U logopedy

Dziś znów byłam u logopedy. Mój synek musi tam chodzić. Nie lubię tych wizyt. Ponoć są potrzebne, ale ja mam czasem wątpliwości. To trwa już długo, a ja nie słyszę słów zadowolenia. Mój mały stara się jak może i nadrabia zaległości.
Najgorsze, że zawsze, gdy tam jestem, czuję się trochę jak głupek. Nie umiem dojść do tego, czy pani logopeda uważa mnie za głupka, czy to ja sobie tylko wmawiam. Niewiedza ta nie zmienia faktu, że nie lubię tam chodzić.
Dziś ćwiczono wymowę „ui” i „au”. Dla mojego malucha jest to odrobinę skomplikowane, ale sobie radzi. Dla mnie natomiast prawie niewykonalne… niewymowne. Było auto i tuin, uil i dużo innych słów. W pewnym momencie, gdy już czas zajęć dobiegał końca, pani logopeda zwróciła się do mojego syna i powiedziała: – Musisz to ćwiczyć w domu, ale rób to z tatą, bo mama nie jest w tym najlepsza.
Zamurowało mnie. Moja reakcja ograniczyła się do bezdechu. Logopeda nie powiedziała niczego, co by było niezgodne z prawdą. Nie zareagowałam, no bo zresztą co miałam zrobić. Ja i tak zazwyczaj reaguję z opóźnieniem. Choć teraz, nawet z opóźnieniem, nie wiem, co mogłabym powiedzieć. Nie chcę, aby dyskredytowała mnie przed moim dzieckiem. Nie chcę, aby mu wytykała to, czego nie potrafi jego mama. Ono to i tak wie, zdaje sobie sprawę, że w języku niderlandzkim jestem słabsza. Wie za to, że jestem dobra w innym języku. I to się liczy! Może gdybym zareagowała, syn wiedziałby, że to mnie zabolało? Tak było, minęło i jakoś to będzie. Do następnego wtorku, gdy znów pójdziemy na wizytę…
Ja potrafię powiedzieć – chrząszcz brzmi w trzcinie!Widzę. Zabolało mnie…
AS

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Następny do golenia

Obywatel świata

Jak to powiedzieć?