środa, 22 lipca 2015

Wakacje w Polsce to takie mini powroty



Jeszcze tylko chwila, jeszcze kilka dni i zaczną się wakacje. U mnie, w tym roku trochę inaczej, trochę na raty. Nasz syn kończy pierwszą klasę szkoły średniej, a córka jest w podstawówce, więc jego wakacje zaczynają się wcześniej. On już zachłyśnie się wolnością, ona jeszcze kilka dni będzie musiała narzekać, że to niesprawiedliwe.  

Jeszcze chwila... Wakacje to odpoczynek, choć w moim przypadku to również możliwość skoncentrowania się na kolejnej książce, bez ciągłego patrzenia na zegarek. 

Najgorzej mi się pisze, gdy wiem, że jeszcze tylko pół godziny i muszę gdzieś pędzić. Teraz będę mogła tworzyć ze spokojem. Wkrótce skończę pisać trzecią część Jangblizji i ten czas jest tak cudownie ekscytujący. 

Plany wakacyjne zrobiłam już dawno. Na początku roku, gdy długie ponure dni zaczynają doskwierać, najlepszą terapią jest przeszukiwanie internetu w celu rezerwacji miejsca, w którym spędzi się urlop. To tak, jakby już się tam było w styczniu. Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że plany wakacyjne dla nas mieszkających poza granicami Polski piszą się same. Gdzie jedziemy? Oczywiście to jasne - do Polski. 

Zastanawiam się, czy nasze wakacje to nie są takie mini powroty. Chęć, choć przez chwilę, choć jeszcze raz, włożenia stóp do tej samej wody... udać, że to możliwe. Poczuć, że wszystko dookoła jest zrozumiałe i takie znane. Znów naładować baterie. Pojechać, wrócić, zobaczyć, poczuć, wrócić... 

Kilka dni temu córka opowiadała, że w szkole nauczycielka zapytała, gdzie dzieci pojadą na wakacje. Uczniowie mówili o Hiszpanii, Szwecji i Bali a ona oświadczyła, że jedzie do Polski. Oni uważają, że to nuda, ale ja się cieszę, nie znają się - powiedziała do mnie cicho. 

Wyjazd do Polski to przede wszystkim kontakt z językiem - rozmowy na ulicach, zakupy i wizyty w księgarniach, muzea, kina... Ach! Język, który daję moim dzieciom, razem z moimi korzeniami. To tak ważne skąd jestem i skąd w mojej części są oni. Nie mogę ich przekonywać, muszę pokazać. Tylko pokazując mogę coś dać. Nie tak dawno byłam na spotkaniu, na którym ktoś tłumaczył, w jaki sposób i używając, jakich argumentów możemy 
przekonywać nasze dzieci, że język polski jest ważny. Ja nie przekonuje, przekonywanie dzieci nie odnosi oczekiwanych skutków. Ja pokazuję, pozwalam im zobaczyć i poczuć a one same odkrywają wagę ich dwujęzyczności i to jest piękne.  

Oni nie wiedzą, że ja wakacje spędzam zawsze z jednym przymkniętym okiem, by nie wszystko widzieć, choć widzę, by nie słyszeć, choć słyszę i mogę do woli idealizować tamto miejsce, do granic możliwości. Nieuczciwe? Być może, ale tylko przed samą sobą. Choć z drugiej strony - przecież spojrzenie na to samo w promieniach wschodzącego słońca jest inne niż o zachodzie a jednak oba spojrzenia są równie prawdziwe. To, na co się patrzy, tak naprawdę też się nie zmienia. 

Wakacje w Polsce to też trochę jak podróż w czasie, znów przez chwilę czuję się jak przed wyjazdem, mimo, że minęło już tak wiele lat. Potem widzę, że to już nie to samo, ale to nic, ponieważ teraz mogę również spojrzeć na tamte miejsca w inny sposób. Dzięki perspektywie wiem, że tam też deszcz może padać dla przyjemności. Czasem tylko przygnębiają spotkania z dawnym smutkiem w nowej sukience, ale szybko przeganiam uśmiechem te myśli. 

Wyjeżdżając należy oczywiście spakować torby, walizki, plecaki. Zawsze zabieram mniej, bo więcej przywiozę. Później każda rzecz przywieziona z Polski ma większą wartość. 

