poniedziałek, 4 października 2010

Pociąg


Aptior est dulci mensa merumque ioco
Wsiadłam do pociągu relacji Amsterdam - Amersfoort Vathorst. W Holandii z transportu kolejowego korzysta się pobodnie jak w Polsce z autobusów. To trochę dziwne, bo zmieniając środek transportu musiałam też całkowicie zmienić (dla mnie uwspółcześnić) uczucia z nim związane. Gdy mieszkałam w Polsce podróż pociągiem kojarzyła mi się z wakacjami, z wypoczynkiem, z czasem spędzonym wśród rodziny. Tutaj pociąg to codzienny sposób przemieszczania się. Do pracy, do szkoły, czy tak jak w moim przypadku na uniwersytet. Wiele osób korzysta z tego środka transportu. W godzinach, gdy na autostradach tworzą się gigantyczne korki, pociągi wypełniają się po brzegi ludźmi - Holandia zaczyna się przemieszczać.
Wsiadłam - w przedziałach nie było już miejsc siedzących. Znalazłam jedno między przedziałami na rozkładanym krzesełku. Ustawiłam pod nogami torbę, aby zajmować jak najmniej miejsca i wyjęłam książkę. Zanim wyruszyliśmy z Amsterdamu, ja już byłam w innym świecie. Kątem oka zarejestrowałam ruch. W pociągu to nic niezwykłego, więc tym bardziej mnie zastanowiło, dlaczego akurat ten podświadomie zwrócił moją uwagę. Naprzeciw mnie młody człowiek usadawiał się właśnie na postawionej pionowo walizce. Przez głowę przebiegła mi myśl - i co z tego? Podróżny jakich wielu. Mimo to miałam problem, by znów zagłębić się w lekturze. Zlustrowałam go szybko, usiłując stwierdzić, co jest w nim tak nietypowego. Był ubrany w białe dżinsy, marynarkę i kowbojskie buty. Pewnie to stukot jego obcasów podświadomie wcześniej zwrócił moją uwagę. Twarz niczego sobie, nie był ani brzydki, ani przystojny, taki całkiem zwykły. Włosy trochę dłuższe, blond zaczesane do tyłu. Do stworzenia swojej fryzury użył ogromnej ilości żelu. Uniósł się lekko na nogach i z walizki, która pod nim stała, wyciągnął książkę i butelkę. Ta wydała mi się dość charakterystyczna, ale w pierwszym odruchu zaczęłam wątpić - to musiało być coś innego. Jedna z największych sieci supermarketów w Holandii sprzedaje w takich butelkach wino własnej marki. Butelki na tyle charakterystyczne, że nie mogłam się mylić, ale pomysł, że to był napój na czas podróży siedzącego naprzeciw mnie młodego człowieka wydał mi się absurdalny. Ja na kolanach trzymałam butelkę soku pomarańczowego. Może patrzę na świat jednak za bardzo subiektywnie... A może wyjął tę butelkę, bo bał się siedzieć na walizce z nią w środku... Znów usiadł, a ja starałam się czytać. On natomiast spokojnie odkręcił nakrętkę i 'pociągnął z gwinta'. Straszne! Zacznij czytać, powtarzałam sobie w myślach. Nie! Chcę sprawdzić jeszcze tylko jedną rzecz - co on czyta? Chwilę później, gdy chłopak po kolejnym dużym łyku odstawił butelkę na podłogę, popatrzyłam na okładkę jego książki; Tolkien "Władca pierścieni". Nie, to niemożliwe! Ten cały obrazek kompletnie mi nie pasuje. Wino, które popijał, bardziej pasuje, do sosów a na pewno nie jako napój do picia w czasie podróży. Zresztą picie wina prosto z butelki, jest już jawnym pogwałceniem kultury spożywania tego trunku. Owidiusz powiedział kiedyś, 'stół i wino sprzyjają przyjemnemu spędzeniu czasu', ale chyba nie o to mu chodziło. Tutaj ani stołu w przejściu między przedziałami ani on przyjemnie z tym winem nie spędza czasu, choć może w jego odczuciu tak.

Wysiedliśmy na tej samej stacji. Widziałam, że lekko zataczał się wystukując nierówny rytm obcasami kowbojskich butów.Popatrzyłam na niego i przez chwilę wydało mi się, że go nie ma. Jest może ten stukot butów i reszta niedopasowanych elementów, ale jego tutaj nie ma. Tak jakby był wytworem mojej wyobraźni. Pewnie niewiele z tego, co przeczytał zostało mu w pamięci. Zapewne nie zachwycił go Gandalf, ani nie rozbawił Gimli. Prawie na pewno, alkohol znieczulił, co miał znieczulić, a on szedł gdzieś, gdzie być może iść musiał. Choć wszystko to wyglądało, jakby jego zataczający się spacer, donikąd nie prowadził.
AS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz