmienia. 

Wakacje w Polsce to też trochę jak podróż w czasie, znów przez chwilę czuję się jak przed wyjazdem, mimo, że minęło już tak wiele lat. Potem widzę, że to już nie to samo, ale to nic, ponieważ teraz mogę również spojrzeć na tamte miejsca w inny sposób. Dzięki perspektywie wiem, że tam też deszcz może padać dla przyjemności. Czasem tylko przygnębiają spotkania z dawnym smutkiem w nowej sukience, ale szybko przeganiam uśmiechem te myśli. 

Wyjeżdżając należy oczywiście spakować torby, walizki, plecaki. Zawsze zabieram mniej, bo więcej przywiozę. Później każda rzecz przywieziona z Polski ma większą wartość. 

Pomyślałam, że pisząc ten tekst zapytam męża i dzieci, dlaczego lubią wyjazdy do Polski.  Posypały się odpowiedz: bo pączki i lody o wszystkich smakach. I jest jeszcze ciepło w lecie a w zimie śnieg pada. W Polsce jest prawdziwa zima, nie taka udawana jak tutaj. 

Interesujące, że teraz, u progu letnich wakacji pomyśleli o śniegu. 
No i jeszcze ryby i pifo, mówi mąż ostatnie słowo wypowiadając po polsku. Po chwili dodaje - no i Festiwal Słowian i Wikingów. Wizyty na wyspie Wolin stały się już naszą tradycją. 

Ale jeszcze drzewa i góry i morze, wcale nie takie samo - przekrzykują się dzieci - i wspomniane, bo byliśmy tam kiedyś tacy mali - poważnie dodaje córka. Ach i sklepy, mama i nie zapomnij, że jeszcze spotkania z rodziną, to też jest bardzo ważne. Uśmiecham się szeroko.  

Dzwonek do drzwi. Otwieram, a w nich stoi mój szwagier. Wiesz co, mówi po niderlandzku, tak fajnie opowiadaliście o wakacjach w Polsce, że postanowiłem, pojechać tam z dziećmi w tym roku. Pomożesz mi znaleźć jakieś ładne miejsce?  

Wszystkim odwiedzających mojego bloga życzę udanych wakacji, gdziekolwiek w tym roku się znajdą, pełnych radości i odpoczynku oraz ciepłych powrotów.

wtorek, 7 lipca 2015

Kofeinowa śmierć.

Lubię te chwile, gdy zasiadam do komputera, by spisać kolejne losy moich bohaterów.
To trochę tak, jakbym opisywała równocześnie coś, co się wydarzyło i co się dopiero wydarzy. Historia jest już w mojej głowie a za chwilę pojawi się na monitorze. Książka z wolna powstaje. Bohaterzy żyją we mnie tak dokładnie, wyraźnie, że czasem przyprawiają o ataki schizofrenii. Trzeba zapisać, bo jeszcze zapomnę, co im się dziś przydarzyło. Bliscy i dalecy, bo ich wymyśliłam, ale już żyją swoim życiem.
Obok komputera, jak zawsze, stawiam kubek gorącej kawy. Na ekranie za czarnymi znaczkami pojawiają się widoki, emocje i twarze. Rozpoczęłam wędrówkę po ziemiach innego świata. Historia nabiera tempa, palce tańczą na klawiaturze.
Po chwili uniosłam kubek. Mimochodem rzuciłam okiem na mlecznobrązowawy płyn. Na jego powierzchni unosiła się mucha. Pozornie nic nieznaczące wydarzenie zatrzymało mnie na chwilę. Dramat niezaważony a przecież rozegrał się tuż obok. Tragedia; samobójstwo przez przypadek z nutką mleka w tle. Odejście pachnące kawą i inspiracją. 
Pierwsza pomoc nie zdała się na nic. Łyżeczka ratująca przybyła zbyt późno, bo nawet na niej tchu złapać się już nie udało. Pierwsza pomoc okazała się nieprzydatna, bo nie mam takiej mocy lub może niemocy. 
Śmierć w kofeinie - piana uniosła owada niczym na chmurze. Lot, w nieznanym dla mnie kierunku, już się zakończył. Śmierć, taki sobie przypadek, prawie niezauważona, w tej jednej chwili mogłaby być zapomniana. Nie jest pierwsza i nie będzie ostatnia. Mucha jak orzeł, jak anioł rozłożyła skrzydła. Czy to sen nieprzespany, czy zaspanie na zawsze? Jestem tu, świadek zakończonego cierpienia a może to tylko moja wyobraźnia. 
Chwila zamyślenia, nad tym jak wiele takich much, bo nie tu, bo daleko, bo nie istotne. Zgon w zupełnej ciszy, choć czasem ktoś o tym poinformuje a potem znów cisza. Zatrzymał mnie na chwilę; zastanowił, zachwycił, zasmucił. Czy zapisanie tego, nadaje wydarzeniu sens?

AS

piątek, 17 kwietnia 2015

Przedmioty jak zdjęcia



Pochylona nad naszą zmywarką poczułam jej ciepły oddech na twarzy. Otuliła mnie zapachem czystości i wymazanych śladów przeszłych posiłków. Jaka szkoda, że nie wszystko można z taką łatwością wyczyścić. Dla przykładu: zmywarka do wspomnień? Program podstawowy na przykre słowa, BIO idealny do trudnych sytuacji, intensywny wymazałby ze wspomnień niektórych ludzi. 

Nadszedł codzienny czas zmiany, czyste naczynia na półki i do szuflad a brudne trafiają na ich miejsce do zmywarki. Najpierw łyżki, potem widelce, noże itd. Przedmioty zwykłe, codzienne, towarzysze, milczący świadkowie naszych wspólnych chwil. Te całkiem stare i już nie do kompletu oraz nowe, które dopiero zaczynamy gubić.

Mieliśmy kogoś na widelcu, czasem nóż się w kieszeni otworzył, ale chyba nikogo nie chcieliśmy utopić w łyżce wody.  

Wartość słów, jak długo czasem trwają a potem umykają i już ich nie ma... Już chyba o tym pisałam... Widelce wiedzą, pamiętaj, bo były przy obiedzie, gdy się wszyscy spotaliśmy. Teraz kubki i szklanki, herbaty, kawy i mleka czekoladowe. Zaparzanie, zalewanie, picie, a teraz ta zmiana, a potem znów od nowa... 

Bardzo dobrze, ciepło i aromatycznie. Wiatr pomiędzy nami, odległości i smaki. No i dziwne pytania, bo wtedy najlepsza na nie pora. Jak wygląda cień z drugiej strony?  Jak to się robi zasypinie? Dlaczego tamci się kochali a teraz już nie?  

Wokół mnie pusty dom i muzyka w tle a moje myśli plątają się już sama nie wiem gdzie. 

No i najniższa półka - talerze i miseczki. Jest ktoś a kogoś nie ma. Nie ma a jest - obecność osób w tych przedmiotach. Talerze odkładam na półkę i ręka zatrzymuje się w tym niedokończonym geście. Mówią, że rzeczy nie są ważne. To nieprawda, rzeczy  przypominają zdjęcia, ukryte są w nich wspomnienia. Przechowują je dla nas, gdy my na chwilę zapominamy. Każda przekazuje jakąś wiadomość, wystarczy na chwilę się zatrzymać i posłuchać. 

Przyglądam się wzorowi na brzegu płaskiego naczynia i usiłuję przypomnieć sobie chwilę, gdy je kupiłam. To było... to było... rok, dwa, dziesięć i jeszcze więcej. To było tak dawno? To aż tyle? Już wiem! To była pierwsza rzecz, którą kupiłam do naszego wspólnego domu. Dawno temu w Polsce, w Wałbrzychu. Oczywiście, że tam! Wtedy można było jeszcze wybierać między fabrykami porcelany. A ta z Wałbrzycha była piękna. Wzór wyblakł po setkach obiadów, pewnie nawet gdyby zniknął całkiem, wiedziałabym, co przedstawiał. 

Patrzę na niewielki stosik talerzy na półce i widzę tylko trzy. Rozglądam się, ale innych już nie znajduję, a na początku było ich dwanaście. 

Gdzie tamte się podziały? Dlaczego ich już nie ma? Gdzie minęły? 

Pamiętam... jeden został w szkole dzieci pod ciastem urodzinowym i już nie wrócił. Może nadal go używają? Jeszcze ten na Uniwersytecie w Amsterdamie, na Wigilii dawno temu, było cudownie, ale już tam nie będzie ani go, ani mnie... a może jednak. I jeszcze tamten, co spadł w gniewie i ten, co się skończył przez przypadek. Talerze, na których kładło się obiady zwykłe, te specjalne, urodzinowe i świąteczne. Gościło się i zanosiło wypieki rodzinie. Nielatające a jakby trochę nie z tego świata, bo jak mogły tyle na sobie pomieścić? Na stole prawie zawsze, a czasem na kolanach na kanapie. Pełne po brzegi a czasem pustawe. Talerze z "pycha" i z "fuj, ja tego jeść nie będę". Już planuję, że kupię nowe, gdy pojadę do Polski, znów będę specjalne a na razie muszą wystarczyć te z IKEI, one też potrafią zbierać wspomnienia. Tutaj mam to wszystko, jak na talerzu.   

Ileż niezwykłości jest w całkiem zwykłych czynnościach!
AS

wtorek, 13 stycznia 2015

Czas zmian

Rok dobiegł końca... dobiegł, wcale nie – pędził i nawet na chwilę nie chciał się zatrzymać. Kilka dni temu myślałam, że jednak na moment zwolnił, ale to było złudzenie. Pragnę właśnie z tej okazji napisać kilka słów. Niczym kartkę, którą wysyła się do innych i całkiem trochę do siebie.

Dzieci wróciły do domu i zajmują się swoimi sprawami. Zostawiam wszystkie obowiązki, siadam do komputera i zaczynam pisać.

Dni przemykają, przeciekają i już ich nie ma. Nawet nie wiem jak, kiedy i gdzie. Jest dziś a to już tydzień temu. Wcale nie, miesiąc. Nasza jedenastoletnia córka pokazuje mi swe zdjęcie i pyta: ile wtedy miałam? Nie wiem, czekaj, osiem miesięcy. Śmieję się do siebie. Przecież to nie możliwe. To już tak dawno...

Po raz kolejny nadszedł czas przemyśleń i podsumować, a potem oczywiście i obietnic. Uwielbiam tę chwilę, bo jest pełna nadziei i spokoju. Mimo, że tylu obietnic z ubiegłego roku się nie dotrzymało, to nic, przecież nadchodzi kolejny przełom i następne szanse. Przez chwilę można w to wierzyć a potem czas i tak zasypie te obietnice kartkami z kalendarza.

2014 - to był niezwykły rok.

Nasz syn zakończył naukę w szkole podstawowej i rozpoczął w średniej. Ja wreszcie pojęłam, co kryje się za tymi skrótami w nazwach szkół średnich w Holandii. Zmiana ta była ogromnym przeżycie dla mnie, jako mamy a dla niego początkiem przygody, która na szczęście trwa do dziś. Jeszcze nie stała się rutyną. Zrobił pierwszy mały wielki krok w dorosłość a ja podążam za nim.

Nasza córka w drodze, gdzieś za sobą zostawiła lalki i przytulanki. Teraz lakier do paznokci, tusz do rzęs i nowy film znanego youtubera na komórce. Teraz te ciuchy a tamte już nie, bo obciach, ponieważ teraz nie taki styl. Książki wybierane samodzielnie a najlepiej kolorowe magazyny i te też całkiem inne. Muzyka głośna z pokoju, ale rozumiem, bo kiedyś ja też tak, już całkiem dawno, ale pamiętam i nawet czasem śpiewamy razem.

Dzieci się zmieniają a ja z przyjemnością przyjmuję te rewolucje. Choć czasem jest trudno, bo "ja nic nie rozumiem", ponieważ "ze mną nie można się dogadać". Zmieniam się razem z nimi. Wiem, że jeśli tego nie zrobię, nie pójdę w tamtym kierunku, to one i tak zrobią to same a tej przygody za żadne skarby nie przegapię.

W roku, który chwilę temu się skończył, na polskim rynku wydawniczym pojawiła się moja kolejna książka „Wojna w Jangblizji. W domu” to kontynuacja opowieści o przygodach bohaterów z pierwszej części. Wypełnia mnie radość, ponieważ książka do tej pory zdobyła już wiele bardzo pozytywnych recenzji a wiele osób pomogło mi w jej promocji. Dzięki inicjatywie i energii Gosi Lubbers wyruszyłam w podróż promującą moją twórczość. To było niesamowite doświadczenie. Możliwość poznania niezwykłych ludzi i odwiedzenia wielu miast w Polsce. Oczywiście jak zawsze boję się również tego co dalej, ale to mniej ważne, ponieważ i tak wiem, że wykonam kolejny krok.

Spotkałam się z czytelnikami w Polskiej Ambasadzie w Hadze.

W ubiegłym roku następny związek się rozpadł a dziecięce łzy nadal płyną. Kolejna osoba poszła na łatwiznę i zapomniała o składanej obietnicy, że będzie z nim na zawsze a była tylko na trochę i to nawet nie całkiem, bo przecież teraz już nic nie jest pewne. Zapomniała, że tak bardzo nie szanując innych najbardziej nie szanuje się samej siebie. Zaczęłam zastanawiać się, czy końce kiedykolwiek są nimi naprawdę, a może są tylko nowymi początkami. Może dla nich kończy się to co znane a zaczyna... no właśnie, co? Jakieś tam głębokie myśli dla całkiem codziennego cierpienia. Z bolącym sercem patrzyłam na matki, które bez mrugnięcia ranią swoje dzieci, bez względu na ich wiek.

Ja również musiałam pożegnać się z tym co wydawało się ważne, ale może tylko przez chwilę, choć trwało długo. Może jeśli odchodzi się łatwo, rzeczy nie są ważne. Może właśnie tak się uwalniamy od tego co zbędne.

Po raz kolejny przekonałam się, że wszystko, co się dzieje, ma wpływ na to, kim się stajemy a nasze stawanie się wciąż trwa i zawsze jest szansa na zmianę. Słowa, gesty a czasem nawet myśli podążają w jakimś kierunki. Każdy kolejny krok przecież gdzieś nas prowadzi.

W ubiegłym roku po raz pierwszy poczułam, że mija czas tak całkiem fizycznie i dosłownie.

A u nas teraz z nieba znów leją się łzy, czyli holenderska odmiana zimy. To nic, w domu rozpalam kominek, świeczki, nadzieję i zakładam ciepły sweter. Kawa smakuje lepiej i pełniej w tej ponurej tylko zewnętrznej chwili.

Znów na chwilę w domu zagościła choinka. Zapaliliśmy małe lampki i zaczarowałam moje dorastające dzieci. Wiem, że to działa. Oni nie wierzą już w Mikołaja, ale w magię świąt tak.

A teraz obietnice. Nad klawiaturą rzucę zaklęcia na nadchodzące dni. Rok 2015 będzie rokiem zmian. To z pewnością. Wierzę w to, nie wątpię. Zmian na lepsze, ponieważ w to, co robię znów włożę swe serce. 2015 - to praca na kolejną książką. Musi przecież powstać trzecia część Jangblijzi, bo w głowie kłębią się pomysły. Powstanie też książka o dwujęzyczności i jeszcze coś... Pełno planów. No i jeszcze dwujęzyczna bajka. 2015 to czas by uszczęśliwić najbliższych i siebie, z tymi, którzy są trochę dalej czasem jest trudniej. Zadbać o to co ważne! Błyszczeć (choć dla siebie) i zbierać siły, by nie martwić się tym, co mówią inni, a mówią coraz więcej. Ja mam właśnie mówić mniej a słuchać więcej i jeszcze więcej pisać. Mieć odwagę odwrócić się i odejść, i nie obawiać się reakcji. Może wreszcie zaprzyjaźnić się ze sportem... z jakimkolwiek, przecież dam radę. W końcu...
Kiedyś... I jeszcze być kimś, kto coś robi a nie jęczy, że musi to zrobić ktoś inny. Nie narzekać i nie słuchać narzekań, bo nie wiadomo, które są gorsze. Nie bać się! Nie zapomnieć! Znaleźć czas na kawę z cudownymi osobami, bo wokół mnie jest ich tak wiele.

Zmiany to dobro! Zmiany to rozwój! 
Zmienię Nowy Rok na lepsze.
Zaczarowałam!
Wszystkiego dobrego wszystkim.
AS