Mój rosyjski akcent


Byłam z córeczką na kolejnych zajęciach z baletu. Czteroletnie dziewczynki w baletkach wytwarzają wokół siebie jakąś magię. Coś tak niesamowicie eterycznego, że nie ma nawet chwili zwątpienia, że elfy faktycznie istnieją. Widzi się grupę Dzwoneczków i ma się wrażenie, że za chwilę przeniosą siebie i patrzących do Nibylandii. Gdzieś za rogiem na pewno musi się kryć Piotruś Pan. Można patrzeć i patrzeć.
Niestety tydzień wcześniej mamy nie mogły zostać na całych zajęciach. Stojąc przed salą rozmawiałam z inną mamą. Rozmowa bardzo przyjemna, nagle zmieniła tor, gdy ona stwierdziła, że mam wyraźnie rosyjski akcent. Zdziwiłam się, bo przecież pochodzę z Polski, ale ja swojego akcentu nie słyszę, może i brzmi jak rosyjski.
Zaczęłam z nią rozmawiać, o „tamtych” krajach. To zawsze tak dziwnie brzmi. „Tamte” czyli jakie? A jeśli są „tamte”, to które są „te”? Znacznie gorsze jest jednak mówienie o krajach bloku wschodniego. Niech już lepiej będzie „tamte”. Słuchałam jej i zastanawiałam się skąd się bierze odwaga do przyznawania się, że tylu rzeczy się nie wie. Po co mówić, że nie ma się pojęcia o Czechach i niczego się z nimi nie kojarzy, że Rosja to zimna wojna a Polska to Wałęsa i Papież, reszty „tamtych” krajów nie ma. Bośnia, Serbia, Chorwacja, Bułgaria, Rumunia - te kraje gdzieś znikają.
Winą za niewiedzę obwinia się coś nieokreślonego wokół. Ręką należy wykonać okrężny ruch i stwierdzić, że tutaj się o tym nie wie. W Holandii jestem już na tyle długo, by wiedzieć, że nie wszyscy Holendrzy tak myślą. Spotkałam też wiele osób, które wiedziały; czasem tylko trochę a czasem bardzo dużo.
***
Trzy lata temu w szkole syna, komitet rodzicielski (lub jak to tu nazywają mamy grupowe), wymyślił, że na zakończenie roku szkolnego zorganizują imprezę, na której zostaną rozstawione stoiska gastronomiczne. Przy stoiskach będą stać mamy z różnych krajów i sprzedawać narodowe przysmaki. Prawdziwie wielokulturowa społeczność, jak to tu nazywają. W szkole wtedy były tylko dwie polskie mamy, wiec razem wzięłyśmy się za gotowanie. Razem z nami pichciły też mamy z Turcji, z Maroka i z Egiptu. Była mama z USA i z Francji.
Przyszykowałyśmy paszteciki, faworki i kompot z jabłek. Cały czas uspakajałyśmy się, że jak nam nie wyjdzie to i tak powiemy, że w polskiej tradycji to tak właśnie ma wyglądać. Na szczeście wszystko się udało. Zabawa była fantastyczna, jak powiada polskie przysłowie do ludzi trafia się „przez żołądek do serca”. Przyniosłam z domu lalkę w stroju krakowskim i posadziłam ją między pasztecikami a faworkami. Z boku naszego stolika powiewała flaga biało-czerwona a obok dzbanka z kompotem poważnie spoglądał w bok nasz piękny orzeł. Byłam dumna, szczególnie, że kolejka do naszego stoiska była bardzo długa. Rozmowy były przesympatyczne, choć czasem trochę dziwne. Ludzie chcieli wiedzieć, co jedzą, pytali i z jedzeniem w dłoni naprawdę słuchali. Sami opowiadali o tym, że znają bigos, ktoś wspomniał coś o pierogach. Inny pan z obrzydzeniem wykrzywił twarz na wspomnienie flaczków. Nie zapomnę jednak jednej starszej Pani. Podeszła do nas i powiedziała po holendersku, że kiedyś była w Polsce i nagle zaczęła śpiewać.
"Góralu, czy ci nie żal
Odchodzić od stron ojczystych"
Pani nie rozumiała co śpiewa, mówiła, że nauczyła się tego w czasie wakacji.
Wtedy chyba pierwszy raz przekonałam się, że w Holandii są ludzie, którzy wiedzą o Polsce coś więcej. Nie koniecznie musi to być data powstania listopadowego. Czasem wystarczy, że nie wrzucają nas do worka z napisem „Oost-blok’ - Blok Wschodni.
AS

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Następny do golenia

A co jeśli koń to żaba?

Obywatel świata