Bezbłędne błędy


- Nie boisz się, że twoje dzieci będą się śmiać z tego, jak mówisz po holendersku? Zapytała mnie dziś Aga. Dla nich jest to język ojczysty, będzie codzienny i pewnie bezbłędny. Ja nawet bardzo się starając, zawsze będę mówiła z polskim akcentem i niestety pewnie jeszcze długo przeciśnie mi się „coś nie tak” w składni i w wymowie.
Nie myślałam o tym. Zamartwiam się tyloma rzeczami, a tym jeszcze nie?! To prawda - język holenderski jest dla mnie bardzo ważny i często boli mnie, że nie potrafię się w nim w pełni wyrazić. Złoszczę się, gdy ze względu na akcent lub jakiś głupi błąd, ludzie źle mnie oceniają. Traktują mnie, jakbym nie była w stanie wszystkiego do końca zrozumieć. Pobłażliwość w ich wzroku irytuje mnie - robi błędy, bo jest obca. Złość jednak bardzo szybko mija, a irytacja to tylko przejaw mojej słabości.
Już wiem, że istnieje coś takiego jak kompleks języka. Strach, że zaraz po otwarciu ust okaże się, że znów orzeczenie zawlekło się nie tam gdzie być powinno. Brr! Wiem, bo czasem mnie dopada. Nie zastanawiałam się jednak nad tym w kontekście własnych dzieci. Może dlatego, że rozmawiam z nimi po polsku. Pokazuję im świat przez pryzmat polszczyzny. One już wiedzą, że papa jest od holenderskiego, a mama od polskiego.
Nie tak dawno nauczycielka w szkole moich dzieci „doradziła” mi, że powinnam zrobić coś z tym feralnym orzeczeniem, bo daję zły przykład dzieciom. O Boże!
Myśl raz zasiana zaczęła kiełkować podobnymi pytaniami. A co? A jeśli? A może?
Nagle mnie oświeciło. Moja teściowa!!! Przecież ona jest Irlandką i mimo, że mieszka 40 lat w Holandii nadal mówi z angielskim akcentem. Do dziś nie opanowała trudnej sztuki wymowy dźwięcznego „g” i co najważniejsze, wcale się tym nie przejmuje. Gdy mój mąż wrócił z pracy zaczęło się wypytywanie. Czy to kiedykolwiek miało jakieś znaczenie? Czy on w ogóle to słyszał, gdy był mały? Kiedy usłyszał to po raz pierwszy?
Eureka! To nie ma znaczenia! To jest mama! Tak właśnie mówi i nie rozważa się tego w kategoriach błędu i poprawności. Przynajmniej nie, gdy jest się dzieckiem. Nie myśli się o tym, że zamiast „g” w słowie pojawia się „k”. Ważne jest przecież to, że mama jest obok i pokazuję owieczki na łąkach, marchewkę w ogródku i tulipany, które jeszcze w wazonie rosną. Teraz te błędy wywołują uśmiech na twarzy mojego męża i wzruszenie w oczach, gdy usłyszy, że jego mama nadal mówi coś nie tak jak większość. To jest jego mama, jedyna na świecie. Właśnie również dzięki temu jak mówi - taka specjalna.
Poszłam pytać dalej. W Kraju Tulipanów nie brakuje mam z „niestąd”. Różne odpowiedzi, różne opowieści. Wniosek, właściwie ten sam. To jest mama i jest właśnie taka. To też czyni ją specjalną. Zgrzyt pojawił się w opowieściach o nastolatkach. No, ale to już całkiem inna opowieść. Gdy ma się lat naście, jest się nieobliczalnym i często bardzo trudnym do opanowania. Wtedy ani język, ani narodowość nie jest wyznacznikiem. Wtedy to bunt i szalejące w głowie pomysły, kierują człowiekiem.
Są chwile, gdy wydaje mi się, że mamy na obczyźnie są… jesteśmy jak drzewa odarte z kory. Staramy się zapuszczać korzenia i czasem nawet nam się udaję, mimo to jesteśmy wystawione na tysiące wątpliwości i rozważań, których pewnie nie miałybyśmy w Polsce. Z powodu braku kory te rozmyślania dopadają nas szybciej i docierają głębiej.
Mama zawsze się boi, ale znam miejsce gdzie można znaleźć odwagę. To uśmiechnięte oczy dziecka.
AS

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Następny do golenia

A co jeśli koń to żaba?

Obywatel świata