niedziela, 19 września 2010

Cząstka Australii


Rachel jest moją przyjaciółką od 9 lat. We wspomnieniach dzielimy wiele, jej ślub, nasze ciąże, maleńkie dzieci, które już wcale takie maleńkie nie są, książki, filmy. Kursy języka holenderskiego, wyprawy w nieznane, tycie i diety, długie godziny przy kawie, zrozumienie i łzy. Zmartwienia i radości, i jeszcze wiele nieponumerowanych dni.
Ona przywodzi mi zawsze na myśl „chatę roztańczoną, rozśpiewaną’, jej to nic nie mówi, nie ma nic wspólnego z Rachelą Wyspiańskiego. Ona nawet nie wie, że był ktoś taki jak Wyspiański. To nic, nie musi, ona pochodzi z Australii.
W Holandii znalazłyśmy się z tego samego powodu, stąd pochodzą nasi mężowie. Rachel ma pięknie urządzony dom. Na ścianach wiszą zdjęcia z widokami z jej rodzinnych stron, z twarzami ludzi, którzy mieszkają na końcu świata. Meble ozdabiają rzeźby wykonane ręką Aborygenów. Przyglądam się temu wszystkiemu i pytam, jak może mieszkać w tak zimnym i płaskim kraju, gdy jej dom to wodospady tak błękitne, że ma się wrażenie, że woda spada prosto z nieba, wspaniała roślinność, zielona i tak zupełnie inna, pustynie, kamienie tak wielkie, że to już prawie góry, kangury z maleństwami zawsze przy sercu i misie koala z dwoma kciukami na jednej łapce.
Gdy ja rozmawiam przez telefon z tatą, który jest w Polsce, tam jest ta sama chwila, taki sam księżyc, słońce jest w tym samym miejscu na niebie. Gdy ona dzwoni do swoich rodziców, tam słońce chowa się za horyzontem a dla niej dopiero zza niego się wyłania.
Siedzimy z kubkami kawy w dłoniach, wpatrujemy się jej bawiącego się trzyletniego syna. Rachel bardzo powoli mówi, że nie tęskni za ojczyzną, bardziej za rodziną i przyjaciółmi. Chyba dlatego tak bardzo ją lubię. Jest taka spokojna. Pytam ją jaka jest największa różnica między Holendrami i Australijczykami. Mówi, że w Holandii ludzie są tak bardzo zestresowani. Zastanawiam się jak wypadliby w tym porównaniu Polacy. Mówi, że święta Bożego Narodzenia w Holandii są takie dziwne. Ze zrozumieniem kiwam głową, ale zaraz łapię się na tym, że przecież nie może mieć na myśli tego, że tutaj brak śniegu. U nas Boże Narodzenie jest w środku letnich wakacji - dodaje -najczęściej spędzamy te święta w basenie, przy grilu. No tak jest inaczej...
Mieszkając w innym kraju trzeba przyjąć określoną postawę, kontynuuje. Można się całkowicie dostosować, zapomnieć kim się jest i być takim trochę "pseudo- tutejszym", można też postarać się wyciągnąć z obu krajów to, co najlepsze i stworzyć swoje miejsce. Nie zapominając kim się jest, pielęgnować korzenie, ale i korzystać z tego co jest tutaj. Można też uporczywie trwać tam będąc tutaj. Stać się jeszcze bardziej obcym.
W marcu odwiedziła mnie. Powiedziała, że ma dla mnie ważną wiadomość. Oznajmiła, że wraca. Postanowili z mężem, że przeprowadzą się do Australii. Rachel chce wrócić, za rok, muszą zakończyć sprawy tutaj a potem znów zaczną od początku, na końcu świata.
Pojawiły się pytania - a ty nie chciałabyś mieszkać w Polsce? Wykręcam się brakiem pracy dla męża, ale tak naprawdę zastanawiam się, a co by było gdyby... Chyba nie chcę odpowiadać na to pytanie. Jeszcze nie teraz...
AS

1 komentarz:

  1. Agnieszko z wielką przyjemnością przeczytałam
    zapisane myśli. Zawsze postrzegałam Cie jako pogodną osóbkę i w tym trwam. Każdy z nas gdzieś emigruje...choć niektórzy tylko myślami.
    Tęsknota to uczucie , które dotyka wszystkich ale na inne sposoby.
    Serdecznie pozdrawiam i obiecuje penetrować blog-emigrantki
    P.s.
    Byłam w Amsterdamie 2 dni we wrześniu 1998.
    Bogumiła Łuczak

    OdpowiedzUsuń