środa, 23 czerwca 2010

Ojczyzna – obczyzna


Wyznaczamy sobie granice. Jest ich tyle, że czasem trudno nawet stwierdzić jak wiele. Nazywamy je różnie – zasady, wartości, wierzenia. Pilnujemy tych granic lepiej… czasem trochę gorzej. Strzeżemy ich sami lub pozwalamy to czynić innym. Czasem musimy bronić wyznaczonych przestrzeni. Natykamy się na granice wyznaczone przez kogoś innego i trzeba się dostosować. Zdarza się, że przymykamy oko i niby przypadkiem wkraczamy w przestrzeń innego człowieka. Linie pojawiają się niczym nić tkana przez pająka, ale mogą też nagle wyrosnąć murem z cegieł. Przekraczanie niektórych jest bardzo ekscytujące. Innych nigdy nie uda się przebyć. Przyjemnie jest łączenie granic, czasem trzeba je rozdzielić i tworzyć nowe.
Mieszkając w innym kraju człowiek jest zmuszony stworzyć nowe przestrzenie dla siebie, dla tego, w co się wierzy, dla tego, co ważne i dla tego… co boli. Przestrzenie te przestają pokrywać się z tym, co kiedyś istniało i nie zgadzają się z tym, co istnieje już tutaj. Nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że te nowo wyznaczone granice są najważniejszymi w życiu, bo te inne jakby przestają go już dotyczyć. Te nowe przestrzenie nie zgadzają się z przekonaniami i nie pasują, tak jak mogą nie pasować za ciasne buty. Natomiast to, co kiedyś należało do prywatnego państwa już nim nie jest. Jak sobie pogodzić z tą osobistą banicją?
Tworzenie nowych granic to właśnie integracja. Jeśli pozostanie się przy starych, człowiek nigdy się nie zadomowi. Jeśli przejmie się wszystkie granice wyznaczane przez nowy kraj, zatraci się siebie zupełnie.
Odkrywa się, że to uczucie może zrozumieć jedynie ktoś, kto jest dokładnie w takiej samej sytuacji, ktoś kto również żyje w innym świecie. Stacja początkowa, wcale nie musi być ta sama a i miejsce do którego się dotarło może być inne. Łączy ich to poczucie zawieszenia między światami. Łączy nas ta niesamowita chęć zadomowienia się, poczucia się „u siebie” tutaj, ale i nie stracenia tego skąd przyjechaliśmy. Nagle nie jest się tak naprawdę w domu ani w państwie, z którego się wyjechało ani do którego się dotarło. Okazuje się, że nowe miejsce wcale za nami nie tęskniło i teraz nie bardzo wie, co z nami począć. Tam skąd się pochodzi, ktoś już rozplanował nasze miejsca na własne i nawet to, co znane wydaje się już trochę obce.
To nasze prywatne państwo staje się naprawdę ważne z pieczołowitą delikatnością budujemy dom i zaczynamy myśleć, że jest dobrze. Czasami, to się zdarza, przychodzą dni zwątpienia, trudne, niekiedy trochę mroczniejsze niż zwykle. Każdy takie ma, nawet, jeśli twierdzi, że ich nie ma. Człowiek wtedy naturalnie zwraca się do tego, co znajome, co od lat wydaje się być niezmienne… to już jest inne.
Pojęcie emigranta w Polsce jest już dość skrystalizowane. Większość ludzi stamtąd (napisałam „stamtąd”!) ma podobny stosunek do nas emigrantów - mniej lub bardziej radykalny. Najgłośniej słychać ludzi bez twarzy, tych którzy na forach internetowych oczerniają, być może znajomych, tych którzy wyjechali. Pojęcie jest już dość uklepane - ten, kto wyjechał ma kasę. Ma dużo kasy! A jak się ma kasę, to jest spoko! Trudno już rozmawiać o troskach, o problemach, bo Polskie nas już nie dotyczą, czyli nic o nich nie wiemy, a tam na zachodzie przecież niczego nam nie brakuje, bo przecież polskich problemów mieć tam nie możemy.
Mniej radykalni podchodzą do nas z pobłażaniem, bo co my możemy wiedzieć. Nam jest przecież dobrze tam daleko od tu. W końcu sami tego chcieliśmy. Sami się w to wpakowaliśmy.
To są te bardziej ponure dni, dni konfrontacji nowych granic ze starymi. W takich chwilach pomaga świadomość, że nie jest się samemu w sytuacji tego absurdalnego zawieszenia. Zawsze są ludzie w podobnej sytuacji, którzy myślą i czują podobnie. Czasem spojrzenie, uśmiech lub słowo, nawet kogoś, kogo się nie zna, ale kto jest w podobnej sytuacji, jakoś rozjaśnia te ponure dni.
AS

wtorek, 22 czerwca 2010

Inspiracje


"Ja - kilkunastoletnia?
Gdyby nagle, tu, teraz, stanęła przede mną,"

Szymborska Kilkunastoletnia

Przede mną pojawiam się ja sprzed już więcej niż kilu lat. Stoję i patrzę na nią, na siebie, tę dziewczynę taką obco znajomą. Zastanawiam się co jej powiedzieć. Ona tymi samymi oczyma przygląda się mnie, patrzy i czeka, bo myśli, ze ja już wiem. Skoro żyję tyle lat więcej niż ona, doczekałam się odpowiedzi. Uważa, że zmądrzałam i nauczyłam się, że teraz wszystko jest dla mnie jasne, łatwe, przejrzyste. W końcu jestem dorosła, farbuję już włosy nie tylko dla innego koloru. Ona się łudzi, że razem z wiekiem przychodzą rozwiązania, że z wiekiem stałam się spokojniejsza. Ona ma nadzieję, że już nie proszę a może nawet, że już wcale nie potrzebuję.
A ja nie wiem! Wkroczyłam w kolejne dziesięciolecie mojego życia i nadal nie wiem, nie rozumiem. Dlaczego tak musiało być? Dlaczego teraz nie rozumiem wszystkiego jeszcze bardziej niż wtedy? Stawiam obok siebie kieliszek czerwonego wina i nadal pytam.
Ona żyje we mnie i szuka odpowiedzi. Nie jest mi obca, ale już nie tak bliska. Tak jakby nie była mną a kimś tylko do mnie podobnym. Kimś kogo już nie bardzo się rozumie, ale darzy sympatią... Chcę ją przytulić.
Czasem chcę na nią nakrzyczeć! Dlaczego wtedy się poddałaś?! Dlaczego poddałaś siebie?! Dlaczego wtedy nie walczyłaś o mnie silniejszą dziś? Dlaczego nie wybrałaś siebie?! Nie chcę płakać, ona płacze często, płacze, że nie paliła papierosów, płacze, że się nie bawiła, płacze, że nie ma tatuażu na kostce, płacze, że nie to i że nie tamto.
Właściwie to jesteśmy nawet trochę, troszeczkę podobne, bo nasze marzenia nie umarły. Robię to, co ona chciała robić. To daje jej trochę spokoju, ale po za tym nic.
Obok mnie są inni ludzie, którzy inaczej na mnie patrzą. Oni uczą mnie innych słów. Ona tak nie zadowolona z siebie, a przecież tak idealna, jak tylko dziecko być może. Muszę ją tego nauczyć.
Nikt mi tego nie powiedział - mówi do mnie z wyrzutem. Teraz ja będę jej to mówić. Tak, teraz ja ją będę tulić. Mamy trochę wspólnych znajomych, ale nie wiele.
- Cieszę się, że spełniasz moje marzenia! Mówi do mnie z ulgą. - Lubię cię... dodaje po chwili.
- Ja ciebie też ... bardzo...
Nie chcę aby zniknęła. Niech jeszcze zostanie. Ja jej opowiem jaka jest cudowna i wcale nie musi być lepsza, że ja nie chcę aby była inna.
Nie bądź spokojna, nie milcz, nie wiedz, rób głupoty, zaszalej!!!
Będę przy tobie i będę ci powtarzać jak cudowna jesteś. Zawsze!
AS

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Każdy tak ma…


Kilka minut na makijaż, przeczeszę włosy i lecimy do szkoły. Nagle złośliwie i zdradziecko w lustrze na czubku mojej głowy zobaczyłam siwe włosy. O nie! Czyli muszę jeszcze umówić z fryzjerem. Te tygodnie tak szybko mijają, i tylko lustro przypomina, że trzeba znów zafarbować upływający we włosach czas. Moja fryzjerka to sympatyczna osoba, choć ostatnio nie bardzo się zgadzamy, co do tego, co ja chcę mieć na głowie. Ja chcę odmiany, ona głosuje za tym co jest.
Fryzjer to wyjątkowy zawód. Nie chodzi mi o rodzaj wykonywanej procesji, ale stosunek, jaki mają do ludzi… a może ludzie do nich? Fryzjer, taksówkarz, gość za barem; to bardzo specyficzne zawody. Nie tylko układają włosy, pomagają w przemieszczaniu się z miejsca na miejsce, lub podają płyny, które zaburzają jasność myślenia uwalniając od trosk, są również niczym przyjaciele na tę jedną chwilę. Przyjaciele i psycholodzy… psychoterapeuci, nie oceniają, bo im nie zależy. Dlatego często udzielają najlepszych i najcenniejszych, a czasem i najszczerszych rad. Z fryzjerką dyskutujemy na różne tematy, choć ostatnio wachlarz naszych rozmów ogranicza się do rodziny i dzieci. Siedząc ze śmierdzącą farbą na głowie jakoś nie bardzo chce się dyskutować na temat teorii filozoficznych, czy choćby ostatnio przeczytanych książek.
Jesteśmy w tym samym wieku i nasze dzieci chodzą razem do szkoły. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym w tym zakrojonym do całego świata obszarze; zależy od dnia i nastroju. Dziś rozmawiałyśmy, no właściwie narzekaliśmy, na temat bycia przepracowaną mamą. Ta rozmowa dała nam wiele, bo nagle odkryłyśmy coś ważnego.
W pewnym momencie moja znajoma zaczęła wzdychać do zbliżających się wakacji. Czasem ja zamieniam się w jej psychoterapeutę. Wspomniała, że jest już tak zmęczona, że nie może się doczekać kilu wolnych dni, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wolne dni nigdy nie są takie do końca. To jedna z tajemnic bycia rodzicem, coś takiego jak wolny dzień nie istnieje. Jeśli faktycznie się zdarzy jest to tak dziwne, że niepokój wypływający z tej dziwności i tak nie pozwoli się z relaksować. Nie ma wolnego, gdy ma się dzieci! Wakacje dla rodzica to zwolnienie z części obowiązków i to jest już super. A zatem moja fryzjerka tęskni do częściowego wolnego. Nieśmiało wspomniała, że ostatnio miała już wszystkiego dość i wydawało jej się, że już nie da rady. Nie poruszy się i tak już zostanie.
- Wiem, co masz na myśli. Powiedziałam a ona się uśmiechnęła.
- Też tak masz? Zapytała z niedowierzaniem. Zaczęłyśmy opowiadać, o tym jak się czasem czujemy. Najgorsze jest to, że wydaje nam się, że wszyscy dookoła sobie radzą, tylko my nie. Przecież inni mają znacznie gorzej, bo nam tak naprawdę wcale nie jest źle. Ci inni radzą sobie o wiele lepiej niż my. My, takie sierotki, siedzimy i użalamy się nad sobą, podczas gdy inne mamy niczym kobiety z komunistycznych plakatów z uniesionymi ramionami prą do przodu. A my…
To tylko ja sobie nie radzę, to tylko mnie jest ciężko a każda inna potrafi o wiele lepiej, zgrabniej i jeszcze ma czas na aerobik i ma posprzątany dom i wypielony ogródek, i…, i…. i…. a poza tym pracuje na cały etat i ma czwórkę dzieci...
Idąc główną ulicą od placu Dam w Amsterdamie do dworca centralnego, można spotkać różnego rodzaju przebierańców. Czasem stoją bez ruchu, a czasem poruszają się strasząc tym dzieci. W ubiegłym tygodniu szłam tamtędy i spotkałam śmierć. Zadzwoniła na mnie małym złotym dzwoneczkiem przyprawiając mnie o gęsią skórkę. Potem spotkałam podstarzałego, brzuchatego Spidermana, tak trochę żałośnie śmiesznego . Trochę dalej stał on. Stał tam i był metaforą umęczania się i użalania nad sobą każdej mamy. On był tą „inna mamą”. Stał tam, miał może 17 lat, w koszulce i dżinsach, wyglądał całkiem przeciętnie. W jednej ręce żonglował dwoma piłeczkami, tu już kończyła się jego przeciętność. Jakby tego było mało, drugą ręką układał kostkę Rubika. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Piłeczki frunęły w powietrze, raz jedna, raz druga, a kolory na ściankach koski zaczęły się coraz bardziej ujednolicać. Przecież to jest fizycznie nie możliwe! Poszłam na pociąg, miałam go dość.
Dziś, gdy rozmawiałyśmy a farba pokrywała moje siwe włosy, przypomniał mi się ten chłopak, to uosobienie innych mam.
- Czasem czuję dokładnie to samo. Powiedziałam
- Myślałam, że tylko ja tak mam. Odpowiedziała fryzjerka sprawdzając, czy na mojej głowie wszystko OK. Na niej może było, ale w środku kotłowały się myśli. A jeśli każda mama tak ma? Może ktoś patrzy na mnie i myśli, że ja sobie daję radę a ona właśnie nie? W końce mieszkam w innym kraju, mam dwoje dzieci w wieku bardzo bojowo nastawionym do wszystkiego, co się rusza a do tego, co nazywa się „mama” najbardziej. Studiuję, pracuję, sprzątam, uczę się, gotuję, prasuję (od czasu do czas), ogródek też pielę (ale tylko jak jest ciepło i mam natchnienie) i robię jeszcze wiele innych rzeczy. Nagle odkryłam, że ja w jednej ręce mam o wiele więcej piłek, że ja mam o wiele więcej rąk. Każda mama tak ma, a że czasem na chwilę piłki pospadają, ręce się pomylą i zabraknie tchu to nic, każdy tak ma! Zbieramy te piłki i zaczynamy od nowa, w nadziei, że nikt nie widział.
AS