Pomyślałam, że pisząc ten tekst zapytam męża i dzieci, dlaczego lubią wyjazdy do Polski.  Posypały się odpowiedz: bo pączki i lody o wszystkich smakach. I jest jeszcze ciepło w lecie a w zimie śnieg pada. W Polsce jest prawdziwa zima, nie taka udawana jak tutaj. 

Interesujące, że teraz, u progu letnich wakacji pomyśleli o śniegu. 
No i jeszcze ryby i pifo, mówi mąż ostatnie słowo wypowiadając po polsku. Po chwili dodaje - no i Festiwal Słowian i Wikingów. Wizyty na wyspie Wolin stały się już naszą tradycją. 

Ale jeszcze drzewa i góry i morze, wcale nie takie samo - przekrzykują się dzieci - i wspomniane, bo byliśmy tam kiedyś tacy mali - poważnie dodaje córka. Ach i sklepy, mama i nie zapomnij, że jeszcze spotkania z rodziną, to też jest bardzo ważne. Uśmiecham się szeroko.  

Dzwonek do drzwi. Otwieram, a w nich stoi mój szwagier. Wiesz co, mówi po niderlandzku, tak fajnie opowiadaliście o wakacjach w Polsce, że postanowiłem, pojechać tam z dziećmi w tym roku. Pomożesz mi znaleźć jakieś ładne miejsce?  

Wszystkim odwiedzających mojego bloga życzę udanych wakacji, gdziekolwiek w tym roku się znajdą, pełnych radości i odpoczynku oraz ciepłych powrotów.

wtorek, 7 lipca 2015

Kofeinowa śmierć.

Lubię te chwile, gdy zasiadam do komputera, by spisać kolejne losy moich bohaterów.
To trochę tak, jakbym opisywała równocześnie coś, co się wydarzyło i co się dopiero wydarzy. Historia jest już w mojej głowie a za chwilę pojawi się na monitorze. Książka z wolna powstaje. Bohaterzy żyją we mnie tak dokładnie, wyraźnie, że czasem przyprawiają o ataki schizofrenii. Trzeba zapisać, bo jeszcze zapomnę, co im się dziś przydarzyło. Bliscy i dalecy, bo ich wymyśliłam, ale już żyją swoim życiem.
Obok komputera, jak zawsze, stawiam kubek gorącej kawy. Na ekranie za czarnymi znaczkami pojawiają się widoki, emocje i twarze. Rozpoczęłam wędrówkę po ziemiach innego świata. Historia nabiera tempa, palce tańczą na klawiaturze.
Po chwili uniosłam kubek. Mimochodem rzuciłam okiem na mlecznobrązowawy płyn. Na jego powierzchni unosiła się mucha. Pozornie nic nieznaczące wydarzenie zatrzymało mnie na chwilę. Dramat niezaważony a przecież rozegrał się tuż obok. Tragedia; samobójstwo przez przypadek z nutką mleka w tle. Odejście pachnące kawą i inspiracją. 
Pierwsza pomoc nie zdała się na nic. Łyżeczka ratująca przybyła zbyt późno, bo nawet na niej tchu złapać się już nie udało. Pierwsza pomoc okazała się nieprzydatna, bo nie mam takiej mocy lub może niemocy. 
Śmierć w kofeinie - piana uniosła owada niczym na chmurze. Lot, w nieznanym dla mnie kierunku, już się zakończył. Śmierć, taki sobie przypadek, prawie niezauważona, w tej jednej chwili mogłaby być zapomniana. Nie jest pierwsza i nie będzie ostatnia. Mucha jak orzeł, jak anioł rozłożyła skrzydła. Czy to sen nieprzespany, czy zaspanie na zawsze? Jestem tu, świadek zakończonego cierpienia a może to tylko moja wyobraźnia. 
Chwila zamyślenia, nad tym jak wiele takich much, bo nie tu, bo daleko, bo nie istotne. Zgon w zupełnej ciszy, choć czasem ktoś o tym poinformuje a potem znów cisza. Zatrzymał mnie na chwilę; zastanowił, zachwycił, zasmucił. Czy zapisanie tego, nadaje wydarzeniu sens?

AS