niedziela, 4 kwietnia 2010

Różowa wstążeczka


Cudowna, prawie na pograniczu magii, mała kawiarenka niczym z piosenek Niemena. A może to właśnie jest magia? Przede mną stoi puchar lodów, uwieńczony koroną malin i zielonymi listkami mięty. W powietrzu, prawie namacalny, unosi się zapach świeżo zmielonej kawy i miesza się z cichą muzyką. To wszystko tworzy atmosferę sennego zadumania i refleksji. Nie mam wyjścia, muszę się zadumać, jestem tutaj przecież z bohaterem.
Ten bohater wcale nie przypomina kolosa z amerykańskich filmów. To drobna, śliczna i delikatna kobieta. Uśmiecha się i tylko gdzieś na dnie jej oczu, tam gdzie widać cień serca, dostrzegam tlący się smutek. Wiem, co to za smutek, ale boję się go nazwać. Ona poznała znaczenie słowa walka. Wie, co to strach i jak trudno wraca się z takiej wojny. Nie chcę o nic pytać. Tak naprawdę boję się. Nie chcę okazać współczucia, nie wiem, jak okazać podziw. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, nie wiem, co powiedzieć.
Lody, lody malinowe!
Ona jednak jest spokojna i czasami nawet zażartuje sobie na ten temat. Gdy na nią patrzę, widzę wokół niej ciepłe barwy, czerwienie, brązy, żółcienie. Szumiące trawy i promienie słońca przedzierające się przez gałęzie. Bawiąc się łyżeczką opowiada o tym, co robi, czym się teraz zajmuje. Potem na chwile przerywa i już dużo smutniej mówi:
- Wiesz, strach pozostanie na zawsze. Człowiek nigdy nie może być pewien, czy wróg znów nie zaatakuje. Tę wojnę wygrałam, wiele było bitew, ale mi się udało.
Dziwne, ale te słowa mają smak malin.
Patrzę na nią i wiem, że cokolwiek powiem, będzie brzmiało banalnie i pewnie nie do końca prawdziwie. Ja przecież nie wiem, ja tylko czuję. Trochę razem z nią, ale tak na prawdę całkiem oddzielnie. Dla mnie ona jest kolosem, walczyła z najgorszym wrogiem, tym najbardziej podstępnym, który ukrywa się w ciele swej ofiary. Wojna trwała rok i każda kolejna bitwa pozostawiła po sobie wyraźne blizny. Ona jednak za każdym razem wstawała i powtarzała sobie – od tego nie umrę! Dokonywała kolejnych wyborów i nadal tu jest, siedzi przede mną i co chwila spogląda przez okno. Patrzymy na spacerujących po deptaku ludzi i przez chwilę nic nie mówimy. Cisza ta jednak wcale nie jest krępująca.
- Był tu…. tak blisko serca -pokazuje.
- Pojadę na wakacje, będę leżeć na plaży i cieszyć się, że to jest już za mną.
Razem z nią walczyły inne kobiety. Jednym się udawało, innym nie. Odnosiły poważne rany, traciły część siebie.
Trzeba iść dalej. Stanie w miejscu nie jest dobre, bo jeśli się stanie, można oszaleć ze strachu. Gdy w końcu ruszysz, zaskakują cię banały. Sprawy, które wydawały się tak ważne, raptem okazują się mało istotne. Jak cenny staje się kolejny dzień, jak wyraźniej pachną kwiaty, jak smakuje szarlotka, jak brzmią słowa córki. Wszystkie zmysły wyostrzają się, jakby tamte dni, te przedtem, przeżywało się pod jakąś osłoną nieświadomości. A może po prostu w dziwacznie przytępionej świadomości?
Jak można pogodzić tak absurdalną sytuację: maliny, mięta, zapach kawy i RAK!? Przecież to takie nierealne.
AS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz