wtorek, 15 grudnia 2009

Dzień, w którym kochałam Holendrów najbardziej


Kryształowa Matka Boża i antyczni herosi.
Dom płonął. Żółto-czerwone jęzory sięgnęły już dachu. Temperatura była tak wysoka, że szyby w sąsiednich domach pękały. Ogień to jakby stworzenie, istota pożerająca wszystko, co napotka na drodze. Nie czuje litości i będzie pędzić przed siebie tak długo, aż ktoś go nie powstrzyma.
Wszystko zaczęło się od jednej świeczki, która spadła ze stołu i wturlała się w zasłony. Ogień wspiął się po materiale do góry. Starsza pani, przerażona tym co się dzieje, zerwała zasłony dotkliwie parząc sobie dłonie. Nie myślała, pragnęła tylko jednego, by ten intruz opuścił jej dom. Otworzyła drzwi, chciała wyrzucić płonące zasłony na zewnątrz.
Wydawało się, że ogień tylko na to czekał, tlen dał mu siłę. Teraz mógł już opanować cały dom. Wspinając się po framugach okien, dostał się najpierw na pierwsze piętro a potem na strych. W końcu wdrapał się na dach. Płomienie, jak bardzo długie ramiona, zaczęły sięgać domów obok.
Jedną z tych „płonących dłoni” zobaczył mój mąż. Razem z dziećmi sprzątali strych, sprzątali i tańczyli w takt muzyki Santany. W pierwszej chwili trudno mu było zrozumieć co widzi. To było absurdalne. Tego przecież nigdy przed naszymi oknami nie było!! Złapał dzieci tak jak stały. Wybiegł z domu, wsadził je do auta i odjechał zostawiając miejsce dla aut straży pożarnej.
Po chwili zjawiła się sąsiadka z przeciwka. Zobaczyła nasze bose dzieciaczki i pobiegła do domu, po ciuchy swoich dzieci. Wróciła, ubrała je i siadła z nimi w samochodzie i starała się zająć ich uwagę opowiadając różne historyjki. W tym czasie mąż usiłował skontaktować się ze mną. Starał się też ustalić, co w domu jest na tyle ważne, by to teraz ratować.
Nagle, nie wiadomo skąd, zjawił się tłum ludzi. Młodzieńcy wpadli do naszego domu i wydawało się, że o wiele lepiej wiedzieli, co należy ratować. Dom wypełniał się dymem, okna pękały a oni wynosili nasze rzeczy. Ratowali obrazy, zdjęcia, stare zegary. Wynieśli mój komputer i tę starą szafkę z przedpokoju. Nigdy nie widziałam tych ludzi, ale wiem, że bardzo dużo ryzykowali, aby uratować to, co dla nas ważne.
Gdy wreszcie dotarłam na miejsce, na parkingu przed domem stała sterta naszych skarbów. Na samej górze, jakby uspakajająco z obietnicą, że wszystko będzie dobrze, stała kryształowa Matka Boża. Moja córeczka dostała ją od babci i dziadka.
Nasi sąsiedzi podchodzili i obejmowali nas. Proponowali, coś ciepłego, nocleg, pomoc. Wtedy nie istniały granice, te płomienie połączyły nas. Strażacy pojawili się jeszcze przed moim przyjazdem. Widziałam ich, jak bez wahania podejmowali walkę z szalejącym ogniem. Tej nocy przypominali bardziej antycznych herosów i to oni uratowali nasz dom.
Ogień starał się dachem przedostać do nas, ale tam skończył swą wędrówkę. Nie straciliśmy wiele. Jedno, co na pewno mój mąż i dzieci straciły, to sympatię do Santany. Za każdym razem, gdy słyszą tę charakterystyczną gitarę, czują pożar za plecami. Wiele nocy nie mogliśmy przespać myśląc, a co by było gdyby. Nie było żadnego gdyby, na szczęście. Byli za to ludzie, którzy okazali nam niesamowicie wiele serca.
AS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz