piątek, 26 kwietnia 2013

Yorick van Wageningen, Holender w Ameryce

Dla http://www.lejdizmagazine.com/



            Pielgrzymka do Santiago de Compostela dla czwórki bohaterów filmu "Droga życia" staje się okazją do uporania się z własnymi demonami, słabościami i przeszłością. Tom, Sarah, Jack i Joost mają do przejścia 150 km, traktem nazywanym drogą do gwiazd. Każdy krok przybliża ich do prawdy o sobie i innych.
            Obraz ten jest interesującym projektem ojca i syna; za kamerą stanął Emilio Estevez a w roli Toma wystąpił Martin Sheen.
            Każdy z bohaterów ma inny problem. Mimo, że idą tą samą drogą, każdy podąża w innym, wyznaczonym przez siebie, celu.  Z tego właśnie względu można by bardzo długo opowiadać o tym filmie. Oglądając go, widz zaczyna zadawać sobie wiele pytań. Nie są to jednak pytania dotyczące treści, twórcy nie pozostawili wiele miejsca do interpretacji, na ekranie wszystko jest stosunkowo przejrzyste. Nie ma potrzeby zagłębiać się w psychikę bohaterów, gdyż oni sami bez większych oporów werbalizują swe problemy, analizują je i w ten lub inny sposób starają się rozwiązać. Nie trzeba się domyślać za wiele, ale może i nie o to w tym obrazie chodzi. Pytania pojawią się ze strony widza, ale o nim samym. Czy wybrałabym się w taką wędrówkę, czy podołałabym trudom i z czym chciałabym się uporać? Czy przejście tych kilometrów uśpiłoby moje demony i ból? 
            Film w jakimś sensie również mówi o tym, że nigdy nie jest za późno, choć tak naprawdę jest już za późno. Poznajemy historię ojca, w tej roli Sheen, który zbliża się do swego syna. Niestety robi to dopiero po śmierci swego dorosłego dziecka. Wędrówka sprawia, że otwiera się na życiową filozofię zmarłego, w rolę którego wcielił się sam Estevez. Bohater poznaje syna, gdy go już nie ma. Trudno jest oceniać takie postępowanie, szczególnie, że najprawdopodobniej ojciec nie zwróciłby się w stronę swego dziecka, gdyby ten nie zginął. Może tak całkiem po prostu czasem nie ma już wyboru i to życie decyduje za nas.
            W pewnej chwili naszła mnie myśl, że być może ta droga w jakiś przedziwny sposób jest też symbolem zatrzymania się. Od początku do końca bohaterowi idą, ale wciąż odczuwa się, że tak naprawdę zatrzymali się by z pewnej perspektywy spojrzeć na swe życie.
             Opowiadam o "Drodze życia”, ponieważ właśnie ten film spowodował, że zainteresowałam się bliżej holenderskim aktorem Yorickiem van Wageningenem. Jest on odtwórcą postaci Joosta, Holendra, który wyruszył w drogę, aby pozbyć się zbędnych kilogramów. On również sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, jak to jest z aktorami, którzy grają za granicą swego państwa i wcielają się w postacie będące do jakiegoś stopnia reprezentantami krajów ich pochodzenia. Czy wcielanie się w role powielające stereotypu daje satysfakcję? Od razu pojawiło się też pytanie, jak Amerykanie przedstawiają Holendrów, ale to chyba temat na kolejny artykuł. 
Oczywiście granie pociesznego, trochę gapowatego Holendra pewnie mniej nastraja do tego typu rozmyślań niż Polaka pijaka i złodzieja. Van Wageningen stworzył postać bardzo ciepłą. Yoost jest prostym i pozbawionym górnolotności człowiekiem, który boryka się ze swymi problemami i ta zwykłość wzrusza jeszcze bardziej. Jakiś sarkazm podszyty moim emigracyjnym życiem podpowiedział mi, że prawdopodobnie gdyby z Sheenem w podróż wybrał się Polak lub Rosjanin, całą drogę do Santiago de Compostela szedłby pijany i być może cierpiąc na kleptomanię pozbawiłby swych współtowarzyszy wszystkich kosztowności.
            Yorick van Wageningen, to bardzo interesująca postać. Urodzony w Holandii, w Baarn 16 kwietnia 1964 jest jednym z niewielu holenderskich aktorów, którzy odnieśli sukces w Ameryce. Mimo, że nie jest to dla mnie wyznacznikiem talentu, niestety często oznacza dostępność aktora szerszej publiczności.  Van Wageningen jest doświadczonym aktorem telewizyjnym i teatralnym. Jedna ze sztuk w której występował, "Całkowita strata”, została przeniesiona na duży ekran. Film ten nie zyskał dobrej prasy w Holandii, ale za granicą odniósł znacznie większy sukces. W Ameryce zobaczył go Steven Spielberg, który w owym czasie kompletował obsadę do swego filmu "Raport mniejszości". Yorick zachwycił go tak bardzo, że zaproponował mu jedną z głównych ról. Potem wydarzyło się coś, co pewnie śni się aktorom tylko w najgorszych koszmarach. Okazało się bowiem, że coś jest nie tak z pozwoleniem o pracę aktora w Ameryce i koniec końców Van Wageningen nie zagrał w tym filmie.
            Niedługo potem otrzymał rolę w melodramacie "Bez granic" i wystąpił obok Angeliny Jolie i Clivea Owena. Od tego czasu można go regularnie oglądać w amerykańskich produkcjach. Zaprzestał za to występować w niderlandzkich filmach aż do wzięcia udziału w "Ostatniej zimie wojny", filmie dla młodzieży o którym pisałam w jednym z mych wcześniejszych tekstów.
            Niezapomniana rola Yoricka to z pewnością postać Nilsa Bjurmana w amerykańskiej wersji „Dziewczyna z tatuażem", filmie nakręconym na podstawie bestselerowej powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" autorstwa Stiega Larssona. Niestety ze względu na stworzoną przez siebie postać, nie mógł on wzbudzić sympatii. Sam aktor opowiadając o występie w tym filmie przyznał, że to były bardzo ciężkie tygodnie i zagranie brutalnej sceny gwałtu dla wszystkich było wyczerpujące. Aktor zdradził za to, że postać Bjurmana w ekranizacji drugiej części Trylogii Larssona, będzie się różnić od swego książkowego pierwowzoru.  
            Jak już wspomniałam, niewielu jest holenderskich aktorów i aktorek, którzy zadomowili się w amerykańskich filmach. Przyglądając się, jak rozwija się kariera Yoricka Van Wageningena mogę zaryzykować twierdzenie, że jest jednym z nich i widzowie będą mieli przyjemność spotkać się z nim jeszcze wiele razy.
AS
(zdj. źródło internet)

Bardzo kolorowe spotkanie z polskimi poetami



Dla http://www.lejdizmagazine.com/

            Weszłam do niewielkiego pokoju, który na tę chwilę stał się przebieralnią i spojrzałam w twarze ośmiorga wystraszonych dzieci. Gdybym miała tak długie ramiona objęłabym wszystkie maluchy równocześnie. Prze głowę przemknęła mi myśl, pewnie one nawet nie wiedzą ile mnie nauczyły, zapamiętując wiersze Jana Brzechwy i Wandy Chotomskiej. Ile myśli może wywołać dziecko recytujące polskich poetów a mieszkające na obczyźnie... No tak, tak naprawdę dla tych właśnie maluchów Holandia jest ojczyzną a uczą się wierszy w języku jednego, lub obojga swych rodziców.
            Tydzień przed Wielkanocą Polska Szkoła w Utrechcie wzięła udział w Wierszowisku.
Impreza ta odbyła się już po raz XIII w Centrum Kulturalnym w Malden. Co roku polskie szkoły w Holandii przygotowują się do tego występu. Dzieci uczą się wierszy, nauczyciele opracowują scenariusze przedstawień i starają się opanować sytuację na próbach a rodzice pomagają, pomagają, i jeszcze raz pomagają.
            W tym roku nie wygraliśmy. Co prawda nie wróciliśmy do domów z pustymi rękami, ale jak zawsze w takich sytuacjach pozostał niedosyt. Wśród nieznajomych widziałam rozczarowane i zapłakane dzieci. Rozumiem to, ponieważ wiem też, ile pracy to przedsięwzięcie kosztowało wszystkich. Każdy pragnie uznania za swą pracę.
W tym Wierszowisku wzięłam udział w „podwójnej” roli. Byłam mamą ale i nauczycielem z Polskiej Szkoły w Utrechcie. Moim priorytetem stało się pokazanie dzieciom, że językiem polskim można się bawić. Nie chciałam, aby to była droga po puchar a możliwość poznania czegoś nowego. Równocześnie chciałam, aby nauka wierszy i sam występ stały się szansą dla dzieci, by sobie i innym coś udowodnić. Zapamiętywanie było pretekstem do poznania nowych słów, ale i pokazania najmłodszym, że mogą być dumne z korzeni swych rodziców.
            Przygotowania były próbą przyjaźni, troski i dowodu na to na kogo można liczyć. Dzięki spotkaniom w szkole miałam okazję bliżej poznać cudownych rodziców moich uczniów. Razem planowaliśmy i wciąż przychodziły na do głów nowe pomysły. Wtedy też przekonałam się, jak ważna jest pomoc i ciepłe słowo.
            Gdy dzieci wychodziły na scenę oświetloną reflektorami na chwilę czas się zatrzymywał, lub może właśnie cofał. Dzieci pokazywały nam, prawie wytykając palcem, skąd pochodzimy, jak ważny jest język polski i to by pamiętać gdzie są nasze korzenie.
            Najpierw na scenę wyszła Angelique. Drobna pięciolatka wyrecytowała wiersz Jana Brzechwy "Tańcowała igła z nitką". Nauka wymowy niektórych polskich słów kosztowała ją bardzo dużo wysiłku, ale się udało.
            Gdy Angelique skończyła mówić, wszyscy biliśmy jej brawo. Po chwili wymknęłam się z innymi dziećmi i Anią, która również jest nauczycielem w szkole w Utrechcie. Jej pomoc i spokój ducha były wsparciem od pierwszej próby. Popędziliśmy do przebieralni. Dzięki staraniom wszystkich po chwili z pokoju wyszedł piesek, potem sum i przekupka. To Zosia, Gerard i Wiktoria, oni też wystąpili w części indywidualnej. Poczułam, jak zmieniam się w mamę. Próby do Wierszowiska odbywały się nie tylko w szkole, ale i w domu, gdy razem z Zosią i Gerardem ćwiczyłam ich teksty.
            Oczy mojej dziewczynki ze strachu stawały się coraz większe. Widziałam, jak bardzo się boi, ale gdy zaproszono ją na scenę podniosła wysoko głowę i wkroczyła. Pomyślałam, że to właśnie jest odwaga. No dobrze, pomyślałam już później, bo w tej chwili byłam bardzo przejętą mamą.
            Na scenie znów zagościł Brzechwa. Zosia pięknie wyrecytowała "Psie smutki", pokazując widowni swe rekwizyty. Wtedy poczułam, jak trudno być nauczycielem i mamą w jednym... to prawie niemożliwe, mama zawsze wygra.
            Później na scenę wszedł Gerard i stał się sumem, który nie potrafi dojść do tego, czy zdoła w swym pojęciu odjąć zero od dziesięciu. Sam bardzo lubi matematykę i tekst wiersza go bawił. Żebym miał przynajmniej kredę! Zaraz, zaraz... Wiem już... Jeden! Nie! Nie jeden. Dziesięć chyba...
            Ostatnia z naszej szkoły wystąpiła Wiktoria, jako przekupka opowiadająca o kłótni warzyw "Na straganie". Razem ze swą mamą zadbały o piękny kostium. Koszyk, laska, czerwone policzki i chustka na głowie dopełniły obrazu.

            Po przerwie rozpoczęły się występy grupowe. Mieliśmy okazję obejrzeć 6 krótkich przedstawień. Gdy patrzyłam na wszystkie dzieci, pomyślałam, jak trudną pracę mają członkowie jury wśród których znaleźli się: Barbara Borys-Damięcka – przewodnicząca – reżyser teatralny i filmowy, Senator RP VII kadencji, Małgorzata Pacek – Konsul Ambasady RP w Hadze, Waldemar Pankiw – redaktor naczelny PNKV oraz Łukasz Wierzbicki – pisarz i autor książek dla dzieci.
            Zastanawiałam się, jak oni wybiorą zwycięzców? Przecież wszystkie przedstawienia były na bardzo wysokim poziomie a dzieci cudowne.
            Nasza szkoła wystąpiła z przedstawieniem "Kłótnia barw". Wiktoria była malarką, której kredki zaczęły się kłócić, o to która jest najważniejsza i nie chciały wspólnie rysować. Reszta uczniów przebrana za owe kredki opowiadała, dlaczego właśnie dany kolor zasługuje na największe uznanie. Na końcu malarka stwierdziła, że skoro świat jest tak kolorowy to i jej podopieczni mogą się w końcu pogodzić.
            Mottem naszego przedstawienia były słowa fioletowej kredki:
” Cóż to? Cóż to? Pomysłu żadnego?
Czas na coś żartobliwego
Tak się nie da żyć, bo życie wesołe na całego musi być"
            Na widowni zasiedli również Holendrzy, zazwyczaj dumni tatusiowie. Również dla nich był to miły dzień. Choć ze sceny padło wiele niezrozumiałych słów, wiedzieli, że ich pociechy robią coś niezwykłego.
            Nie wygraliśmy, ale chyba wszyscy uczniowie i rodzice z naszej szkoły wrócili do domów zadowoleni. W naszej holenderskiej rzeczywistości zrobiliśmy coś polskiego. Coś co dla uczniów, ich rodziców i nauczycieli było ważne. Dzieci tego nie zapomną. Bawiliśmy się naprawdę dobrze i to było dla nas najważniejsze. Ponadto najmłodsi mieli okazję przekonać się, że w Holandii jest wiele dzieci, tak samo jak one "podwójnych"; polsko-holenderskich.
            Do domu wróciliśmy z trzema nagrodami. W swej kategorii wiekowej: Wiktoria zdobyła 3 miejsce, Gerard wyróżnienie a Sofia 3 miejsce w konkursie rysunkowy.
            Nagrodą dla mnie były z pewnością spotkania na próbach z dziećmi i długie rozmowy z ich rodzicami. Być może z czasem z głów najmłodszych uciekną wersy polskich poetów, ale słowa pozostaną.
AS
(zdj. autorstwa Pauliny Kiwały)