czwartek, 23 czerwca 2011

Co się dzieje?!

No i stało się! Ktoś zapytał mnie o radę. Nie chodzi o to, że wcześniej nikt nie pytał mnie o wskazówki, a o to, że tym razem pytanie zadała młoda osoba do starszej i bardziej doświadczonej. Tą drugą byłam ja. Chwilowe rozbawienie, a potem w mojej duszy coś zaskrzypiało. Czyżbym to ja była starsza i doświadczona... ale jak i kiedy? Nawet nie to, że starsza ale to, że doświadczona. To nie możliwe, ja nic nie zauważyłam. A może to nadchodzi i tego się nie czuje? To ja zawsze zwracałam się do innych po radę, to inni byli doświadczeni a ja zielona i tu nagle coś takiego... W nowej roli poczułam się taka jakaś niezgrabna.
Pytanie niby było proste. Jak to jest być emigrantem? Proszę mi powiedzieć, proszę doradzić.
No cóż, z Polski wyjechałam już 12 lat temu. Czego nauczyłam się o byciu obcym przez ten czas? Jaka jest moja emigracja? Schowana, zabezpieczona, ukryta chyba najbardziej przede mną samą. Nie chcę jej widzieć przez mur, który stworzyłam. Nie czuję już tak dotkliwie, że gdzieś mnie nie ma, ani tego, że gdzieś jednak jestem. Mam ten mur, to mur bezpieczeństwa, ochrony i jest mi z nim dobrze, a co dzieje się tam, to już jakby nie moje. Jak to strasznie brzmi!
Co jakiś czas docierają do mnie wiadomości trochę jak z innego świata. Słyszę historię o robotnikach sezonowych, których praca bardziej przypomina niewolnictwo niż celową działalność człowieka zmierzającą do wytworzenia określonych dóbr materialnych. Słyszę o tych samych lub ich kolegach, którzy po pracy prawie wszystko przepuszczają na alkohol a potem dopiero się dzieje... Słychać o Polakach, którzy napadają, kradną i demolują...
To jest gdzieś daleko, ja jestem tu chroniona murem. Za tą budowlą są również ci wszyscy, którzy kojarzą mnie tylko z pomocą domową, czy opiekunką do dzieci, bo Polka właściwie do niczego innego się nie nadaje. Tam są ci ignoranci i ślepcy. Czy jednak ja jestem lepsza, gdy udaję, że tam nic nie ma.
A może właśnie nie, bo ja udaję tylko czasem i tylko dla głębszego oddechu, by mieć siłę na późniejsze spotkanie z tym, co jest tam. Może to właśnie jest moim doświadczeniem. Nie chcę znaleźć się w miejscu wyznaczonym dla mnie przez innych. Nie muszę krzyczeć ani stawać w rzędzie. Przecież jeśli człowiek usilnie stara się być przeciwieństwem drugiego, jest niczym innym niż jego odbiciem w lustrze, bo tam przecież wszystko jest odwrotnie. Może to wcale nie mur tylko własny wybór i akceptacja.
Nie kupuję gazet codziennych, dostaję je z jednodniowym opóźnieniem od teściowej. Czasem nawet z kilkudniowym. Bywa, że są wszystkie, a czasem kilku brakuje. Wiem dlaczego, choć o tym nie rozmawiamy. Oznacza to, że w tych brakujących pisano coś niekorzystnego o Polakach, znów jakiś napad, wandalizm lub pijaństwo. Moja teściowa w ten sposób mnie chroni, chociaż to jest już niepotrzebne. Już wiem, że nie ma sensu ciągłe wciskanie się gdzieś, bo jak bardzo by się człowiek nie starał, zawsze coś będzie wystawać. To coś, będzie bardziej razić tego wciskającego się niż otoczenie. Dlatego trzeba zaakceptować to niedopasowanie i nie uogólniać siebie do wszystkich.
Mój syn jako doświadczony gracz komputerowy, udziela swojej początkującej w tym temacie siostrze, bardzo konkretnych rad. Gdy ona usiłuje przeskoczyć jakąś przeszkodę lub pokonać groźnego smoka, stoi za jej ramieniem i krzyczy - gdzie idziesz! Nie tędy! No szybciej! Ona się denerwuje, bo wie lepiej lub krzyk za wiele wymaga i wszystko kończy się kłótnią. Później ona spokojnie siada i woła - no to jak to ma być? W końcu próbuje sama, bo tak naprawdę nie można inaczej.
Na to niby proste pytanie odpowiedziałam: świat jest bardzo mały. Polska i Holandia są blisko siebie... choć czasem ta odległość staje się większa. Stworzysz swój własny świat, nie staniesz sie Holenderką ale stracisz coś z polskości. Jeśli będziesz umiała wymieszać w sobie te dwa kraje wiedząc, że pozostaniesz zawieszona gdzieś pomiędzy; będzie Ci dobrze. Emigranci wciąż patrzą na to co stracili, ja lubię przyglądać się temu co zyskałam i jaka się stałam właśnie dzięki mieszance strat i zysków.
AS

czwartek, 16 czerwca 2011

Na kawę z Panem Cogito cz.6



Pan Cogito myśli o powrocie do rodzinnego miasta

Czy zastanawiał się pan kiedyś nad powrotem. Myślał pan by powrócić do miejsca z którego się wyszło?

Gdybym tam wrócił
pewnie bym nie zastał
ani jednego cienia z domu mego
ani drzew dzieciństwa
ani krzyża z żelazną tabliczką
ławki na której szeptałem zaklęcia
kasztany i krew
ani też żadnej rzeczy która nasza jest


Czyli powrót do domu, to nie tylko powrót do miejsca, ale i do czasu. Nawet gdyby pan wrócił tam, gdzie się pan urodził, gdzie pan dorastał, przecież to miejsce nadal istnieje; i tak wszystko byłoby inne, nie takie samo, czyli obce. Znów obce! A co tak naprawdę jest znajome? Pan patrzy też na to, co "teraz" i co "kiedyś". Czasem to, co "kiedyś" istnieje nadal a to, co "teraz" jakby nie istniało nigdy. Może więc lepiej nie wracać, bo w pamięci przynajmniej zachowamy obraz tego, co było i tam będzie to miejsce żyło. Gdy wrócimy, odkryjemy, że go już nie ma i stracimy nawet to, co żyje w naszej pamięci. Stracimy co znajome i co wieczne.
Gdy zmarł mój dziadek, mama nie pozwoliła mi go zobaczyć w trumnie. Byłam mała i ciągle pytałam dlaczego, odpowiedziała mi, że chce abym zapamiętała go żywym a nie tak całkiem obcym i innym. Pewnie też chciała zachować dla mnie przeszłość.

wszystko co ocalało
to płyta kamienna
z kredowym kołem
stoję w środku
na jednej nodze
na moment przed skokiem


Świat dzieciństwa - to co wieczne i co na zawsze znajome. Tylko wtedy przyjmowaliśmy świat właśnie takim jakim był, bez zastanowienia, bez rozważania i dlatego pozostał on tym jedynym znajomym, bo był jedynym prawdziwym. Wtedy nie było miejsca na zwątpienie, bo wtedy zwątpienie nie istniało.
Kredowe koło jak z wiersza Różewicza, które każdy z nas rysuje i zamyka w nim własny sposób widzenia świata. A wyjście z niego jest tą ostatecznością - śmiercią. Lub to koło, które rysujemy na chodniku bawiąc się i skacząc z innymi dziećmi.

nie mogę urosnąć
choć mijają lata w górze huczą
planety i wojny


Nie może pan wyjść z tamtego świata. Wspomnienia są bardziej realne niż "dziś" i "teraz". Być może we wspomnieniach jest pan chłopcem, ale już nie patrzy pan z tą samą naiwnością na wszystko wokół. Gra pan w klasy, ale już ma pan świadomość mijających lat i tego, co się potem wydarzyło.

stoję w środku
nieruchomy jak pomnik
na jednej nodze
przed skokiem w ostateczność


Dlatego nie jest pan radosnym dzieckiem, tylko nieruchomym pomnikiem. Wydaje się panu, że wszystko już było, bo wszystko to wspomnienia, wszystko to przeszłość.

kredowe koło rudzieje
tak jak stara krew
wokół rosną kopczyki
popiołu
do ramion
do ust


Dopiero śmierć pozwoli panu wyjść z tego koła, które już dawno utraciło kolor czystości. Wie pan, że tyle osób odeszło, że te kopczyki to upływający czas, groby ludzie, których już nie ma a pan nadal tu jest i czeka. To nadzieje, które się nie spełniły i marzenia, które odeszły.
AS

sobota, 11 czerwca 2011

A co jeśli koń to żaba?



Koń jaki jest każdy widzi... Tak na 100%, czy może raczej na 97, a może na 50, lub wcale tej pewności nie ma. Oczy dostarczają nam najwięcej informacji, ale też są najlepszymi kłamcami. Żaden zmysł nie potrafi nas tak okłamywać jak oko. Wydaje się, że coś tam jest, a tak naprawdę tego nie ma. Lub odwrotnie, całkowite przekonanie o pustce, która wcale nie jest taka pusta. Ile razy to co się widzi jest prawdą a ile iluzją? Czy istnieją takie statystyki zgodności z rzeczywistością? Cóż mogę dodać, już niejeden filozof nad tym łamał siwą głowę, ale zadawalającej odpowiedzi nikt nie znalazł. Arystoteles stwierdził, że powiedzieć o tym, co jest, że jest, a o tym, czego nie ma, że go nie ma, jest prawdą. Zaczęło się rozmyślanie, które trwa do dnia dzisiejszego i z rozwojem nauki wcale nie stało się łatwiejsze.
Czy to co widzimy jest prawdą? Tak łatwo być pewnym i równie łatwo zwątpić.
Mój syn przyniósł z biblioteki książkę o iluzjach optycznych. Siedział nad nią godzinami. Nie oznacza to wcale godzin ciszy, bo co chwilę przybiegał do mnie i zachwycony pokazywał kolejną ilustrację. Mama patrz! Mama co tu widzisz? Mama wiesz o co tu chodzi?
Gdy przeglądałam z nim książkę wiedziałam ‘o co chodzi’, wiedziałam, że na każdej stronie jest oszustwo... iluzja, bo to chyba nie to samo co oszustwo. A może iluzja to najgorsze oszustwo, bo wtedy oszukują nas własne oczy? Jednak patrząc na kolejne strony wiedziałam, że na tym polega ta zabawa.
- Mama co tu widzisz?
- Konia.
- Wcale nie, bo żabę!
No chyba potrafię odróżnić konia od żaby?! A może wcale nie, przyglądam się dłużej. Faktycznie tu też jest żaba i co gorsza koń też tu jest. Zależy z której strony spojrzeć na obrazek.
Wychodząc z domu, rozglądając się wokół nie myśli się, że otacza nas iluzja, że tu też trzeba wiedzieć 'o co chodzi'. Nie zakłada się, że widząc konia możemy też zobaczyć żabę, bo to przecież kompletnie nielogiczne. A może trochę szkoda. Może gdyby zrozumieć, że każdy koń, to może być też żaba a nawet samolot, byłoby łatwiej. Spojrzenie byłoby bogatsze i z pewnością byłoby mniej niesnasek. Deepak Chopra powiedział, że wystarczy zmienić sposób patrzenia a zmieni się to na co się patrzy.
AS




Ilustracje pochodzą z książki "Optische illusies" Inga Menkhoff







środa, 8 czerwca 2011

Sto lat... dla mnie...


Ksiądz Jan Twardowski pod koniec życia zapytany, jak się czuje, odpowiadał ‘ Czuję się lepiej niż jutro.'

Moja córeczka: mamo, a dawno temu, kiedy byłaś młoda, były już wtedy rowery? Wiem, że dla moich dzieci już dwudziestolatki to wstęp do jesieni życia, więc nie bardzo się przejmuję, ale i tak zaczynam analizować jej sposób myślenia, szczególnie, że za kilka dni będę zdmuchiwać kolejną świeczkę na torcie.
Dwa razy w roku przychodzi taki dzień, który jakby ze swoim nadejściem zakładał, że należy przysiąść i zadumać się na chwilę. Jeden to Nowy Rok a drugi urodziny. W moim przypadku ten drugi wypada, prawie pół roku po pierwszym, mam więc regularnie odmierzany czas postanowień, analiz i żali. Nowy Rok rozbłyska tysiącem sztuczny ogni. Moje urodziny to kołysane wiatrem magnolie i kosy wzdychające na całą okolicę przy budowie gniazd. Kołowrót zdarzeń, a ja dumam…
Mijają urodziny. Rozliczmy się z ostatnich kilku miesięcy. Te pół roku nie było ani takie jak zaplanowałam, a już z pewnością, nie jak sobie wymarzyłam; a zatem materiał do rozmyślania. Żal wypełnia duszę, bo zabrano mi coś, co powinno na zawsze być moje. Odkryłam po raz pierwszy tak namacalnie, jak blisko siebie są szczęście i rozpacz, że czasem między nimi mieszka tylko jedno słowo. Przekonałam się, że nic nie jest od teraz na zawsze, a co najwyżej tylko stąd - dotąd. Miało trwać dziewięć miesięcy i zakończyć się początkiem a trwało cztery i zaczęło się końcem. Pierwsze spotkanie było pożegnaniem. Nieprzespane noce nie wypełniło wsłuchiwanie się w czyjś oddech a w swój własny...
Nie udało mi się wypełnić żadnego punktu na liście postanowień. Muszę znów przejść przez drzwi obietnic składanych sobie samej. Trudna do zniesienia jest świadomość, że z każdym rokiem, razem z każdą kolejną zmarszczką, nawet tą najmniejszą, przybywa może coś, ale za to tak wiele ubywa. Ubywa tej dziecięcej pewności, że wszystko będzie dobrze. Ponoć po cynizmie i zmęczeniu światem można ocenić wiek ludzkiej osobowości. Ile lat ma zatem moja osobowość?
Ja się nie martwię tym, że jestem starsza, że jest coraz więcej tych młodszych ode mnie. Nie martwi mnie już to, że nikt nawet omyłkowo nie mówi do mnie na ty. Boję się, że nigdzie w sobie nie widzę tej pewności, tego, że powinnam wiedzieć. A tu wciąż tyle niewiedzy... Nie wiem nawet, czy jeszcze wierzę w to, że może być inaczej. Nie wiem czy wierzę w te moje listy zmian… a może to już tylko listy skarg i zażaleń?
Coraz więcej pamiętam, mam coraz więcej wspomnień... a może one zajmują przestrzeń niczym dane na twardym dysku i w końcu nie będzie już miejsca na nic więcej. Mam jeszcze więcej fotografii, choć czasem one najbardziej służą do zapominania. Pamiętam, ale czy na pewno to, co ważne. Zapominam mysz, która tak się bała, że wolała umrzeć i hortensję, tak niebieską, że mogłabym przysiąc, że spadła z nieba. Zapominam, że deszcz może padać bez końca, choć to tylko pół godziny. Zapominam, że odejścia są tylko na chwilę i nigdy tak zupełnie do końca. Myśli się o czymś innym, martwi tym, co niby ważne a mówi się już tylko o niczym. Już brak tej stuprocentowej pewności, że się wie. Pewności, która była ufnością, bo tak tylko się wydawało.
Pewien chłopiec mógł zaprosić na swoje urodziny tyle dzieci ile lat właśnie kończył. Na piąte pięcioro, na szóste sześcioro i tak dalej. Stał zadumany i zachwycony tą myślą. Pomyślcie, zwrócił się do kolegów, jak będę miał pięćdziesiąt lat zaproszę pięćdziesiąt dzieci.
Ktoś powiedział, że ważne jest, aby w życiu robić regularnie coś pierwszy raz w życiu. A zatem pierwszy raz wżyciu nie zrobię listy, bo dni się z tych list śmieją. Złapię głęboki oddech i poszukam dawnej naiwności. Zdmuchnę świeczkę i pójdę pobawić się z dziećmi i z dzieckiem gdzieś w mym wnętrzu. Szczęśliwego nowego roku i sto lat!
AS

niedziela, 5 czerwca 2011

Łzy w rozmiarze XL


Czym są łzy?
Kroplami słonawej, przeźroczystej cieczy, wydobywającej się z oka, zwykle w czasie płaczu. Takie wyjaśnienie można znaleźć w Uniwersalnym słowniku języka polskiego, tom drugi, od H do N.
Słona, bo dodaje smaku, jak akcent w uczuciu. Przeźroczysta, bo trudno ją oszukać. Z oka, ale prawie zawsze źródło ma w sercu.
Jednak co dalej? Przecież są łzy gorące lub rzęsiste, ale które kiedy, a co jeśli równocześnie? Jakiego rodzaju są łzy? Nigdy nijakiego, pewnie mogą być żeńskie albo męskie. Żeńskie ponoć bardziej naturalne, bo męskie - to wciąż trochę wstyd, choć już jakby mniej. Często są dziecięce, byle nie dziecinne, choć to już całkiem inny rodzaj. U dziecka pojawiają się szybko, w wielkich ilościach, jak groch i szybko wysychają. Zdają się być lżejsze. To ważne, by tak było, jeśli nie, są wtedy najsmutniejsze ze wszystkich. Łzy nie zmieniają się z wiekiem, zawsze są w rozmiarze XL, dlatego właśnie na buzi dziecka są olbrzymie. Mogą być serdeczne i może nawet trochę jak przyjaciele, ciepłe i czułe. Przychylne, ze zrozumieniem podzielone między dwoje.
Czy istnieją brzydkie łzy? Może krokodyle, lub na zamówienie. Piękne z pewnością, melancholijne, czasem sentymentalne. Są łzy ciche, dla siebie, w ciemności, w poduszkę. Są łzy wyciskane i same z siebie. Są wykrzyczane i wściekłe. Są łzy w liczbie pojedynczej, tylko jedna, by ją uronić, ale mówiąca swoją jednością tak wiele. Są w liczbie mnogiej wielokrotnej. Nie ma łez nijakich, nieudanych, czasem tylko za szybkie.
Są łzy samolubne, czasem zbuntowane. Są zazdrosne, czyli pewnie bezradne. Łzy na każdą okazję, bo też szczęśliwe, wzruszone, czasem z przejęciem życzliwe. Łzy mogą być gorzkie, mogą ich być strugi a w końcu i całe morze. Gdy napływają do oczu, czasem dławią a gdy jest bardzo źle, duszą prawie bez szansy na oddech.
Czasami szkoda łez. Najgorsze są te, które trzeba przełknąć, te właśnie są gorzkie. Śmiech do łez, to nie to samo co śmiech przez łzy.
Można je lać albo ronić. Można się mazać a nawet mazgaić. Słychać łkanie, a płacz gdy jest gorzej a może właśnie swobodniej, a potem już tylko szloch, gdy nie ma sił by go ukryć. Jest też lament, choć to już jakby nie z tych czasów, a z tych, gdy łzy innych potrafiły palić duszę niczym ogień.
A na koniec coś na otarcie łez. Pewność, że tylko one tak oczyszczają duszę, przecież są kroplami jej krwi.
AS