wtorek, 25 grudnia 2012

Boże Narodzenie!


Wczoraj, ktoś bardzo mądry powiedział mi, że sensem Świąt Bożego Narodzenia są
 POKÓJ i SZCZĘŚCIE!


Wszystkim osobom, które odwiedzają mój blog, z głębi serca chciałabym właśnie tego życzyć. 

To kolejne dwa słowa do moich "Słów do użytku wewnętrznego".


Pokój, to ta chwila, która pozwala zasnąć, bez poczucia, że ktoś przez nas płacze. To moment zadumy nad tym, co nas nie dotyczy. To mały krok, który może w tej chwili jeszcze niewiele znaczyć, ale jutro, pojutrze, za rok zmieni czyjś świat. Pokój to spokój, to cisza, ale i ciepłe słowa najbliższych. To tysiące najzwyklejszych czynności wykonywanych bez strachu.

Szczęście, to spełnienie marzeń, ale i ich niespełnienie, bo wtedy może wydarzy się coś jeszcze piękniejszego. To uśmiech dziecka. To kubek gorącej kawy. To światełka na choince i świergot ptaków. Szczęście to dłoń zaciśnięta na ramieniu, gdy po policzkach płyną łzy. Świadomość, że nie ma prawdziwego szczęścia, jeśli nie uszczęśliwia się innych. Szczęście jest z siebie i siebie tworzy.
AS






środa, 19 grudnia 2012

Słowa do użytku wewnętrznego



Słowa niczym podróżni niosą ze sobą walizki znaczeń. Podobne tułaczom wyruszają w drogę, bardziej lub skromniej obładowane. Każde ma swój bagaż, bez względu na wagę czy długość Czasem jest to wielka torba, z przegródkami na każdą okazję, z ukrytymi znaczeniami, z niuansami nie do końca jasnymi. Czasami jest to po prostu papierowa torebka, w której prawie nic nie można schować.
Słowo jak eteryczna mgła zawisa między nami i mogłabym przysiąc, że ma smak, ma kolor, dźwięk, który, mimo, że ucichł ,nadal dźwięczy. Niekiedy można je poczuć, niczym pieszczotę dłoni, ciepły pocałunek lub uderzenie pięści.
Słowa gdzieś  się czają , gotowe by wypłynąć. Niekiedy wymykają się za szybko, a  czasami wymknie się tylko  co drugie.
Mogą uratować życie, ale też je odebrać.
Brzmią tak nad podziw cudownie w ojczystym języku. Gdy są tłumaczone,  stają się trochę niewymowne, już coś przed nami ukrywają.
Słowa mogą być biedne, bo tak bardzo odarte z tego, co mogłyby przynieść.
Każde ma znaczenie. Jak czarodziejskie wiolinowe klucze otwierają pięciolinie wspomnień, marzeń, ale również tego, co dziś. Potrafią też przepowiedzieć przyszłość, choć nie do końca należy im  ufać. Często kłamią.
Słowa jak modlitwa o dłonie, o usta, o ciebie.
Są też takie, które się  dodaje, tak byle jak, ale nawet wtedy ta bylejakość ma znaczenie. Coś mówi o sobie i o tym, kto otworzył usta.
Tak często odchodzą i tak bardzo jest ich brak.
Rozumieć bez słów to lepsze niż rozumieć co drugie słowo.
Są też takie, których nie zdążymy wypowiedzieć. Choć tak naprawdę nikt jeszcze w to nie wierzy. Nikt do teraz, bo później już łatwiej.
A co jest dla mnie ważne?
Mój elementarz,
Codzienny niespieszny pamiętnik zapisanych myśli.



Dziecko – moje dziecko i dziecko we mnie. Dziecko to przecież nie wiek, a stan ducha. Zachować w sobie tę niewinność i zachwyt tym, co proste. Rozwiązania na dziś, na teraz, nie na później, bo nawet jutro jest za sto lat. Krótki płacz i uśmiechnięta buzia.
I dziecko z dopiskiem „moje”. Takie ze mnie i już całkiem oddzielne, ale na zawsze połączone uczuciem najsilniejszym, najcieplejszym, najczulszym. Niczym zapach główki na piersiach po pierwszym oddechu. I to bez oddechu utulone w dłoniach. Moje maleństwo.

Droga – inaczej niż ścieżka. Czy prosta, a może szlak gdzieś w górach? Każdy kolejny krok i czasem jakiś głaz do ominięcia. Zakręty z niewiadomą gdzieś tam. Byle nie droga szybkiego ruchu. Nie tędy droga to też droga. Byle nie stanąć w pół drogi i pamiętać, że właściwa droga tego obok  wcale nie musi być właściwa dla nas. Choćby najprostsza, najszersza, najbardziej słoneczna, może być dla nas drogą do nikąd.

Strach – trwoga o to, co będzie i jeszcze o to, co jest. Tak, wiem, że istnieją rzeczy ważniejsze niż strach. Jednak to tak dobrze wyuczony przyjaciel. Nie opuszcza i wciąż coś szepcze do ucha. Strach przed karą, przed utratą, przed odejściem, przed światem.  Takie absurdalne niedopytanie.

Rozstanie –rozłąka trochę mniej bolesna niż pożegnanie. Do rozstania potrzebne jest przynajmniej DWA. Mogą być przy nim słowa, ale może też być cisza. Czasem nawet pada deszcz i zachodzi słońce. Rozstania coraz częstsze są jak odloty w nieznane;  niczym jabłka, czasami kwaśne, niedojrzałe lub zerwane o czasie; i są też te najsłodsze, po których znów się spotykamy.

Prośba – proszę zostań do rana, do wieczora, na zawsze. Zostań ze mną. Proszę o ciszę. Zagraj jeszcze raz. Prośba o jeszcze jedną szansę, prośba o zapomnienie i o pamiętanie. O to, by jutro było łatwiej.

Sen – a może półsen czy raczej półjawa, byle nie mara,  a już na pewno nie urojenie. Ale niech nie będzie zimowy, bo taki długi. Najgorsze są jednak takie sny, z których obudzić się nie można. Jak w gmatwaninie z Hamleta - być, ale nie być i już się nie budzić.

Łagodność - prawie to samo co dobroć. Coś nieskażonego, całkiem pierwszego. Niby słabość, a potrafi obezwładnić. Dłonie córeczki na moich policzkach. Pocałunek syna w czoło.

Oczekiwanie -  tak trudne, bo bez cierpliwości. Teraz, już, a tak naprawdę jeszcze nie. Wciąż czekam na siebie.

Ból – ponoć należy się go uczyć. Uczę się, ale marny ze mnie uczeń i zbieram wciąż za słabe stopnie. Kolejna powtórka… lecz całkiem bez znieczulenia. Zawsze jest jeszcze niżej.

Zaufanie -  to pewność. Jedyna gwarancja, że będzie lepiej. Spisana na oddechu. Zapewnienia duszy wypowiedziane szeptem.

Nadzieja - największa… o ile większa od beznadziei!

Kocham - słodkie, ale nie jak cukier, bardziej jak malina, jak zapach kwitnących lip. Miłość, ale kocham jeszcze bardziej. Potęga  wszystkiego.

Coś - bo zawsze jest. A jeśli nie to, to inne. Obecność bezdyskusyjnie obowiązkowa, zasada niespisanych przez nikogo „cosiów’” . Coś, to czasem nawet wszystko.

Nic

Rodzina - najpierw DWA, to oczywiste, taki jest początek. A potem równania przeczące matematyce: jeden plus jeden to trzy… nie -  cztery… i pięć, z aniołkiem w tle. 

Początek - czasem wydaje się, że jest już koniec i jakby początku nie było. Wszelkie  początki przychodzą niezauważone.  Jak źródło, praprzyczyna wszystkiego i do tego z  przekonaniem, że wszystko zaczęło się już dawno. Moja córka pyta o początek jabłka, początek pomidora, gdzie to się wszystko zaczyna. Czyli, że z nasionka, ale skąd ono?

Wiara -  to nie tylko to, co „tam”, ale także „ teraz i tu”.  Ufność z prawem do zwątpienia, bo właśnie wtedy prawdziwsza. Bez zapewnień, ale z pewnością. Wiara z zamkniętymi oczyma, ze spokojem, bez strachu, bez kary.

Mamapierwsze wypowiedziane słowo. Dopiero jednak to pierwsze usłyszane odkrywa  prawdziwą magię.

Źdźbło – silniejsze w grupie, lecz bardzo ważne w pojedynkę. Nieważne, że ociupina, że takie maleństwo. Ważne, że jest, bo każda wielkość u podstawy to zaledwie drobinka.

Kawauzależnienie niemal całkowite. Już wcale nie przeszkadza. Pachnie przecież domem.

Odejście - najgorsze gdy  bez powrotów, kategoryczne, ciemne i gorzkie. Nieutulone, zimne. Coś odchodzi, a jednak pozostaje, ale już tylko jako wspomnienie, całkowite niedotulenie. Jak zapach perfum  kogoś, kto przeszedł obok. Jeszcze coś unosi się w powietrzu, coś prawie dotykalnego. Niestety tylko prawie…

Wiem - słowo, które niezwykle zgrabnie oszukuje. Wiem, a to wcale nie tak. Ułuda, która, mami poczuciem władzy. Wiem i dobrze się czuję, lecz  tylko przez chwilę.

Łzy – znają już  swoją drogę w dół po policzkach i jeszcze niżej. Wiedzą,  jak płynąć.  A nawet wspinają się na wyższy poziom, całkiem bez łez. Łzy bez łez.

Opłatek - dzielony w ciszy i uścisku najbliższych oświetlonych kolorowymi lampkami. Eucharystia domowego zacisza. Przełamana z tymi, którzy nadają sens tej chwili i wszystkim pozostałym dniom.



A co z ludźmi, którzy nie mają nic do powiedzenia, a  mówią tak wiele? Ich słowa gonią, plączą się i w końcu umierają nieodczytane. Zupełne  marnotrawstwo.
AS

poniedziałek, 17 grudnia 2012






Agnieszka Steur
Wojna w Jangblzji. W Tamtym Świecie








wtorek, 11 grudnia 2012

Film reklamujący moją książkę.




Reżyserem filmu jest Agata van Ekeren. O oprawę muzyczą zadbał Michał van Ekeren a ilustracje stworzyła Ewa Kieńko Gawlik. Ogromne podziękowania.

środa, 21 listopada 2012

Wojna w Jangblizji W tamtym Świecie





Wojna w Jangblizji W tamtym Świecie



Moja miłość do bajek i historii fantasy znalazła miejsce wyrazu. Stworzyłam cały świat. Jangblizja to świat taki jak nasz, ale równocześnie całkiem inny. Brzmi nielogicznie? Może...


Żyją tam Istoty, które są inne, jednak zmagają się z takimi samymi problemami jak my... Gdy już nie wiedzą gdzie zbiec, przedostają się do nas, do Tamtego Świata.


Zapraszam na stronę książki : http://www.wojnawjangblizji.com/



"Królowa Zara jest przerażona, gdy wybucha w Jangblizji wojna. Jej dzieci, Roan i Nana, powierzone Owcowatej Irys, chronią się w Tamtym Świecie – w straszliwym miejscu znanym tylko z opowieści dla dzieci. Gdy na zamku pojawiają się rycerze wroga, Zara zostaje osadzona we Wschodniej Wieży. Nie mając kontaktu ze światem zewnętrznym, nie potrafi uwolnić się od myśli, że już nigdy nie zobaczy najbliższych. Strach, tęsknota i bezsilność stają się najgorszym więzieniem. Tymczasem książęta poznają Tamten Świat przekonani, że są jedynymi Jangblizjanami, którzy tam zamieszkali. Z czasem zaczynają dostrzegać niepokojące ślady obecności rodaków. Zaufani poddani strzegą królewskich dzieci, ale przebywanie w nieprzyjaznym świecie staje się coraz bardziej niebezpieczne. Odkrywanie tajemnic nowej krainy zmienia się w poznawanie siebie, swojej rodziny i historii ojczystej Jangblizji.

„Wojna w Jangblizji” to powieść o zrodzonym w umyśle autorki świecie pełnym oryginalnych stworzeń, o przyjaźni (nie tylko między ludźmi), o poświęceniu, walce o wolność i szukaniu swojego miejsca. Pisarka w nietuzinkowy i swobodny sposób rozbudza w czytelniku refleksje i empatię, a także bawi naturalnością dziecięcych spostrzeżeń.

W opowieści Agnieszki Steur bez lęku można zagłębiać się w niespokojne i niepewne losy królewskiej rodziny. Znużenie codziennością znika w świecie magii i tajemnic, a chęć poznania sekretów skrywanych przez rodziców, towarzysząca niemal każdemu z nas, jest w pełni zaspokojona."
AS

Patronat medialny:




poniedziałek, 19 listopada 2012

Naarden, gwiazda na ziemi



 Dla www.lejdizmagazine.com
Historia Naarden jest niczym gotowym materiałem na film, choć prawdopodobnie większość miast na świecie ma zajmujące i rozdzierające historie ukryte w uliczkach i parkach. Wystarczy tylko wybrać się na spacer i pozwolić magii miejsc zadziałać, by już po chwili cofnąć się w czasie.
Cel mej dzisiejszej wyprawy, to dawny holenderski port położony niecałe 20 km na południe od Amsterdamu. To miasto warowne, jest unikalne ze względu na swą formę. Naarden to prawdziwa architektoniczna gwiazda i nie jest to metafora. Wystarczy spojrzeć na to miejsce z lotu ptaka. Wały oraz podwójne, nadające niezwykły kształt fortyfikacje kanałów, tworzą właśnie tę figurę geometryczną zdjętą z nieboskłonu. W przeszłości to miasto było twierdzą, do dziś zachowało się sześć jego bastionów. Każdy dom, uliczka i najmniejszy zakątek jest odrestaurowany, większość budynków przenosi odwiedzającego do XVII wieku.
Jedną z najbardziej mrocznych historii tego miejsca jest rzeź mieszkańców z roku 1572. Trwała już wtedy wojna osiemdziesięcioletnia.  Była konfliktem ciągnącym się od 1568 do 1648 roku, w którym Niderlandy walczyły o wyzwolenie spod panowania hiszpańskiego.
Zbigniew Herbert napisał o mieszkańcach kraju, w którym i ja zamieszkałam, że „wolność była dla Holendrów czymś tak prostym jak oddychanie, patrzenie, dotykanie przedmiotów.” Walka o nią kosztowała ich bardzo wiele żyć. Naarden początkowo pozostało wierne hiszpańskiemu królowi Filipowi II. Jednak ludność była podzielona: część wspierała Hiszpanów, ale część popierała Wilhelma Orańskiego. Nie było to jedyne miasto nieprzychylne Hiszpanii, dlatego bardzo szybko rozpoczęto krwawą kampanię mająca na celu podporządkowanie buntujących się. W listopadzie 1572 roku Hiszpanie rozpoczęli oblężenie opisywanej przeze mnie twierdzy. Mieszkańcy nie chcieli się poddać bez walki, jednak mury były w złym stanie a kanały zamarzły ułatwiając dostanie się do miasta wrogom. Naarden nie mogło stawiać oporu zbyt długo.  Mieszkańcy byli gotowi się poddać, pod warunkiem, że zostaną oszczędzeni. Hiszpanie obiecali spełnić tę prośbę. Holendrzy odetchnęli z ulgą. W dniu 1 grudnia 1572 roku, wróg wkroczył do miasta. Na początku nic nie zapowiadało nadciągającej tragedii.  Prawie wszyscy mieszkańcy zebrali się w ratuszu chcąc wysłuchać racji okupanta. Stłoczyli się w renesansowym budynku, który do dzisiejszego dnia jest dumą Holendrów i dowodem na to, że nie ma klęski, po której nie można by znów powstać.  Wtedy niczym w najgorszych filmach grozy, zamknięto wszystkie drzwi i Hiszpanie rozpoczęli straszliwą rzeź. W księgach historycznych wspomina się, że z masakry w Naarden ocalało zaledwie 60 osób.  Każdy mieszkaniec, który posiadał broń został zabity. Miasto zostało złupione i prawie doszczętnie spalone.


Trudno wyobrazić sobie odrodzenie jakiegokolwiek miejsca, po takiej tragedii, gdy do końca wojny pozostało jeszcze 76 lat. Jednak się udało.
Pisząc tego typu teksty trzeba się pilnować, aby nie rozpędzić się za bardzo. Ponieważ każdy kolejny krok to następna historia. Zatrzymując się przy ratuszu, trudno nie zauważyć, że budowla ma jedno okno „niepasujące” do reszty. Wszystkie okna są kwadratowe a to jedno ma owalny kształt. To właśnie stamtąd, przez to okno, wiele lat temu wymierzano kary i to tam wisiała klatka wstydu, w której zamykano skazanych, aby inni mogli ich wyszydzać.
Kilka kroków dalej kościół a przed nim pomnik filozofa. W Naarden są złożone szczątki Jana Komeńskiego, wielkiego Czecha, który spogląda zamyślony z piedestału na przechodniów. Jego rozłożone ręce w jakby niedokończonym geście, kierują się w moją stronę. Wydaje się, że filozof wyjaśnia coś kolejnym pokoleniom. On zbiegł do Holandii przed ciemnotą i zacofaniem. Może przestrzega nas przed czymś? Tutaj właśnie znalazł schronienie i pozostał do dziś. Nadal stoi na rynku i w niedokończonym geście przypomina, że warto walczyć o ideały. Prawdopodobnie niewiele osób wie, że plan miasta Naarden, ta gwiazda na ziemi, jest odwzorowany na banknocie 200 koronowym w Czechach.
W mieście tym odbywają się też niezwykłe lekcje historii dla dzieci. Całe klasy razem z aktorami przechadzają się po uliczkach i przebrani w szaty z innych epok odgrywają scenki tego, co właśnie tam miało miejsce wiele lat temu. Żadne z dzieci nie zapomina tych chwil a wiadomości z minionych epok pozostają w pamięci.
Jeśli ktoś odwiedzi Królestwo Niderlandów z pewnością zawita do Amsterdamu a do Naarden jest już wtedy bardzo blisko.
AS

środa, 17 października 2012

Nominacja do Nagrody Polaka Roku w kategorii Kultura


Zostałam nominowana do Nagrody Polaka Roku 2012 w kategorii Kultura.
To zaszczyt, przyjemność i ogromna radość.




Można również głosować na Polaka Roku przez internet http://www.polonus.nl/pl/stemmen-2012.html



Pozdrawiam i dziękuję za oddane głosy, za wszystkie ciepłe słowa i za pamięć.
AS

środa, 26 września 2012

Dwadzieścia


XX-lecie Sceny Polskiej w Holandii!!!

          

                Dwadzieścia to liczba naturalna, tak powie matematyk, lecz co w niej naturalnego? Oznacza to, że jest okrągła, pełna, zapewne dopełniona, ale przecież tylko w tej chwili. Nawet liczba naturalna nie stoi w miejscu. To ta chwila o której śpiewał grajek. To pewna granica, która coś potwierdza, lub może właśnie zaprzecza. Zależnie od punktu widzenia, pozycji w której się na nią spojrzy. To chwila rozliczenia. Czyli dwadzieścia tylko przez chwilę, zaraz jest już odrobinę więcej.
                Nie niesie ze sobą zbyt wielu znaczeń. Nie wiąże tylu symboli, co jej młodsze siostry. Jest po prostu, bo mija więc być musi.  Mgławica Trójlistna Koniczyna na niebie otrzymała tę liczbę, ale co z tego, jeśli jest do niej aż tyle tysięcy lat świetlnych. To także liczba atomowa wapnia, magia niedostrzegalnych gołym okiem protonów, tego co jest widoczne tylko dla nielicznych. Jeszcze galaktyka i planetoida otrzymały ją w darze. Dużo liczby dwadzieścia jest na niebie.
                Nagle pojawia się pytanie dla niektórych najważniejsze: czy to dużo, czy mało? Tak naprawdę zbędne, bo jak w teorii jest to bardzo względne. Zrobiło się tak wiele, ale chce jeszcze więcej. Zawsze jest za mało, gdy się tworzy, za dużo, gdy się cierpi.
                W wieku lat dwudziestu podejmuje się życiowe decyzje, co teraz, co dalej, w którą stronę należy podążać. Tyle dróg a należy wybrać jedną i dodatkowo tę właściwą.  To liczba, jak każda inna, przed nią jest dziewiętnaście po niej dwadzieścia jeden. Jednak jakby więcej znaczy, tamte mijają mniej zauważalnie.
                Co dla mnie znaczy dwadzieścia? Gdy miałam dwadzieścia lat postanowiłam wyjechać z kraju.  Decyzja, która zaważyła na moim całym życiu. Wtedy wiedziałam tak mało. To był dopiero początek mojej drogi. Codziennie stawiane kroki oddalają od tamtej chwili.
                Przez dwadzieścia lat można tak dużo, bardzo trudno jest nie zrobić nic. W tym czasie można przeżyć całe życie lub je dopiero zaczynać. Jak w historii dziewczyny, która nie potrafiła już dalej i postanowiła na tym zakończyć nie budząc się nigdy więcej. Lub opowieści mężczyzny, który przeżył z piękną kobietą dwadzieścia lat i stwierdził, że kocha inną. To także opowiadanie pani, która po dwudziestoletniej rozpaczy spotyka szczęście o głęboko brązowych oczach. To moja gawęda: wyjeżdżam z Polski i zaczynam przygodę życia; dorosłość.  
                Przez dwadzieścia lat można marzyć sięgając po gwiazdy i bujać w obłokach, lub dostrzegać realia… albo jedno i drugie. Można stawać się coraz lepszym, rozwijać się i poznawać kierunki z których wieje wiatr lub staczać się w alkoholowe odmęty rozpaczy. Można pracować nad jedną książką, lub wydać ich dwadzieścia. Chcieć podbić świat lub już mieć go u swych słów. Można wyśpiewać, wymalować, opowiedzieć.  Przez dwadzieścia lat można pracować nad lekarstwem na śmiertelną chorobę, lub z tą chorobą walczyć. Przez ten czas można oszukiwać kogoś, albo samego siebie. Można wygrywać albo przegrywać, choć zazwyczaj naprzemiennie.
                Dwadzieścia lat temu Zosia Czerniejewicz wydała pierwszy numer "Sceny Polskiej". Również to można robić przez te lata. Można tworzyć, pokazywać i dbać o to co nasze; o kulturę, korzenie i pnącza. Widzę ją skoncentrowana nad kolejnym numerem kwartalnika, tak pochłoniętą i precyzyjną w chaosie, który tylko ona potrafi ogarnąć. Patrzę i myślę, przecież to się nie uda a udaje się za każdym razem. „Scena Polska” to Zosia, bez niej kwartalnik by nie istniał.  To już dwadzieścia lat, to dopiero dwadzieścia.
Gratuluję i życzę znacznie więcej. 
AS

Co dziś zjemy?


              Dla http://www.lejdizmagazine.com/

              Będąc w Polsce nie sposób nie zauważyć, że jak grzyby po deszczu wyrastają restauracje reklamujące się tradycyjnymi polskimi potrawami. Menu takiej restauracji może być bardzo długie i prawdopodobnie znajdują się na nim przeróżne potrawy. W Holandii na próżno szukać podobnych miejsc. Coś takiego, jak tradycyjna kuchnia holenderska właściwie nie istnieje. Oczywiście są holenderskie potrawy, ale jest ich tak niewiele, że nikt na tej bazie nie otwierałby restauracji.  Holendrzy lubią dobrze zjeść, ale zazwyczaj sięgają po potrawy kuchni innych narodów.
                Dlaczego o tym piszę? Chcę dziś zaprosić czytelniczki Lejdiz, na coś dobrego, na coś holenderskiego.
                Jeśli ktoś zapytałby Holendra, co jest tradycyjnym obiadem w ich kraju, bez wątpienia poda jedną z dwóch odpowiedzi; stamppot lub hutspot. Co to jest? Aby przygotować pierwszą potrawę należy mieć w domu ziemniaki, cykorię endywię oraz podpieczone kawałki boczku. Ugotowane ziemniaki ugnieść razem z cykorią i wymieszać z boczkiem. Danie podaje się razem z gotowaną kiełbasą lub klopsem z mielonego mięsa. W Holandii jest wiele odmian tej potrawy i z ugotowanymi ziemniakami można wymieszać prawie wszystko. Również na ich bazie jest przygotowywany hutspot. Tym razem mieszamy z nimi ugotowaną marchewkę i cebulę. Słodycz tych warzyw nigdy nie potrafiła mnie do siebie przekonać.
                Mimo, że wyżej wymienione potrawy nie reprezentują się "wyjściowo", o tym, co można zjeść w Królestwie Niderlandów, można by długo pisać. Nie jest to zaproszenie na obiad, raczej na różnego rodzaju przekąski. Wspomnę tylko o kilku, które każdy przyjeżdżający koniecznie musi spróbować a bez których prawdopodobnie żaden Holender nie wyobraża sobie życia.
                No bo, jak zaprosić kogoś na kawę nie mając stroopwafels? Dwóch okrągłych wafli z masą z syropu, masła i cukru pomiędzy nimi. Ciastka te,  jak wszystko, co najsmaczniejsze, początek mają w „resztkach”. Pierwsze zostały zrobione w dziewiętnastym wieku w Goudzie z resztek wcześniej pieczonych wafli. Były bardzo tanie i dlatego szybko zyskały nazwę Ciastek Ubogich. Z czasem stały się najpopularniejszym dodatkiem do kawy w Holandii. Są tak uwielbiane, że teraz można w torebkach kupić właśnie ich resztki.  
                Jest słodko, a będzie jeszcze bardziej. Poffertjes, to rodzaj maleńkich naleśników. Są one jednak grubsze i słodsze od tych nam znanych. Najczęściej podawane są w restauracyjkach, budowanych na placach tylko na czas ciepłych miesięcy. Oczywiście gotowe można także kupić w każdym supermarkecie i odgrzać w domu, ale te restauracyjki mają swój urok, który również warto „skosztować”. Jeśli ktoś zakocha się w poffertjes i będzie chciał przygotować je w domu nie ma z tym kłopotu, ale niezbędna jest do ich zrobienia specjalna patelnia.
                Może potem zjemy coś słonego -  haring czyli śledzie a precyzując: matjasy. Tradycja, kultura i pietyzm, to właśnie kojarzy mi się z tą rybą. Spożywa się bardzo młode osobniki, nim jeszcze osiągnąć zdolność rozmnażania i dlatego dawniej ten rodzaj śledzia nazywany był rybą dziewiczą. Można ją kupić na każdym kramie rybnym na targu lub w sklepie. Posypane cebulą z kawałkiem słodko-kwaśnego ogórka reprezentują się wybornie. Podawane są na trzy sposoby; w bułce, w kawałkach i ten najbardziej zadziwiający obcokrajowców w całości, czyli „za ogon”.  A co znaczy „za ogon”? W tym jest właśnie cały urok holenderskiego śledzia. Mimo, że mieszkam w Holandii już ponad trzynaście lat, nadal spoglądam z fascynacją na ten sposób spożywania ryby. Serwuje się ją w jednym kawałku na papierowym talerzu, oczyszczoną i wypatroszoną, z niejadalnych części pozostaje tylko ogon. Konsument łapie rybę za ogonek i wiszącą w powietrzu obgryza.
                Równie ciekawy jest też sposób podawania frytek w Królestwie Niderlandów. Można je zjeść z keczupem i ze słynnym z filmu „Pulp Fiction” majonezem. Jednak najbardziej niezwykłe jest podawanie ich z sosem orzechowym. Sos ten przybył do Holandii z Indonezji i szybko stał się jednym z przysmaków w tym kraju.
                Na koniec chciałabym podać jeszcze moją ulubioną kulinarną tradycję. Beschuit met muisjes, słodka tradycja, pełna radości i nadziei. To okrągłe suchary posmarowane masłem i posypane drobniutkimi nasionkami anyżu obleczonymi w cukrową polewę. Z polewy wystają ogonki, stąd nazwa muisjes - myszki. Można je kupić w dwóch kolorach różowym lub błękitnym. Gdy w supermarkecie w kolejce do kasy stoi przede mną młody mężczyzna i wykłada na taśmę trzy paczki sucharów, kostkę masła i dwa opakowania anyżowych myszek różowego koloru to wiem, że właśnie został ojcem. Urodziła mu się dziewczynka. Sucharami z myszkami częstuje się gości odwiedzających umęczoną po porodzie mamę i maleństwo lub podaje kolegom powiadamiając w ten sposób o powiększeniu rodziny.
                Cóż mi pozostało, poza powtórzeniem za pewnym misiem: 
                Mam w spiżarni dwanaście garnczków, które wołają mnie już od godziny.
                Smacznego!
AS

Mój Amsterdam



Dla http://www.lejdizmagazine.com/

O czym nadmienić w artykule o Amsterdamie, jeśli to miasto, to tak wiele? To spacery, bary i kawiarenki, to nocne życie, kanały, sklepy i targi, to muzea, muzea i jeszcze raz muzea. To parki, uniwersytety, ogród zoologiczny, kościoły, święty Mikołaj (patron miasta) i architektura. To uliczki, prostytutki i marihuana, to tramwaje, uliczni artyści, księgarnie i rowery. To oczywiście Rembrandt i Van Gogh. To ser, drewniaki i tulipany. Co wybrać, o czym wspomnieć?
Znacie piosenkę Jacquesa Brela pt. „Amsterdam” w wykonaniu Katarzyny Groniec? Może zacznę właśnie od tego?


Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam 
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią. 
Jak daleki śpi fiord nim szum fal zbudzi go.

Amsterdam jest stolicą Królestwa Niderlandów,  dość nietypową na tle innych stolic Europy. Nie ma w niej żadnych ważnych instytucji państwowych. Brak tu ambasad, nie ma siedziby parlamentu i nie mieszka tutaj królowa. To wszystko można znaleźć w Hadze. W stolicy mieszka za to historia.  
Jak dostać się do Amsterdamu będąc już w Holandii? Najlepszym środkiem transportu jest pociąg. Można oczywiście pojechać samochodem, ale nieprzywykły do tego miejsca kierowca, prawdopodobnie się wystraszy. Najpierw ruchu ulicznego a później opłaty parkingowej. W ciągu  godziny z każdego miasta odchodzi w kierunku stolicy przynajmniej kilka pociągów.
                W Holandii z transportu kolejowego korzysta się podobnie jak w Polsce z autobusów. To trochę dziwne, bo zmieniając środek transportu, musiałam też całkowicie zmienić (dla mnie uwspółcześnić) uczucia z nim związane. Gdy mieszkałam w Polsce, podróż pociągiem kojarzyła mi się z wakacjami, z wypoczynkiem, z czasem spędzonym wśród rodziny. Tutaj pociąg to codzienny sposób przemieszczania się. Do pracy, do szkoły czy, jak w moim przypadku, na uniwersytet. Wiele osób korzysta z tego środka transportu. W godzinach, gdy na autostradach tworzą się gigantyczne korki, również pociągi wypełniają się po brzegi ludźmi – Holandia zaczyna się przemieszczać.

Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb 
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp 
Obnażają swe kły chcące wgryźć się w tę noc 
W białe podbrzusza ryb, w tłusty księżyc i w los 

 O Amsterdamie można pisać bez końca. Każda ulica, każdy budek ma swą historię. Miesza się ona ze sztuką i razem są widoczne na każdym kroku; stare kamieniczki, kościoły, pomniki. To właśnie tutaj powstał prawdopodobnie najczęściej czytany pamiętnik, zapisany ręką Anny Frank. Kryjówkę dziewczynki można odwiedzić i na chwilę zadumać się nad tragicznymi losami Żydów w czasie II Wojny Światowej.
Amsterdam gościowi pokazuje również swoje drugie oblicze. Coffeeshopy zapachem marihuany same odnajdują odwiedzającego. Rozebrane kobiety w oknach z czerwonymi latarenkami, machają zachęcająco w stronę męskich przechodniów, spojrzeniem obiecując niezapomniane chwile.

Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam 
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam 
Pań tych zdrowie co noc, piją grudzień czy maj 
Które za złota trzos otwierają im raj. 

                Mimo, że jest to największe miasto w Holandii bardzo trudno jest się w nim zgubić. Od strony Dworca Centralnego na południe rozchodzą się koncentrycznie kanały i uliczki. Będąc w stolicy koniecznie trzeba przepłynąć się jednym ze stateczków z przeszklonym dachem i posłuchać opowieści o mieście. Dzięki tej wyprawie można się dowiedzieć, że dworzec zbudowany jest na trzech stworzonych przez człowieka wyspach i w sumie stoi na kilku tysiącach pali. Można usłyszeć, że w starej części Amsterdamu nie ma dwóch identycznych budynków i jeszcze wiele więcej. To dobry początek. Później można przejść się uliczkami. Plan miasta przypomina rozłożony wachlarz.  
Amsterdam zawsze jest zastawiony rowerami. Czasem, aby przejść obok jakiegoś budynku, trzeba zejść na ulicę, bo tak wiele rowerów stoi na chodniku. Wtedy człowiek naraża się na czołowe zderzenie z jednym z poruszających się dwukołowców. Tutaj rower to stały element krajobrazu, czy to ustawiony przed budynkiem, czy w ruchu, czy też zatopiony w jednym ze stu sześćdziesięciu kanałów. Rower jest widoczny wszędzie.
Stolica Holandii to bardzo specyficzne i wyjątkowe miasto. Tutaj chyba każdy jest przyjezdnym, ale i każdy jest tutejszym. Nie można być w tym mieście i nie poczuć z nim jakiejś więzi. To, co piszą o nim, to wszystko prawda i jeszcze wiele więcej. Wydaje mi się, że niezwykłość Amsterdamu polega też na tym, że to miejsce przyjmuje wszystkich i nie wymaga od nich zmian. Wystarczy przystanąć na jednej z ulic i spojrzeć na stojące przy niej budynki. Wiele z nich lekko się pochyla – wyglądają, jakby prowadziły ze sobą cichą rozmowę. Przyglądając się im, można zauważyć, że faktycznie każdy jest inny. Stoją bardzo blisko, przytulając się do siebie. Przypominają podróżnych z różnych stron świata, którzy akurat w tym miejscu zatrzymali się i postanowili pozostać. Dla mnie to miasto jest symbolem tolerancji i miejsca dla każdego, bez względu na nastrój, wykształcenie, zainteresowanie i światopogląd. Jestem przekonana, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Co ja znalazłam?
Kiedyś bałam się tam jeździć, przerażała mnie ta różnorodność i poczucie chaosu na ulicach. Teraz właśnie to mnie przyciąga. Znalazłam tam odwagę, by być, by robić to, co chcę – dla siebie i dla najbliższych. Amsterdam przyjął mnie jak „swego” i chyba to mnie w nim zauroczyło, ta akceptacja całości. Pierwsze przyjazne uczucie do tego miasta rozbudziły we mnie książki Simona de Waal. Kryminały tego holenderskiego autora prowadziły mnie po zakamarkach stolicy, a ja podążałam za nimi. Wyśmienicie bawiłam się szukając miejsc zbrodni. Kanałów w których znajdowane były zwłoki na stronach książek. Później, w wyprawie ze Zbigniewem Herbertem, odkryłam jeszcze inny Amsterdam. Amsterdam malowany słowem polskiego poety i pędzlem holenderskich malarzy – cudowna mieszanka. W ten sposób to miasto stało się także częścią mojego życia.

Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł 
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk 
Akordeon też już wydał ostatni dech 
I znów obrus, tłuszcz, czkawka i śmiech 

AS

piątek, 29 czerwca 2012

O północy w ...Warszawie...



Co z tego, że mamy XXI wiek i coraz lepsze technicznie cywilizacje, kiedy nie potrafimy dotrzeć do drugiego człowieka, a rozwój emocjonalny i duchowy większości ludzi pozostaje w epoce kamienia łupanego.
Woody Allen

Piątkowy wieczór, początek weekendu. To bez wątpienia idealna chwila na spotkanie z Woodym Allenem. Wreszcie, nareszcie obejrzałam najnowszy film tego reżysera "O północy w Paryżu". Produkcja ta została bardzo pozytywnie przyjęta przez krytykę. W filmie brak jest jednak tak dobrze znanych i charakterystycznych "mroczności" Allena. Sam powiedział, że w tym obrazie mroczne tematy pozostają mniej ważne.

Oglądając ten film widza nachodzi wiele myśli, w większości bardzo pozytywnych. To bardzo przyjemna bajka, trochę na pograniczu sennych marzeń. Przesłanie twórcy zostało podane na tacy i nie trzeba się długo zastanawiać, głębsza analiza jest zbędna. Po prostu mile spędzony wieczór.

Mnie zastanowiło jeszcze tylko, dlaczego Owen Wilson, według scenariusza mający grać pisarza Gila, tak naprawdę grał Woodego Allena. Stwierdzi to prawdopodobnie każdy, kto kiedyś obejrzał inny film, w którym sam reżyser wziął udział.

W "O północy w Paryżu" poruszony został temat, który pojawia się w rozmowach prawie każdego, kto ma za sobą trzydzieste urodziny - kiedyś było lepiej. W wypowiedziach zmienia się tylko, kiedy było to "kiedyś". Dla każdego jest to inny czas, bo przecież "wtedy" było łatwiej, "wcześnie" wszystko było jasne, "kiedyś" żyło się prościej.

Główny bohater, pisarz, zakochany w tym co już dawno minęło, spacerując nocami po ulicach Paryża, spotyka wielkich artystów lat dwudziestych. Ma okazję porozmawiać ze Scottem Fitzgeraldem, napić się i wysłuchać życiowych mądrości Ernesta Hemingwaya, oddać do przeczytania swój rękopis Gertrudzie Stein, i spojrzeć na jeszcze mokry od farby obraz Pabla Picasso. Ponadto Paryż w filmie jest niczym odrębna postać. Jest przedstawiony w taki sposób, że trzeba się powstrzymywać, aby nie zacząć pakować walizek i nie zaplanować wyprawy do stolicy Francji,
Julian Tuwim

Film trochę zaczarowany mnie również zaczarował. Kładę się spać i jeszcze chwilę się zastanawiam. A gdybym ja tak mogła, ale nie w Paryżu a w Warszawie. Wyjść o północy na miasto, czekać aż nadjedzie samochód, też stary, bo się przenoszę, taki powiedzmy Durant.  Wsiądę do tego pojazdu, a tam będzie już na mnie czekał młody mężczyzna o szczupłej twarzy i haczykowatym nosie.
- Witaj - powie a ja go poznam. To Julian Tuwim. Zapytam go, dokąd się wybieramy. On odrzeknie, że na Nowy Świat 57 i już będę wiedzieć gdzie jedziemy; do Kawiarni pod Picadorem.

W tamtym miejscu będą się unosić papierosowy dym i cicha muzyka. Zostanę przedstawiona Antoniemu Słonimskiemu, który właśnie skończył swoje Sonety. Przy stoliku będą siedzieć Jarosław Iwaszkiewicz i Jan Lechoń dyskutując o wolności i bezprogramowości. W mych marzeniach znalazłam się między poetami grupy Skamander. Gdzieś z boku zobaczę Stanisława Ignacego Witkiewicza, ale on nie będzie chciał ze mną rozmawiać zajęty przemyśleniami i używkami. Z pewnością spotkam też owiniętą w romantyczny szal Marię Pawlikowską Jasnorzewską, choć wtedy jeszcze tylko Pawlikowską.  
Maria Pawlikowska Jasnorzewska

Co, nie wszystko do końca się zgadza? Ach, tylko trochę, to przecież moja wyobraźnia, mój sen. Skoro już przeniosłam się na Nowy Świat 57, w rok w którym urodziła się moja babcia, mogę spotkać wiele znanych osób. Mogę zachłysnąć się tamtą atmosferą mieszaniny przygnębienia i walki o przyszłość.

Obudzę się z tego rozmarzonego snu i odkryję, tak jak w zamyśle miał Woody Allen, że chwila dzisiejsza to najlepszy moment dla mnie.
Zapraszam do obejrzenia "O północy w Paryżu" Woodego Allena a później na wyprawę po zakamarkach wyobraźni, nie wiadomo gdzie traficie.
AS