Zwykły dzień




Budzę się i jeszcze przez chwilę, choć budzik zgłasza już swój sprzeciw, jestem w świecie kolorów, poezji i muzyki. Nie śpię, ale jeszcze przez chwilę myślę, że śnię. Pamiętam wędrówki, słowa i dźwięki. Potem dzień wymiata kolory, metafory, tony i półtony. Jeszcze przez chwilę moje myśli tańczą i prawie czuję miękkość chmur pod stopami.  Z wolna świat staje się wyraźny, codzienny i taki zwykły.
Otwieram oczy i nie przychodzą do mnie goście z Akwinu i Asyżu. Pan Cogito, też nie zadaje już trudnych pytań. Nikt nie udziela odpowiedzi, chyba, a może ja nie słucham. Pomrukują tylko w zamyśleniu, choć nie to jednak ja. Promień słońca niczym szpada rozcina zasłony.
Potem do szkoły i znów te małe rozstania, tylko do południa, ale to już inny świat.  Nie rozmawiamy o tym, bo to zwykłe. Jednak od rana do każdego popołudnia dzieci się zmieniają. Znów są starsze, mądrzejsze i bardziej doświadczone.
A może dziś do fryzjera? Raz na wieki, bo już nie te czasy, już nie można sobie pozwalać.  Pozbędę się srebrnych dowodów przemijających dni.
W drodze do domu drzewa w białych kolanówkach, które odstraszają insekty, stoją na straży tego, co niezmienne.
Chwila przy kawie i program w telewizji. Sto uśmiechów Mona Lizy, a ona wybrała ten i tak już zostało. Sklepienia budowli i te w głowie odsłaniają swe sekrety.
Wsparta na parapecie okna wypatruję motyli, choć czasem zdarza mi się zaglądać do środka. Dopisuję wtedy historie do nie zawsze istniejących twarzy i istniejących wnętrz. Pieczołowicie dbam o happy endy.  
Przychodzi listonosz ze stertą rachunków, opłaty za bycie i nie bycie, za jasność, czystość, za to, że tu na chwilę i trochę tam, bo opony, bo koła, bo szyba; a opłata musi być. Dach przecieka a pralka toczy bęben przez kolejne góry wspomnień, zup, błota i farb.
Codzienność!
Gdy wycieram podłogę, królowa puka w mej głowie i prosi o kolejny rozdział. Jeszcze chwilę, już pędzę. Na zakupach książę chce dobyć miecza a tu tylko pomidory, chleb i mleko.
Literatura w stertach leży i tylko świadomość jej posiadania poprawia nastrój. Zawartość nadal pozostaje wędrówką hieroglificznych mrówek. Na stole wyleguje się bezczelnie ryza białego papieru i swą czystością podkreśla wyrzuty sumienia.
Nagle przychodzi do mnie chłopiec, prawie mężczyzna, już nie dziecko. Strzela palcami i gubię się w mijających dniach, a przecież tak bardzo pilnuję. On natomiast niebezpiecznie piszczy, jakby rozmawiał z nietoperzem a to tylko muzyka nowego czasu.
Odkurzacz warczy!
Ząb rusza się tak bardzo, że trzyma się dziąseł córki już tylko siłą jej woli. Jeszcze dziś się rozdzielą. Potem będzie nowy, ten który doświadczy jej dorosłego życia.
No i zaczyna padać. Deszcz z chmury wcale nie wysoko zwieszonej przekłamuje barwy odzieży i figlarnie kręci włosy.
Wieczorne cienie tak realne, że aż nie wiadomo, czy należą do ludzi, czy ludzie do nich.
Telewizor rozdarty wiadomościami o śmierci kolejnego dziecka. Żadna świeczka nie znieczula okrutnej sytuacji.
Układam włosy i słowa w kolejności z nadzieją, że znajdą sens, że mnie zrozumieją a potem już się gubię. Słowa ze swym wewnętrznym światłem przenikają, ale jeszcze trochę niezgrabnie. W torebce notes na myśli do niezapomnienia. Na głowie nieład.
            Do wieczora rozwiązuję moją polsko-holenderską krzyżówkę a hasło nadal pozostaje niewyraźne, pionowo, poziomo i na ukos, też się nie udaje.
            Atrament łzawi, dzień dobiega końca. Zsunięte ramiączko odsłania pierś a może serce? A pytanie pozostaje, które z tych snów są wielkie a które małe. 
AS

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Następny do golenia

A co jeśli koń to żaba?

Obywatel świata