Dziesięć


Dziesięć to magiczna liczba. W judaizmie i chrześcijaństwie przykazań jest właśnie dziesięć. Biblijne dziesięć plag egipskich zna chyba każdy, może nie wszystkie, ale większość. Geograficznie mamy dziesięć kierunków, choć to wcale nie wyczerpuje możliwości, podążania za marzeniami w jeszcze innym. W buddyzmie tybetańskim znajdziemy dziesięć paramit, och, jak wiele mi jeszcze brakuje. Istnieje dziesięć wskazań postępowania według buddystów, choć nie wszystkie do mnie przemawiają, może to dowód, że daleko mi jeszcze do oświecenia. Staram się jednak wystrzegać wszystkich dziesięciu buddyjskich złych uczynków. W sporcie istnieje dziesięciobój. Jest jeszcze Dekameron, Dziesięć tysięcy uciech cesarza, to te historie bez cenzury, no i nie można zapomnieć o klasyce kryminału Dziesięć małych murzynków mistrzyni gatunku Agathy Christie.

Dziesięć minut za późno, albo za wcześnie. Niby nic takiego, a jednak czasem właśnie to stanowi różnicę.

Dziesięć lat. Okrągła data, bo zero stoi przy jedynce. Ktoś zasugerował, że dla ludzi ta liczba jest ważna, ponieważ mamy właśnie tyle palców u rąk. Coś w tym jest, bo odliczanie zawsze kończy się na palcach. Więcej to już dobrobyt… albo przesada.

W życiu świata jest wiele dziesiątek. W moim trzy, ale ta ostatnia jest zdecydowanie najważniejsza.

Goethe powiedział, że wystarczy urodzić się dziesięć lat wcześniej, by już być kimś innym duchowo.

Kim byłam dziesięć lat temu?
Hmm, w pewnym sensie urodziłam się dziesięć lat temu, urodziłam się, jako mama. Do tamtego dnia byłam czyjąś córką, przyjaciółką, siostrą i początkującą żoną. Byłam całkiem sobą. Jednak w dniu, gdy w wielu krajach na świecie obchodzi się dzień św. Mikołaja, stałam się mamą. Dopełnienie, uzupełnienie, ulepszenie mojej osoby.
W nowej sytuacji pierwsze myśli są czasem zupełnie niezrozumiałe. Przyglądałam się kilka godzin mojemu synowi, MOJEMU SYNOWI, i zastanawiałam się, jakim cudem istnieje, ktoś, kto ma taki maleńki nosek, takie małe dłonie, takie maleńkie paluszki… dziesięć paluszków. Cud!
Wszystko zrozumiałe, wszystko jasne, ale taka drobinka! Nie zastanawiałam się nad sprawami duchowymi, nie myślałam o jego przyszłości ani o tym, jaki będzie. To przyszło potem. Znacznie później. Gdy już ze spokojem nauczyłam się podchodzić do pieluch, butelek i płaczu w nocy. Wtedy, tamtej nocy chciałam tylko wiedzieć, że jest zdrowy, przytulałam go i myślałam o jego maleńkości, kruchości.
Z perspektywy czasu… tej dekady, dostrzegam, że byłam wtedy niczym ta kruszynka w moich ramionach, tak bardzo nieporadna, zagubiona w nowej rzeczywistości. Bycie mamą to poszukiwania, które chyba nigdy się nie kończą. Teraz wiem jak postępować z maleństwem, ale nadal uczę się podejścia do dziesięciolatka. Gdy już będę wiedzieć on będzie miał jedenaście lat i będzie dla mnie niewiadomą. To ciągła niepewność, czy stawiane przeze mnie kroki są słuszne. W kroki moich dzieci nie wątpię, widzę, że stawiają je pewnie i wkraczają w każdy dzień bez wahania pełni optymizmu. Mama zawsze się martwi i zawsze wątpi. Codziennie chcę robić coś lepiej niż wczoraj, ale i tak jest szansa, że będzie gorzej niż jutro… To jednak brzmi optymistycznie. Gorzej, jeśli wczoraj było lepiej.

W końcu dziesiątka to tylko liczba naturalna następująca po dziewięć a poprzedzająca jedenaście. Kolejny krok.
AS

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Następny do golenia

Obywatel świata

Jak to powiedzieć?