środa, 9 marca 2016

Mamma Mia!

Z pewnością każdy z nas ma książki, do których wraca wielokrotnie. Filmy, które zostają z nami na zawsze i można je oglądać w całości, lub fragmentami wciąż i wciąż. Muzyka, która towarzyszy nam przez lata… a razem z tym wszystkim powracają uczucia. Czasem jednak one się zmieniają, tak jak zmienia się nasze życie. To co znamy, co czytaliśmy, widzieliśmy i słyszeliśmy tyle razy, nabiera nowego znaczenia. Dorasta z nami. Czasem tak jest…
Mama była już ta piosenka do płakania? Zosia weszła do pokoju ubrana w piżamę. Poczułam zapach pasty do zębów. Uśmiechnęłam się. Jeszcze nie, zaraz będzie, odpowiedziałam, czekam tylko na nią i też idę do łazienki i spać, już trochę późno. Zosia przyjęła tę wiadomość ze spokojem i usiadła na kanapie.
Wiesz co, odezwałam się po krótkim namyśle, podaj mi chusteczki, to się przygotuję.
Mogłabyś to kiedyś oglądać na spokojnie? Zapytała i podała to, o co ją prosiłam. Nie, raczej nie.
Oglądamy filmową wersję musicalu „Mamma Mia!”. Czasem trafiam na niego przerzucając programy telewizyjne. Może powinnam kupić DVD? Nie kupuję. Film co jakiś czas wraca na ekrany telewizorów.  Zawsze wtedy się zatrzymuję i zostaję prawie do końca. Lubię ten film z wielu powodów. Występują w nim moi ulubieni aktorzy, Colin Firth i Pierce Brosnan hmm…  Meryl Streep, chyba najlepsza amerykańska aktorka. Widoki greckiej wyspy zapierają dech w piersiach i aż chce się pakować walizki i wyruszać w poszukiwaniu słońca. No i oczywiście muzyka, pełna optymizmu i radości. To wszystko bardzo lubię, ale w filmie jest jeszcze coś, coś co za każdym razem wyciska łzy z moich oczu i za każdy razem staje się bardziej prawdziwe - ta jedna piosenka. Piosenka do płakania, jak mówi Zosia.
Córka jęknęła a na ekranie pojawiła się Meryl Streep w niebieskiej sukience.
“Schoolbag in hand, she leaves home in the early morning
Waving goodbye with an absent-minded smile”

źródło: amazon.com
Tak, oglądam to po raz któryś…
Dlaczego tak masz? Chce wiedzieć. Bo to prawda…
Bohaterka grana przez Meryl Streep pomaga swej córce przygotować się do wesela. Pomaga i śpiewa.
Patrzę na Zosię i myślę, jak szybko płyną te lata. Kiedyś była taka maleńka a teraz może być taka odległa. Przyglądam się jej, gdy się czesze, gdy maluje rzęsy i głośno zastanawia się, co na siebie włożyć. Uśmiecham się, ale tak by tego nie dostrzegła, gdy niczego nie znajduje mimo pełnej szafy. Patrzę, gdy czyta, ogląda, liczy. Powtarza na zajęcia, odrabia lekcje i sprawdza wiadomości na swoim telefonie.
Gdzieś w sercu pojawia się strach, że nie jestem w stanie uchwycić żadnej z tych chwil, że są niczym piórka, które porywa wiatr. Mogę patrzeć, ale i tak odlatują. Ona staje się samodzielna i już żyje obok, ze swoimi tajemnicami i prawdami, w których ja nie zawsze się mieszczę.
Dostrzec w niej ją a nie własne wady. Odrębność w najpiękniejszej postaci. Nie chcieć naprawiać czegoś, czego nie ma. Być i dbać.
Staram się podążać za nią i z nią, a czasem udaje mi się iść obok. Staram się zrozumieć mijające dni i planuję, co możemy zrobić razem. Na chwilę wchodzę w jej świat.
Złościmy się na siebie, ale jeszcze więcej śmiejemy. Przepraszamy się a czasem obiecuje, że będzie inaczej, ja czasem też. Przewraca oczyma i mogłabym przysiąc, że potrafię to usłyszeć. Podążam za nią a ona ucieka.
Wybieramy razem spodnie, swetry, cukierki i się na spacery. Chodzimy razem do kina, księgarni i na kawę. Mówimy, że „na kawę”, ale ona zawsze bierze to różowe mleko. Kiedyś będę piła z tobą cappuccino, mówi do mnie i robi mi zdjęcie swoją komórką.  Wybieramy buty, bilety, popcorn i książki. Czasem się kłócimy a potem układam jej włosy i znów jest dobrze. Złości się, gdy pójdę do sklepu bez niej i gdy nie pozwalam jej farbować włosów. A jeszcze bardziej złości się, gdy mówię, że sama powinna podjąć tak ważną decyzję. Powinnaś mi pozwolić a nie kazać decydować, mówi i widzę, jak zastanawia się nad tym, co powiedziała. Przypominają mi się sukienki, które kiedyś nosiła, potem zakładała je swoim misiom, teraz nawet misie odeszły w niepamięć.
Wiatr kołysze nas na wietrze. Ona tańczy, gdy na nią nie patrzę i śpiewa pod prysznicem. Śpiewa pięknie, ale tylko dla siebie. Gdy się dziwi tak zabawnie marszczy nos i nigdy nie kończy swoich rysunków. Zawsze wybiera różowe cukierki z paczek i ogórka z sałatki. Pomagam jej spakować plecak i zawsze macham na do widzenia. Jestem dla niej zawsze, ale tak by mogła złapać oddech.
A ja w każdej chwili potrafię ją rozśmieszyć i czasem ją to też denerwuje, bo chciałaby być zła a gdzieś na dnie oka już czai się uśmiech. Wtedy nie patrzy na mnie.
Tak często mówi, ale ty nic nie rozumiesz, i pewnie tak jest. Czasem chcę, aby było inaczej a jest właśnie tak i to dobrze. Ona uczy się dorosłości a ja akceptacji. Gdy jest zła, jest zła całą sobą, nie trochę, nie odrobinę, tylko w całości i tak niezaprzeczalnie na zawsze, na chwilę.
Ona nie wie, że chroni mnie przed tymi, którzy jęczą, że wszystko jest złe. Czasem zatrzymuje się i mówi, że lubi zapach powietrza tak całkiem rano, i głaszcze wszystkie napotkane koty, i wszystkie chce zabrać do domu.
Już tak dorosła, że wie, że nie na każde pytanie rodzice znają odpowiedź i jeszcze nie na tyle, by przestać wierzyć w szczęście bardzo ogromne.
Chwilami chciałabym, aby na zawsze pozostała mała, abym zawsze mogła ją chronić. Jednak miło jest patrzeć jak się zmienia, jak dorasta, jak dba o siebie sama. 
Ach już dość, chodź idziemy spać, mówi do mnie, ja wycieram łzy i myślę, że to przecież ja powinnam to powiedzieć. Wyłączam telewizor, do następnego razu.

AS

1 komentarz:

  1. Pięknie to napisałaś.Ja mam to za sobą - i szczerze - nie za bardzo aż tak refleksyjnie podchodziłam do fazy dorastania mojej córki...Chociaż nie było żle myślę - teraz mówi ona ,że młodość spędziła pięknie....

    OdpowiedzUsuń