czwartek, 17 grudnia 2009

Obywatel świata


We współczesnym świecie granice między wieloma państwami powoli zacierają się i tracą znaczenie. Przynajmniej czasem można odnieść właśnie takie wrażenie. Mówi się o globalizacji, a ludzie zaczynają nazywać siebie obywatelami świata. Człowiek w ciągu jednego tygodnia może odwiedzić wszystkie kontynenty. Wyczyn Phileasa Fogga, bohatera książki „W 80 dni dookoła świata”, już nikogo nie zachwyca. Dziś ktoś, kto ma wystarczającą ilość środków finansowych, potrafi bez większych problemów powtórzyć jego wyczyn.
Teraz nie mówi się emigrant, mówi się Europejczyk. To ktoś, kto emigruje w granicach naszego kontynentu. Obywatel świata jedzie dalej.
Co to wszystko znaczy z punktu widzenia zwykłego człowieka? Kim się tak naprawdę jest, gdy się jest obywatelem świata? Jaką granicę trzeba przekroczyć, aby się nim stać? Kim ja jestem? Polką – na pewno, ale przecież już prawie jedną trzecią mojego życia mieszkam w Holandii, więc coś holenderskiego chyba przeniknęło do mojego ducha. Kraj Tulipanów na pewno mnie zmienił. Dwa kraje to znacznie mniej niż świat. W takim razie jestem Europejką.
Obywatel świata musi być w domu wszędzie, gdzie się znajdzie. Ja znalazłam się jeszcze w zbyt niewielu miejscach. Jednak, czy jeśli wszędzie jest się w domu, ten dom w ogóle gdziekolwiek istnieje? Czy cały świat może być domem? Są ludzie, którzy bez wahania odpowiedzą – tak.
Czasem wydaje mi się jednak, że taki obywatel świata jest podobny do okrętu z kotwicą na odrobinę za krótkim łańcuchu. Pływa po różnych morzach i oceanach, ale nigdzie nie potrafi się zatrzymać, choćby na chwilę. Kotwica nie potrafi dosięgnąć dna, które jest gdzieś tam, być może w głębi, tam gdzie jest już całkiem ciemno, ale jest. Czy to zatrzymanie się nie tworzy właśnie domu? Przecież dom to miejsce, do którego się wraca. Wraca się wieczorem z pracy, zamyka się za sobą drzwi, a za nimi zostają niemili koledzy, sterty papierów, czasem wredny szef. Wraca się nad ranem z przyjęcia urodzinowego znajomej, która przez cały wieczór nie chce zdradzić, ile świeczek powinno być na torcie. Wraca się z wakacji, z odległego słonecznego miejsca, a mimo strug deszczu odczuwa się coś bardzo przyjemnego. To jak uczucie, gdy w końcu można położyć się we własnym łóżku, a wyjątkowość tego polega na tym, że to łóżko jest tylko jedno. Co się czuje, gdy tych łóżek jest 6, 7 albo jeszcze więcej? Wtedy traci się już to uczucie układania głowy na tej jednej poduszce. Jeśli się ma tyle domów, jak można zaszyć się przed światem. W domu człowiek chowa się przed nim, ale jeśli ten świat jest domem, nie można się już przed nim schować. Być może wtedy nie trzeba tego robić. Kim jest ktoś, kto nie potrzebuje jednego, stałego adresu, jedynego łóżka i poduszki? Janina Brzozowska w jednym ze swoich wierszy napisała, że: Jeśli masz czyjeś serce, masz dom – na każdym miejscu, na którym staniesz. Może to właśnie jest odpowiedź.
Na świecie istnieje jeszcze wiele granic wyraźnie zaakcentowanych, widać, że coś się zaczyna i coś się kończy. Co raz więcej jest jednak takich, które powoli się zacierają, jeszcze coś jest, ale bardziej wspomnieniem niż wypowiedzią w czasie teraźniejszym. Nie widać, że jest się gdzieś indziej, bo „gdzieś indziej” już nie istnieje. Jest się po prostu „tutaj”.
Tak naprawdę obywateli świata jest niewielu. Większość ludzi pozostaje jednak Polakami, Holendrami, Irlandczykami… . Czują potrzebę zarzucenia kotwicy, zapuszczenia korzeni.
AS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz